– Kto pierwszy? – zapytał nasz promotor.

Spojrzeliśmy na siebie pytająco.

Nikt nie chciał iść jako pierwszy. Nikt też nie chciał iść jako ostatni. Nikt nie chciał w ogóle iść.

– Dzisiaj? – ponaglił nas profesor.

Poszła dziewczyna, której wcześniej nie znałam.

Żegnaj.

Zostałam ja i dwóch chłopaków z mojej grupy, z którymi pewnie widziałam się teraz po raz ostatni.

Bałam się wszystkiego. Tego, czy odpowiednio powiem „dzień dobry”. Czy nie uśmiechnę się zbyt szeroko albo czy nie wykrzywię zbyt głupawo. Albo czy nie wyzionę ducha już w progu, po czym moje zwłoki nie zaczną wydawać mało akademickie dźwięki.

– Wczoraj moja dziewczyna się broniła – powiedział Mikołaj, ciemnowłosy chłopak, z którym kiedyś wymieniliśmy się przepisami na ciasto marchewkowe. Mój był lepszy.

– I co? – zapytał starszy od nas Adam, który zdawał się w ogóle nie przejmować tym, że zaraz stanie przed trzema osobami, od których zależy cała jego przyszłość.

Może odrobinę dramatyzowałam.

– Piątka – odparł, oglądając się, czy nasza koleżanka przypadkiem nie wychodzi.

Wciąż miałam numer do tego policjanta, który pomógł mi podczas tinderowej randki. Może mógłby mnie też wykręcić z obrony? Pomachać odznaką, może bronią i…

– Ale dziewczyna, która była przed nią, zemdlała. Musieli karetkę wzywać – powiedział Mikołaj.

– To za chwilę będę ja – wydusiłam.

– Spokojnie, to tylko dlatego, że ją oblali – dodał pocieszającym tonem.

A wszyscy ciągle mi powtarzali, że obrona to tylko formalność.

– Da się tak? – jęknęłam.

Wtedy z pokoju egzaminacyjnego wyszła nasza znajoma. Podeszła do nas, ciężko oddychając. Jej stres udzielił się mnie, chociaż nie sądziłam, że mogę denerwować się jeszcze bardziej. Jeszcze chwila i zejdę.

– Dobrze było.

Jeśli dobrze objawia się wyglądaniem jak personifikacja stresu, to nie chciałam wiedzieć, jakie piekielne wrota otwierają się, kiedy jest źle.

– Zapraszam – powiedział nasz profesor, który znowu wyjrzał zza drzwi.

– To może teraz ja pójdę? – zapytałam.

Ponieważ wszyscy się zgodzili, ruszyłam kłusem, żeby nie zdążyli się zniecierpliwić.

Kiedy weszłam do środka, spojrzeli na mnie z nietęgimi minami.

– Ale jeszcze poprzednią panią prosimy.

Wtopa nawet niewielkich rozmiarów podczas obrony wyglądała jak Godzilla, która była tak głodna, że jadła wszystko, co stanęło jej na drodze, w szczególności szczęście i powodzenie. Głodzilla.

He. He.

Odczekałam chwilę, aż komisja oznajmiła dziewczynie, że dostała piątkę, po czym ponownie weszłam do środka.

Znalazłam się w pokoju rozmiarów przeciętnego gabinetu, pośrodku którego stało długie biurko. Za nim siedziała w milczeniu komisja. Ich krzesła miały wysokie oparcia, jakbym właśnie stanęła przed radą mędrców z odległej krainy, która skazuje na śmierć co drugą osobę, tak dla rozrywki.

– Falstarcik? – zapytała przewodnicząca komisji. Chyba z życzliwością, ale zupełnie bym nie była zaskoczona, gdyby zaraz zaczęła zionąć ogniem.

To wszystko przez to, że z nerwów śniadania nie zjadłam.
Usiadłam na krześle, które poruszyło się pod moim ciężarem.
Przecież nie jadłam.

– Od czego chciałaby pani zacząć? – zapytała przewodnicząca, farbowana truskawkowa blondynka z szerokim uśmiechem.

Mój promotor i recenzentka siedzieli cicho, jakby szykowali się do skoku. Włosy miałam związane w kok i szyję na wierzchu, akurat, żeby wyssali ze mnie krew, każdy ze swojej strony.

