„Dzień dobry, przyszłam na rozmowę o pracę”.
Nie.
„Dzień dobry, zaproszono mnie tutaj…”
Nie, Malina, błagam.
„Do widzenia, wiem, że i tak tej pracy nie dostanę”.
Tak będzie najlepiej.
Miałam rozmowę w żłobku.
Sokół powiedział, żebym wysyłała CV jak leci, w końcu nie z każdego miejsca odpowiedzą. Niestety miał rację.
Może powinnam tak jak on, pracować w kawiarni i robić dziesiątą magisterkę.
Chociaż z takiej kawiarni wyrzucili mnie po trzech dniach. Może to nie był najlepszy pomysł.
– Nie zgadzaj się na mniej niż 5 tysięcy – poradził mi tata.
– Rocznie? – zapytałam.
Byłam niedawno na spotkaniu w redakcji jednego kobiecego portalu, oferowali 2 tysiące za cały etat.
A teraz, po kilku bezowocnych rozmowach doszłam do niezwykle światłego wniosku, że randki z Tindera i szukanie pracy to jest to samo.
Poważnie.
Zaczyna się od ogłoszenia. Zarówno ja, jak i druga strona, przedstawiamy to, co możemy sobie zaoferować, ukrywając wszelkie niedociągnięcia.
Kiedy już się sobie spodobamy, umawiamy się na żywo. Jest to spotkanie z obcą osobą. Nie wiadomo, czego do końca się spodziewać. Może druga osoba będzie opowiadać tylko o sobie i czekać, aż ja o coś zapytam. A może zarzuci mnie pytaniami mniej lub bardziej odpowiednimi, żeby potem obserwować mnie w milczeniu. Albo po prostu handluje ludźmi.
Tak czy siak, trzeba się pokazać z jak najlepszej strony. Nie wolno opowiadać o swoich prywatnych problemach, jedynie o powalających sukcesach, które zaimponują drugiej osobie, ale też bez przesady, musi być wiarygodnie. I nie można pokazać, że ma się zbyt duże oczekiwania, żeby drugiej osoby nie odstraszyć.
Pod koniec spotkania obie strony udają, że och, jak dobrze się rozmawiało, jedna nawet mówi, że zadzwoni. A potem nie dzwoni.
Ale może ci wszyscy ludzie naprawdę się odzywają, ale podłączają się pod linię prowadzącą do innego wymiaru i po prostu umawiają z niewłaściwą wersją danej osoby?

Pięć minut po moim wyjściu z domu słoneczne niebo powiedziało „wrócę w lipcu, żeby was posmażyć ogniem piekielnym” i zaczął lać rzęsisty deszcz. Moje zjawiskowe, solidne, mające służyć mi latami buty z Deichmanna przemokły w pięć sekund.
Żłobek znajdował się na Ursynowie. Nie znałam dobrze Ursynowa, dlatego przez kwadrans błądziłam w labiryncie gęsto pobudowanych bloków. Nagle nie mogłam odnaleźć wyjścia na ulicę, z której przyszłam. Jedynie miałam nadzieję, że nie zastanę tu nikogo z głową byka.
W końcu, cała przemoczona, znalazłam się pod odpowiednim adresem, w przybudówce do bloku, chociaż nigdzie na witrynie nie było żadnego znaku, że jest to żłobek.
Drzwi wejściowe nie drgnęły przy pierwszej próbie otwarcia. Pewnie to jedne z tych drzwi, które trzeba mocniej ciągnąć.
Szarpnęłam nawet nie z całej siły, coś jęknęło i chrząknęło, a ściany zadrżały. Udało się.
Lub nie.
Bo wtedy zauważyłam karteczkę z narysowaną na niej strzałką i dużym, żółtym napisem.
„Domofon”.
Żeby to był pierwszy raz, kiedy wyrwałam drzwi.
Szybko je z powrotem przymknęłam, licząc na to, że nikt się nie zorientował. Szczęśliwie kiedy spróbowałam je, tym razem delikatnie, otworzyć, znowu nie drgnęły.
