Obudziły mnie szepty.
Początkowo myślałam, że słyszę jeszcze skrawki snu, wyjątkowo nieprzyjemnego, bo zostawiłam na noc zamknięte okno i pokój przepełniony był duszącym zapachem kociej karmy, której Thor nie zjadł.

Nie mogłam otworzyć oczu zbyt szeroko, bo szczypały mnie od olejku, który wieczorem położyłam na twarz. Przecierając oczy koszulką, wsłuchiwałam się w szepty, które nie ustawały.

Może to rodzice. Siedzą w kuchni i mnie obgadują. Nie byłby to pierwszy raz.
Wieczorem się pokłóciliśmy. Może inaczej. Ja się pokłóciłam, oni stali i się śmiali, bo myśleli, że żartuję. A ja na poważnie im się pożaliłam, że coraz bardziej maleją moje szanse na zrobienie kariery musicalowej.

– A wcześniej je miałaś? – zapytała mama, parząc jakąś specjalną herbatę na czakry i otwieranie trzeciego oka, której nikt oprócz niej nie mógł tknąć.
– Mogłam chodzić na zajęcia, potem castingi… – zaczęłam.
– Stara, byłaś na jednych trzymiesięcznych warsztatach – powiedziała Róża, która właśnie weszła do kuchni. – Ludzie szkoły kończą, żeby tak występować.
– Ale w teatrze amatorskim nie, tam grają  a m a t o r z y.
– A próbowałaś się tam jakoś zaczepić? – tata prędko zaczął przecierać okulary, żeby nie nawiązywać ze mną kontaktu wzrokowego po tak śmiałej uwadze i zniewadze.
– Nie, ale…
– Malinko, nie każde twoje zainteresowanie musi być od razu wydarzeniem angażującym kilkaset osób.
– Musi – zawyłam.
Zaczęłam szlochać, potem płakać, rodzice myśleli, że chcę im udowodnić, że umiem grać i tylko kilka lekcji śpiewu dzieli mnie od wielkiej kariery.
Zasnęłam wciąż wściekła na rodziców, że podcinają mi moje i tak już ledwo trzymające się skrzydła.
A teraz byłam wściekła na nich, że mnie budzą w środku nocy, czy oni wiedzą, jak trudno jest mi zasnąć ponownie?
Ale tym razem nie słyszałam niezbyt cichego śmiechu mamy czy odgłosów chrupania czegoś przez tatę.
Jestem kotletem, mam trzy ziarna grochu i ważne nowości – usłyszałam w końcu, jakby powiedział to ktoś obok mnie.
Wszystkie włosy stanęły mi dęba.
Głos był ciężki do rozszyfrowania, nie mogłam stwierdzić, czy należy do kobiety, mężczyzny, czy w ogóle człowieka. Może to Thor coś mi chciał przekazać, ale jego ludzki jeszcze nie był zbyt płynny?
Nie wiedziałam, jak się teraz zachować, więc przykryłam się cała kołdrą, szczególnie osłaniając stopy, bo przecież powszechnie wiadomo, że wszelkie potwory najpierw idą po twoje paluszki.

Odsłoniłam niewielki otwór na nos, żeby móc zaczerpnąć powietrza, jednak duchota panująca w pokoju zmusiła mnie do wyjścia z łóżka i otwarcia okna. Otulona moją zbroją, czyli kołdrą z dziewczynami z Witch, wyszłam z łóżka.

– Uważaj, bo się przewrócisz – znowu się odezwał ten głos, kiedy złapałam za klamkę.
Przewróciłam się. Ze strachu. Ostatkiem sił otworzyłam okno i nie patrząc na nic oprócz mojego łóżka, pobiegłam i wskoczyłam na nie z głośnym łomotem, bo złamałam przy okazji szczebelek pod materacem.

Okryłam się kołdrą szczelniej niż wcześniej. Nie potrzebowałam powietrza. W końcu, kto tak naprawdę lubi oddychać, wiadomo, że wszyscy to robimy z przymusu.

– Malina… – powiedział głos śpiewnie.

