Dzień 0

Dostałam skierowanie na test trochę przypadkiem. Lekarka zrozumiała, że pracuję z dziećmi, więc żeby nie ryzykować, wysłała mnie na badanie. Powiedziałam, że pracuję z nieodpowiedzialnymi ludźmi zachowującymi się jak dzieci, ale chyba nie do końca mnie słyszała. Zaniepokoił ją za to mój ciągnący się od tygodnia suchy kaszel i idąca za nim podwyższona temperatura. Jeszcze nie gorączka. Ale najwyraźniej chuchamy na zimne.

Od niedawna pomieszkiwałam w kawalerce naprzeciwko naszego mieszkania, którą rodzice kupili na wynajem, ale o tym zapomnieli, kiedy zabrakło im miejsca na graty. Dlatego też żeby nikogo nie narażać na kontakt ze mną, który mógłby owocować 10-dniowym siedzeniem w domu, pojechałam rowerem do drive sru. Tam upchnięta między samochodami czekałam, aż kobieta w apokaliptycznym kombinezonie zbierze moje dane i pozwoli tutaj czekać następne dwie godziny. Przynajmniej nie musiałam wystawać między autami i prosić o udostępnienie miejsca na ich masce, żeby przycupnąć. Wskazano mi namiocik z krzesłami, gdzie w niezbyt bezpiecznej odległości siedziałam między innymi i przyglądałam się czy czarny samochód, który stał przede mną, nie miał właśnie badania. Głupio by było przeoczyć swoje okienko, bo znając siebie, z nerwów, że nawaliłam, gdyby spytano mnie czy jestem Janem Kowalskim, mogłabym powiedzieć, że tak, owszem.

– Pani Malina? – zapytała mnie kolejna kobieta, kiedy podeszłam do stanowiska wymazów, po czym wskazała mi plastikowe krzesełko z boku.

– Nie, Jan – odpowiedziałam.

Malina, dobrze było. Teraz zepsułaś.

Kobieta nie zareagowała, tylko kazała mi otworzyć szeroko usta.

Myślałam, że ten patyczek będzie mi wpychała jedynie do nosa, a ona włożyła go tak głęboko do gardła, jakby moja mama kazała jej sprawdzić, czy nie podjadałam ostatnio za dużo chipsów.

Zaczęłam się dusić.

– Proszę oddychać nosem – poradziła miłym tonem.

Zapomniałam jak się oddycha nosem. A chwilę później kobieta już do niego wsadzała mi ten patyczek i kazała oddychać ustami. Jeśli szukała mózgu, to na próżno. Nie widziałam się z nim od lat 90.

Kiedy wróciłam do domu, wpadłam do łóżka i do następnego dnia z niego nie wyszłam.

Rodzina się zaniepokoiła, że nie prosiłam nikogo o zrobienie obiadu. Ale ja męczyłam się już od mrugnięcia powiekami, co dopiero było, gdy miałam coś zjeść. A wiadomo, że jest niedobrze, jeśli nie mogę jeść. Oglądałam seriale, aż po setnym zalogowaniu się na Internetowe Konto Pacjenta dostałam powiadomienie: wynik testu pozytywny.

Żebym ja podczas sesji tak sobie dobrze radziła.

Zadzwoniłam od razu do wszystkich, z którymi miałam kontakt, żeby mogli zgłosić się do sanepidu. Wszyscy, jak jeden mąż, wyliczali, kiedy ostatni raz się widzieliśmy, żeby nie musieć siedzieć w domu przez dziesięć dni. 

– Nie, mamo, nie minęło wystarczająco dużo czasu od naszego ostatniego…

– Jestem w windzie, coś przerywa.

Szczęśliwie moi najbliżsi przyjaciele nie musieli się tym martwić, bo ich nie widziałam przynajmniej od miesiąca. Spotykaliśmy się głównie przez internet, żeby nie narażać się wzajemnie. W tym czasie nasi dalsi znajomi podróżowali po świecie, odwiedzając najchętniej małe państwa, w których liczba chorych przed wakacjami była bliska zeru. Jedna z naszych koleżanek nawet zabrała ze sobą swoje małe dziecko. Pomijam już abstrakcję tego, że osoba w naszym wieku ma dziecko. Przecież my jesteśmy dziećmi.

Pogłaskałam Thora leżącego ze mną w łóżku, mając nadzieję, że koty nie mogą się zarazić.

Po kilkugodzinnym załamaniu nerwowym, podczas którego obeszłam swój mikroapartament dookoła z dziesięć tysięcy razy, znowu padłam do łóżka. Oczywiście nie mogłam zasnąć z nerwów. Po prostu leżałam, próbując się chociaż zdrzemnąć, ale bałam się, że jeśli to zrobię, to nie zauważę, że przestałam oddychać. A jak już zauważę, to nie będę mogła nic na to poradzić.

 

Dzień 3

Ciągle przysypiałam na chwilę, żeby gwałtownie zrywać się z łóżka i wpatrywać się w nie na wypadek, gdybym zostawiła w nim swoje ciało.

Szczęśliwie i tym razem ciało podążyło za mną. A do tego w końcu było głodne.

Mama czytała mi w myślach, bo zrobiła naleśniki z owocami. Odczekała nawet na klatce, aż cała otulona kołdrą uchyliłam drzwi, rozejrzałam się na boki, czy nie ma tutaj sąsiada, który nie powinien wiedzieć o mojej przypadłości, bo by mnie tutaj zamurował, po czym wciągnęłam talerz do swojej nory.