Jak mi ktoś powie, że elfy, które chodzą za nami i nam pomagają nie istnieją, to go głośno wyśmieję.
Ocierając mieszankę potu i deszczu spływającą z mojego czoła, zadzwoniłam domofonem. Przez szklane wejście widziałam skąpo oświetlony, niewielki korytarz. W końcu jedne drzwi się otworzyły i wyszła zza nich ciemna, niezwykle smukła sylwetka. Aż zdawało się, że unosi się kilka centrymetrów nad ziemią.
Czyli tak ma wyglądać mój koniec. Zjedzona przez istotę, której fundacja SCP jeszcze nie zbadała.
Jednak kiedy ta istota, używając swoich niezwykle długich kończyn, podeszła do drzwi, okazała się być tylko ubranym na czarno mężczyzną po trzydziestce z kozią bródką.
– Dzień dobry – powiedziałam. – Ja na rozmowę…
Mężczyzna nie odpowiedział od razu, tylko analizował mnie wzrokiem. Może to tak naprawdę klub go-go i on sprawdzał, czy odpowiednio wyglądam. Od razu mogłam mu powiedzieć, że dziękuję za tę pracę, chyba że na pół etatu i będę mogła wracać do domu przed dwudziestą drugą, bo później już się robię zbyt śpiąca i głodna, żeby normalnie funkcjonować.
– Dzień dobry – odparł po chwili. – Zapraszam.
W jego gabinecie, oprócz biurka i dwóch krzeseł, znajdowało się dużo pudeł i papierów. W przeciwieństwie do korytarza, był dobrze oświetlony. Siedziałam naprzeciwko olbrzymiego okna znajdującego się tuż przy ulicy, więc raczej nie powinien próbować mi wyciągać mi nerki w takim miejscu.
Chyba.
Mężczyzna poprawił kołnierzyk koszuli i wyciągnął z teczki moje CV.
– Dobrze, co my tu mamy… – powiedział pod nosem. – O, napisała pani, że ma pani angielski ma poziomie C1. So… Tell me something about yourself.
Dlaczego do pracy z dziećmi, które wyłapują jedynie pojedyncze słowa, ważne było, żebym znała angielski na wysokim poziomie?
Ale może to było ważne. Może do rozmów z rodzicami. Kto wie. Dajesz, Raspberry.
Zaczęłam mówić, ale nawet w ojczystym języku po takim pytaniu nie umiałabym odpowiedzieć w żaden sensowny sposób. Przynajmniej mówiłam płynnie. Nie do końca poprawnie czy mądrze, ale płynnie. Wiedziałam, że lata nauki nie pójdą na marne.
Kiedy skończyłam, mężczyzna bez słowa wrócił do analizowania mojego CV, które trzymał na kolanach.
Właściwie… Czy w żłobku nie powinno być słychać dzieci? Przecież to miejsce nie zdawało się być duże, a nawet jedno małe dziecko potrafi być wystarczająco głośne, żeby wybudzić człowieka leżącego na stole operacyjnym trzy kilometry dalej.
– A proszę mi powiedzieć, ile pani zarabiała na strojach, które pani szyła? – przerwał moje przemyślenia, chudym palcem sunąć po kartce.
Wpisałam moje cosplaye, żeby wyglądać na zajętą w życiu, nie sądziłam, że ktoś będzie się tym interesował. Szczególnie, że to pytanie brzmiało trochę niewłaściwie.
– Nie pamiętam – odparłam, nerwowo podrygując nogą.
Stać mnie było na kilka kaw miesięcznie. Ale jakbym zarabiała na tym kokosy, też nie chciałabym o tym mówić.
– Ale tak mniej więcej… Dwieście, tysiąc złotych za strój? Jak pani znajdowała klientów? Dużo miała pani zleceń? – wwiercał się we mnie wzrokiem.
Jak się to miało do opieki nad dziećmi?
