Siedziałam w pustym pokoju i wpatrywałam się w ścianę.

Od jakiegoś czasu wszystkie dni zlewały się ze sobą, każdy zegar wskazywał inną godzinę, a każde okno inną porę dnia.

Miałam wystarczająco dużo szczęścia, że nie dzieliłam z nikim pokoju i mogłam tępo się gapić bez oceniających spojrzeń mojej siostry czy rodziców.

Czułam się skołowana. Odnosiłam z pewnością mylne wrażenie, że gdyby to była apokalipsa zombie czy nalot kosmitów, wiedziałabym czego się spodziewać. Bo przynajmniej byłoby widać, gdzie jest początek, a gdzie koniec. A teraz miałam siedzieć w domu i nie kichać na ludzi, aż w końcu za miesiąc, dwa albo i rok będę mogła pójść na pizzę.

W tygodniu pracowałam, przekładając wirtualne papiery, bo tak się składa, że chwilę przed zamknięciem wszystkiego dostałam pracę. Mało satysfakcjonującą, ale przynajmniej pieniądze z tego były żadne. Jednak jej zaletą było to, że mogłam wywiesić na drzwiach kartkę „pracuję” i rodzina wchodziła do mnie trochę rzadziej niż zwykle. Chociaż i tak standardowo wszyscy zaczynali od „wiem, że pracujesz, ale…”, często kończąc na czymś w stylu „powiesimy zasłony? To nie jest pilne, ale musimy zrobić to teraz”.

Żeby jeszcze sąsiedzi wiedzieli, że pracuję. A większość z nich najwyraźniej postanowiła przetestować nowy zestaw wiertarek na wszystkich powierzchniach. Od rana do wieczora. BRRRRRRRR. Brr. BRRR. Rrr. rr.

Czy origami to już naprawdę zapomniana sztuka?

Myślałam o tym, żeby zająć się pieczeniem ciast, ale popołudnia w kuchni spędzał tata. Piekł chleb, używając drożdży kupowanych pod ladą u znajomego sprzedawcy. Robił tego tak dużo, że wszyscy sąsiedzi mieli regularnie dostawę świeżego pieczywa. Jednak nie byłam pewna, czy tata tych sąsiadów lubił, bo serwował im zdrowotny chleb smakujący jak dykta.

A my z jakiegoś powodu jeszcze jedliśmy niektóre posiłki razem. Po co. Przecież i tak się za pięć sekund zobaczymy, zastanawiając się dlaczego umywalka znowu jest mokra. Już wystarczy.

– O nie, starsza pani z bloku obok nie żyje – powiedziała Róża, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Skąd wiesz? – zapytał tata, sięgając po kubek z herbatą.

– Mam mapę – odparła.

– Jaką mapę? – zapytałam, jeszcze przeżuwając.

– No mapę.

– O nie, pani Janina – westchnęła mama, krojąc kawałek kalafiora na swoim talerzu. – Miała raka, była bardzo osłabiona.

– Jaka pani Janina? – zapytałam.

– Pani Janina – odpowiedziała mama, jakby to było oczywiste.

– Skąd wiesz? – zapytał znowu tata.

– Przecież mówię, że mam mapę – Róża przewróciła oczami.

– Jaką mapę?- zapytał jeszcze raz.

– W telefonie.

– Jaka pani Janina? – dopytałam.

– Z bloku obok – odparła mama. – Naprawdę przykre.

– Ale kim jest pani Janina?

– Starszą panią, umarła – Róża spojrzała na mnie jak na kretynkę.

– Ale skąd wiecie? – tata podniósł głos.

– Z mapy, przecież Róża ci powiedziała – odparła mama.

– Ale skąd wiecie, że to akurat pani Janina? – ja też podniosłam głos.

– Bo tam mieszka – powiedziała Róża.

– Tam jest wiele mieszkań – tata już przestał jeść.

– I mieszka tam pani Janina – odparła mama lekko poirytowana.

– Mieszkała – dodała Róża.

– Ale skąd wiecie?

– Z mapy.

– A skąd ta mapa?

– Z telefonu…

– Ple, ple – dodała mama.

– Bu, bu, bu? – zapytała mnie Róża.

Odpowiedziałam jej mruknięciem.

– O nie, Malina się zepsuła – powiedziała już w moim języku.

Miała rację, zepsułam się. Nie byłam w stanie się ruszyć, tylko głupio gapić czekając, aż ktoś mnie zresetuje.

Róża związała bojowo swoje kręcone włosy w kucyk i pobiegła do mojego pokoju. Usłyszałam otwieranie szuflady, czemu towarzyszyło głośne skrzypnięcie. Czyli to była moja szuflada z zapasami.

– Masz – przybiegła do mnie i wsadziła mi do ust kawałek czekolady. – Żuj.

– Dzięki – odparłam, kiedy już przełknęłam.

– Może pójdziesz na spacer? – zaproponowała mama, patrząc na mnie z troską. – Przyda ci się trochę ruchu.

Ona wychodziła biegać, ja wychodziłam wyrzucić śmieci. Każdy miał swoją rekreację.

– Weźmiesz Malinę na spacer? – mama spojrzała na Różę, która w odpowiedzi westchnęła głośno.

– A czy ja mam jeszcze coś do powiedzenia? – zapytałam.

Zakładając buty musiałam uważać, żeby nie potrącić postawionej przez tatę lampy odkażającej, która swoim zielonym światłem miała właśnie odbezpieczać paczkę z kosmetykami. Za kilka godzin odwrócimy ją na drugą stronę i może już jutro ją otworzymy. Hura.

– Nie zjadłam nawet deseru – wymamrotałam.

Kiedy stanęłyśmy przed domem, wzięłam głęboki oddech, żeby poczuć powiew świeżego, wiosennego powietrza i atmosfery szczerej radości, ale zapomniałam, że to Warszawa, a ja mam na twarzy kaganiec. Albo maseczkę, jak kto woli. Uszyłam ją ze starej koszulki we wzór w pomidory.

Nasza ulica, którą normalnie przechadzało się niemało ludzi, nagle zdawała się być zatrzymana w czasie. Żadnego gwaru studentów idących do akademika za rogiem. Ani szumu przejeżdżających samochodów płynącego z pobliskich ulic.

Cisza.

Tylko śpiew ptaków, który był tak rytmiczny i regularny, że zdawał się być nagraniem. Może był. Może ptaki umarły, a rząd chciał nas przytrzymać w domach, żebyśmy nie zauważyli ich braku, zanim nie wydrukują nowych.

– To co teraz? – zapytałam, kiedy żadna z nas się nie ruszyła.

– Idziemy? Do parku może – odparła nieco zdezorientowana Róża. – Ale coś mi tu nie gra. Za pusto jest.

– No.

– Wracamy? Balkonem, żeby mama się nie zorientowała. Będziesz miała workout.

– Jeszcze nie ściągnęłaś tej liny? – zapytałam.

– Nie ma za co.