– Bogdan – powiedziałam dzidziusiowym głosikiem używanym przeze mnie, kiedy się denerwowałam. – Tu Bogdan, Malina wyszła.

– Nie bój się mnie, chcę ci tylko coś pokazać.

Wrota piekieł?

– Odejdź stąd – wydusiłam.

Głośniej słyszałam walenie swojego serca niż to, co mówiłam.

– Jestem twoim demonem z paraliżu sennego – powiedział głos. – Istnieję tylko w twojej głowie.
Wyjaśniałoby to jego pierwsze zdanie.
– Ale nie mam paraliżu sennego, bo się ruszam – odparłam, ostrożnie szukając telefonu, żeby móc napisać do Róży. Ona z pewnością wie, jak się rozprawić z takim widmem. Po cichu podejrzewałam ją o to, że po lekcjach jest łowcą potworów czy jakąś czarodziejką i tylko czekałam na dzień, kiedy jej drugie życie przeniknie do pierwszego, a ja będę mogła powiedzieć głośno „A NIE MÓWIŁAM”. Dlatego też nie chciałam krzyczeć – naraziłabym tym rodziców na niebezpieczeństwo. Tylko gdzie jest ten telefon?

– Chcę ci coś pokazać.
– La, la, la – zaczęłam śpiewać, żeby słyszeć tylko siebie.
Razem ze mną w drogę idź, z motylami lećmy dziś, jeśli przyjdzie nam ochota, to wszędzie można być – zaśpiewał dobrze znaną mi piosenkę z kreskówki.
– Chcesz mi tym powiedzieć, że pora na przygodę? – zapytałam skonfundowana.
– He, he.
– Też się świetnie bawię.
– Zaczynamy – wyszeptał głos.
Nagle znalazłam się na sali świetlicowej na obozie, na który pojechałam, jak miałam czternaście lat. Z głośników wybrzmiewała klubowa muzyka.
To musiał być sen. Bardzo realistyczny, skoro uwierzyłam, że naprawdę się obudziłam, kiedy ta zjawa do mnie przemawiała. Teraz weszłam w głębsze warstwy tego koszmaru.
Rozejrzałam się. Były tu też dwie dziewczyny z mojej grupy, obie ubrane na czarno.
Spojrzałam na swoje odbicie w gablocie z dyplomami chwalącymi ośrodek kolonijny, w którym byliśmy. Co to za dzidzia? To przecież nie ja. Ale może jednak… Z fryzurą na emo, czyli grzywką zasłaniającą pół czoła i postrzępionymi włosami od połowy ich długości. I ja specjalnie o coś takiego poprosiłam fryzjerkę?
Miałam też zrobiony mocny makijaż, smoky eye i czerwone usta, tak Kasia i Asia, jeśli dobrze pamiętam ich imiona. Chwila, coś mi to przypomina…
– Malina, pod kotarę – powiedziała do mnie ówczesna wychowawczyni, która prowadziła  zajęcia artystyczne.
– Już – powiedziałam mimowolnie, niezwykle irytującym głosem.
Ja tak brzmiałam, jak byłam nastolatką? I moi rodzice nigdy nie zakleili mi ust? Muszą mnie naprawdę kochać.
Za mną wisiał materiał formujący pewnego rodzaju namiot pośrodku sali. Dlaczego miałam tam…?
O, nie. Pamiętam to.
Niedobrze, bardzo niedobrze.
– Malina – pośpieszyła mnie kobieta.