Ale oczywiście nie zadałam tego pytania, o nie. Tak by mogła zrobić nieco bardziej asertywna osoba. Ja będę cały czas udawała, że wszystko jest w porządku i jestem młoda, dynamiczna i gotowa do elastycznych godzin pracy, nawet gdyby facet zaczął wysysać mi duszę z łokcia.
Odpowiadałam zdawkowo, aż przestał pytać. Przeszliśmy do części rozmowy, którą lubiłam najmniej.
– Praca nie jest łatwa, za to pieniądze… – zawiesił się na moment. – No, na początek oferujemy umowę zlecenie, 2 400 na rękę. Cały etat, czyli 40 godzin, okazjonalnie więcej. Jest pani studentką?
– Nie.
W ogłoszeniu było napisane, że to umowa o pracę.
– Ach. To mogłaby pani pójść do jakiegoś Cosinusa, żeby przynajmniej ubezpieczenie mieć. Wie pani, na początku płacimy mało, ale z czasem zarobki się zwiększają. W zależności od liczby klientów.
Nie brzmiało to dobrze.
Zaczęłam się przyglądać ekranowi monitora, który był przez ten cały czas włączony na jakiejś stronie. Nie miałam najlepszego wzroku, więc nie zakładałam od razu, że to, co widzę, to trumny. Ale z mojego miejsca wyglądało to jak katalog trumien.
– Ma pani jakieś pytania? – zgasił monitor, kiedy zobaczył, że mój wzrok ciągle wędruje w jego stronę.
Cichym, zlęknionym głosem odważyłam się zapytać:
– Gdzie są dzieci?
Nagle deszcz zaczął padać jeszcze agresywniej. Ostre podmuchy wiatru z hukiem rozbijały go o szybę. Gdybym zaczęła krzyczeć, nikt by nie usłyszał.
– Nie przechowujemy tutaj nikogo – odparł, cicho się śmiejąc.
Miałam wrażenie, że w tej chwili słońce całkowicie zaszło i nastała noc, mimo że była dziesiąta rano.
Zakończyłam tę rozmowę przesadzając z kulturą osobistą; podałam mu dłoń, potrząsnęłam nią i powiedziałam, że będziemy w kontakcie, co chyba on powinien był powiedzieć.
Kiedy wyszłam, a raczej wybiegłam prawie się przewracając, odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy mężczyzna mnie nie goni. Wtedy dostrzegłam duży baner nad wejściem który przeoczyłam, stojąc za blisko.
„Zakład pogrzebowy Hades”.
Nie pamiętałam, żebym wysyłała tam CV. Może Sokół zrobił mi psikusa. Ale w takim razie na jakie stanowisko ja tutaj aplikowałam? Chociaż byłam przekonana, że facet przez telefon mówił coś o żłobku.
Nieważne.
Idę pod kocyk i o tym zapominam.

Kilka dni później poszliśmy z Kingą, Sokołem i Samuelem na spacer po nieznanych nam wcześniej kawiarniach i porównywaliśmy smaki zimowych herbat. Ponieważ byliśmy w okolicy tego zakładu pogrzebowego, postanowiłam im go pokazać, ciekawa, czy też ich to miejsce przestraszy.
– To niemożliwe – powiedziałam, patrząc na wielkie szyby obklejone kolorowymi rysunkami.
Teraz z każdej strony widać było, że to żłobek. Nawet stąd słychać było śmiech dzieci.
– Co? – zapytała Kinga, podchodząc bliżej i zaglądając przez okno. – Ojej, jakie maleństwa.
– A jakie brudasy – zaśmiał się Samuel.
Sprawdziłam adres jeszcze pięć razy. Wszystko się zgadzało.
– Ale… – wymamrotałam. – Tu był zakład pogrzebowy.
Sokół wzruszył ramionami.
– Może nie ten wymiar – odparł i poklepał mnie po plecach tak, że prawie wyplułam płuca. – Idziemy na tę herbatę?