Malina, nie. Pełne skupienie.

– Od puli pytań – odparłam tak niepewnie, że mogli się zastanawiać, czy nie pomyliłam sali.

Kobieta podsunęła mi przed nos kuliste akwarium na złotą rybkę, w którym znajdowały się opakowania po zabawkach z jajek niespodzianek.

– Proszę wylosować dwa.

Błagam, niech będzie o etykę zawodową, niech będzie o etykę zawodową.
Wyjęłam jedno pudełeczko z wierzchu, drugie z dołu.

Miałam nawet problem z otworzeniem tych kawałków plastiku. Pani doktor z litościwym uśmiechem mi pomogła.
Numer 24 i 42. Pamiętałam, że nie były to mi przychylne numery. Ale były blisko tych, o których marzyłam. Więc może…

– Jakie są zagrożenia w etyce zawodowej… – zaczęła czytać.

Ja śnię. Nie, nie śnię. Umarłam i teraz mój odłączający się mózg wyobraża sobie, że dostaję pytanie, na które znam odpowiedź.

– Poproszę to – powiedziałam, kiedy tylko skończyła czytać.

Oczywiście, że się pomyliłam. I trzeba było ze mnie wyciągać informacje, które ledwo posiadałam. Ale przynajmniej nie zaliczyłam spektakularnej wpadki.
Jeszcze.

Moja recenzentka wyglądała, jakby zapadła w zimowy sen. Kiedy nadszedł czas na pytanie dotyczące mojej pracy, leniwie otworzyła oczy i wypowiedziała jej tytuł.

– Jakie jest pytanie…? – nie wiedziałam jak subtelnie powiedzieć, że nie rozumiem, czego ode mnie oczekuje.

– Omówić – odparła.

Zaczęłam omawiać, ale miałam wrażenie, że mówię tak, jakbym skakała po rozżarzonych węglach.

Już nie wiedziałam, co dokładnie mówię, ale z pewnością nie było to nic błyskotliwego. Nie patrzyłam na mojego promotora, żeby nie widzieć zawodu na jego twarzy. Chociaż ciężko być zawiedzionym, kiedy nie zna się osoby, która te głupoty mówi. Tydzień temu dostałam od niego maila, którego zaczął od „pani Moniko”.

Panie profesorze, moje imię wyświetla się tuż nad mailem.

Dostałam kolejne pytanie. Miało być tylko jedno. Dlaczego zadają mi kolejne pytania. Kto wam pozwolił. Dlaczego nie możecie wpisać mi trójki i do widzenia. To formalność. Chcę ją przeżyć. Proszę. Uśpijcie mnie już z litości.

– To chyba by było na tyle – przewodnicząca spojrzała na resztę komisji.

Kiedy wyszłam na korytarz, miałam wrażenie, że się przewrócę.

W końcu mnie zawołali z powrotem. Nie chciałam wchodzić, warunkowanie klasyczne już powodowało, że miałam ochotę zemdleć na samą myśl o ponownym przekroczeniu progu, ale wypadało wysłuchać jeszcze, co mają do powiedzenia.

– Gratulujemy… – zaczęła pani doktor.

Nie gratulowała mi tego, że oblałam i teraz będę głównym daniem podczas corocznego spotkania pracowników naukowych.
Gratulowała mi, że się obroniłam.

Byłam zaskoczona i nierozczarowana, to coś nowego.

– Życzymy powodzenia…

Nie słuchałam świadomym uchem. Jechałam na autopilocie, bo zastanawiałam się, co zaraz zjem.

Dostałam 4,5. Jak ktoś zapyta, to powiem, że 5, nie będę sobie żałować.

Kurczę, tylko mogłam im przy nieporadnym otwieraniu tych opakowań powiedzieć, że to przez to, że jestem weganką, my mlecznych słodyczy nie jemy.

– To co, jakie pani magister ma teraz plany? – zapytał Mikołaj, kiedy wyszłam.

O nie, to życie jeszcze miało trwać?

– Chyba zacznę szukać pracy – zawahałam się. – Albo bogatego męża z dobrym pakietem ubezpieczeniowym.