Reszta osób z obozu zaczynała się zbierać i zajmować krzesła dookoła nas. Naprzeciwko miejsca, z którego miałam wyjść, siedział chłopak, który mi się podobał. Podobał? Chyba tak naprawdę nie podobał, ale miałam nadzieję, że mi się spodoba, bo chciałam wrócić do domu z przeżytym wakacyjnym romansem.
Malina, dziecko drogie.
A teraz miało nadejść moje upokorzenie. Dziewczyny z mojej grupy, dużo dojrzalej wyglądające niż ja, chciały, żeby nasz muzyczny występ był nieco seksowny.
Bo nie ma lepszego widoku niż prężące się czternastolatki.
Rozbrzmiała muzyka, zgasła większość świateł, czas zaczynać. Nie miałam wyjścia, musiałam wziąć w tym udział. Byłam w swoim wspomnieniu bez możliwości kontrolowania swoich ruchów.
Wyczołgałam się spod materiału tak, jak mi polecono – zmysłowo. Już wtedy wiedziałam, że to jest porażka. Przynajmniej tyle samoświadomości miałam.
Ślizgając się po podłodze, pełzając niczym seksowna kobra, sssss, spojrzałam spode łba na chłopaka naprzeciwko mnie. Jak on miał na imię? Tak to jest z tymi kochankami wakacyjnymi, w jednej chwili trzymamy się za ręce na dyskotece o dziewiętnastej, w drugiej nie pamiętamy swoich imion. Nazwijmy go Kabanos. Miał taki vibe kabanosa.

Kabanos patrzył na mnie, chyba czekając, aż będę próbowała mu zaimponować. To był taniec godowy, nie występ. Pomyśleć, że to dopiero początek upokorzeń.

Kiedy już cała wyciągnęłam się spod kotary, wyglądając bardziej jak żołnierz niż uwodzicielka, musiałam wstać. Oczywiście zmysłowo. Dobrze, że to były czasy starożytnych telefonów i nie można było na Motoroli z klapką nagrać filmu w HD.
Coś mi strzeliło w krzyżu. Auć.
Teraz, już taka przeciągnięta, czekałam na pozostałe dziewczyny, które zrobiły to dziesięć razy lepiej niż ja, ale z perspektywy mnie, która już skończyła studia, i tak śmiesznie. Przynajmniej tyle mogłam mieć z życia.

Wychowawczyni zatrzymała muzykę, żeby włączyć zaraz kolejny podkład, przy którym miałyśmy śpiewać. Ten występ nie miał sensu w żadnym kontekście.
Zaczęła się piosenka z Dziewczyn Cheetah. Już zdążyłam zapomnieć, że to istnieje.
– Cz-cz-cz-czita, czita – zaczęłyśmy, z niezwykle mocnym akcentem.
Ponieważ nie wiedziałam nic o swoim głosie, nie umiałam dostosować się do tonacji. Dlatego śpiewałam dzidziusiowym głosikiem, który ledwo było słychać. Nie miałam też pewności siebie moich dwóch koleżanek, które teraz tańczyły jakby świat należał do nich. Kurczę. Chciałabym w moim wieku mieć tyle odwagi.
W końcu piosenka dobiegła końca. Pamiętam, jak wstyd mi było przed Kabanosem. Wiedziałam, że nie wyglądam jak tamte dziewczyny, bo byłam zakompleksioną kluską.
Ale powinnam była się wstydzić przed sobą, że chcę komuś imponować.
Teraz, jako dorosła osoba, starałam się wypaść dobrze jedynie w swoich oczach. I swojej matki. Ale to był zbyt głęboki problem, żeby móc z niego wyrosnąć bez pomocy specjalisty.

Nagle znalazłam się na innym występie.
W liceum wystąpiłam w jednym przedstawieniu dla dzieci. Grałam księżniczkę. Nie dlatego, że miałam tyle uroku osobistego czy charyzmy. Moje koleżanki, w przeciwieństwie do mnie, umiały grać, więc dostały role bardziej wymagające – czarownicę i diabła.
Śpiewałam bardzo prostą piosenkę, więc jej nie skiełbasiłam.
Po koncercie nasz kompozytor i nauczyciel śpiewu bardzo mnie pochwalił. Pochwała była wyjątkowo cenna, bo do tej pory pan Marek jedynie pokrzykiwał, że za słabo mi idzie i chwalił jedynie za to, że udało mi się zapamiętać tekst. Mający pięć wersów.
– Nie wiem, skąd ma ten talent, ale trzeba go pielęgnować – powiedział i z przejęciem pocałował mnie w czoło. – Może po wszystkim napiszesz do mnie i pojedziemy na jakiś konkurs?
Nie napisałam.
Na początku się krępowałam. Potem czułam, że już za późno, żeby się odezwać.
I tak minęło kilka lat, a ja wciąż będę się zastanawiała, co by było, gdybym napisała. Może byśmy opracowali jedną piosenkę, przegrałabym jakiś konkurs gminny i na tym by się skończyło. A może bym się czegoś nauczyła i zaśpiewała tak, że byśmy wygrywali konkurs za konkursem. I miałabym teraz co wpisać do CV.

Teraz przeskoczyłam do warsztatów wokalnych, na których byłam w zeszłym roku. Gdzie się straszliwie skompromitowałam. Bo okazuje się, że to, że w wyobraźni potrafiłam wyciągnąć wszystkie dźwięki oraz to, że umiałam zrobić odpowiednio wytężoną minę, nie znaczyło, że naprawdę dobrze mi idzie.

Przez kilka minut grupa musiała wysłuchiwać jak staram się zaśpiewać z całej siły bejbiii, ale wychodziły ze mnie jedynie piśnięcia.

Błagam, ja chcę już wrócić do siebie.

– Proszę bardzo – odpowiedział głos, a ja znowu znalazłam się w swoim łóżku, kurczowo ściskając poduszkę.
– Po co to było? – zapytałam rozgoryczona, wciąż chowając się pod kołdrą.
– Żebyś podjęła decyzję.
– Czy rzucić wszystko i podążać ścieżką muzyczną, czy może już nigdy więcej nie zaśpiewać? – aż usiadłam. – A może miałam zrozumieć to, że śpiew nigdy nie był moją pasją i tylko romantyzuję występowanie, a tak naprawdę ja chcę uciec od swoich problemów i mój infantylny umysł podpowiada mi tylko zostanie księżniczką Disneya?
– Matko, malina – głos nabrał gardłowego brzmienia. – Chodzi o to, żebyś zastanowiła się, czy warto tak dramatyzować.
– To wszystko było tylko po to…?
– Może.
Zrzuciłam kołdrę i wściekła stanęłam pośrodku pokoju.
– Przeszłam przez te wszystkie upokorzenia tylko po to, żeby jakiś dziwny byt z otchłani mojej głowy mówił, że dramatyzuję?
– Może.
Nagle, jakby z niebios, rozbrzmiała znana mi muzyka. Scream z High School Musical.
Nie było siły, która by mnie mogła powstrzymać.
Zaczęłam chodzić po pokoju i sunąc dłonią po meblach, z przejęciem wpatrując się w przestrzeń. Zanim się obejrzałam, już śpiewałam. Ale pokój to za mało, żeby wyrazić to, co czułam. Wyszłam na mój mały balkonik, gdzie zaśpiewałam refren, ocierając się o barierkę. I wciąż było mi mało. Wybiegłam do salonu, gdzie skakałam przez meble, toczyłam się po ziemi, wciąż z oddaniem śpiewając. Muzyka grała coraz głośniej, więc i ja musiałam się bardziej postarać. Zaczęłam intensywniej tańczyć, kręcić piruety z przerwami na kolejne przejmujące spojrzenia w przestrzeń. Na zakończenie piosenki krzyknęłam, rozpościerając ramiona tak szeroko, jakby miały zaraz stać się skrzydłami i ponieść mnie daleko.

Wtedy muzyka ucichła, a zamiast niej rozbrzmiały głośne śmiechy.
– Malinko, wszystko w porządku? – wydusiła moja mama, ocierając łzę z oka.
Zarówno rodzice, jak i moja siostra, rechotali bez opamiętania. Róża mnie nawet nagrywała.
Tak. To jest ten moment. Czas na wyprowadzkę. Najlepiej na Wyspę Wielkanocną, może potrzebują kogoś do pilnowania moai.
– O nie, powiedz mi, że to nie ty wypiłaś moją herbatkę z ziół od szamana – mama spojrzała na pusty kubek, z którego wypiłam przed snem.
– To nie był rumianek? – usiadłam na kanapie, czując się ciężej niż zwykle i rozlewając się na niej, jakbym stawała się z nią jednością.
– Chodź, musisz się nawodnić – westchnęła mama, wciąż chichocząc.
Nigdy więcej już nie zaśpiewam.

I wcale nie dramatyzuję.