– Dziękuję – powiedziałam zza drzwi, powstrzymując się od kaszlu.

Mama coś jeszcze powiedziała, chyba życzyła mi zdrowia, może też wymamrotała kilka zaklęć, kto wie.

Łóżko, mój przyjacielu.

Kilku znajomych od razu, jak się dowiedziało, zapytało, czy czegoś mi nie trzeba. Miałam ochotę powiedzieć, że świeżej pizzy, ale przemawiał przeze mnie mózg mojego żołądka, który chyba nie był na bieżąco z tym, co dzieje się z resztą ciała. Przecież i tak nie miałam smaku ani węchu, mogłabym jedynie podelektować się fakturą ciasta. Musiałam tę przyjemność zostawić na później i na razie zadowolić się witaminą C.

 

Dzień 4

Zadzwonili do mnie z pracy, żeby zapytać, kiedy wrócę. Czułam się odrobinę lepiej, w końcu chorowałam dłużej, niż miałam diagnozę, ale nie mogłam powiedzieć, że sobie radzę, żeby nie kazali mi pracować z domu. Aż tak lepiej się nie czułam. Zrobienie śniadania wykańczało mnie do połowy dnia. Pranie wyjęłam na trzy tury. Pierwszą było rozstawienie suszarki. Ubrania rozwiesiłam w ciągu kilku godzin, bo wystarczyła chwila pracy, żebym musiała to wyleżeć.

– Mam kwarantannę do końca przyszłego tygodnia – oznajmiłam szefowi łamiącym się głosem, kiedy on złościł się, że nie powiedziałam mu o tym wcześniej, chociaż to on ignorował moje maile.

Nie płacz. Nie płacz. Nie płacz.

Malina, ty ciamajdo.

Chlipiąc, podziękowałam za suche życzenie mi powrotu do zdrowia i wróciłam do przyglądania się plamie na ścianie. Taki mindfulness.

Odezwała się do mnie też dawna znajoma, która napisała do mnie chyba jedynie z ciekawości, i żeby móc później mówić, że zna kogoś, kto choruje i to tak naprawdę nic poważnego.

„O nie, naprawdę masz wirusa? Jesteś w domu czy w szpitalu?” – zapytała.

„Tak. W domu” – odpisałam, kuląc się pod dwiema kołdrami.

Wyświetlono.

I znowu zadzwonił szef. Z frustracją w głosie dopytywał, z kim z pracy miałam kontakt, bo sanepid się go czepia. Nie wiem, szefie, z każdym? Tobą również? Bo siedzimy wszyscy w małym biurze, a ty nie chciałeś, żebyśmy już pracowali z domu? Chętnie też przypomnę, że jako jedyna nosiłam maskę.

Weszłam na Twittera, licząc na to, że wyskoczą mi jakieś śmieszne memy.

„Czy koronawirus istnieje? Gościem naszego programu jest pisarka fantasy oraz komentator sportowy”.

Aż mi się kaszel nasilił.

Za to właśnie zainstalowana przeze mnie pod przymusem smsa od sanepidu aplikacja, Kwarantanna Domowa, znowu miała dla mnie zadanie. Musiałam wysłać w ciągu dwudziestu minut swoje zdjęcie. Leżąc zawinięta w szlafrok z Olafem z Frozen, uśmiechnęłam się, może nieco zbyt gorzko, żeby wiedzieli, że czuję się doskonale.

Następnego dnia aplikacja nie kazała mi wysyłać swojego zdjęcia. Za to rozległ się głośny dźwięk domofonu, na dźwięk którego Thor się zjeżył. Okazało się, że to był policjant. Zapytałam, czy mam pomachać mu z okna, ale mężczyzna błyskawicznie odpowiedział, że nie trzeba. Rozumiem, że to on odebrał moje zdjęcie.

– Pani Malina, prawda?

– Tak – odparłam do słuchawki.

Błagam, niech żaden sąsiad teraz tędy nie przechodzi.

– A nazwisko?

Może jeszcze numer mieszkania? Żeby nikt nie miał wątpliwości, w które drzwi wbić deski?

Okazało się, że jednak nie potrzebuje niczego więcej. Zapytał też, czy się trzymam.

– Nikt inny tego nie zrobi – odparłam żartobliwie, ale moim ochrypłym głosem zabrzmiało dosyć mrocznie.

– Zdrowia życzę – odpowiedział policjant.

Obserwowałam przez okno, jak mężczyzna spod naszego budynku idzie do bloku naprzeciwko. Ciekawe, ile osób też siedziało teraz w domu, zastanawiając się, czy w ogóle z tego wyjdzie. W końcu niektórzy otrząsali się po kilku dniach, innym potrzeba było wielu miesięcy. Skąd mieliśmy wiedzieć, jak będzie z nami?

 

Dzień 5

Odezwał się do mnie sanepid. Bardzo sympatyczna kobieta zapytała mnie, czy miałam z kimś kontakt. Nagle okazało się, że jestem po prostu pustelnikiem, bo według wyliczeń wszystkich z mojego otoczenia, nie widziałam się z nikim od poprzednich świąt.

Ostatecznie na oficjalną, aż jednodniową kwarantannę zostały wysłane trzy osoby z mojej firmy, siedzące najbliżej mnie. Jedna z nich nie dowiedziała się, że jest na kwarantannie, więc spędziła ten dzień w pracy. Możliwe, że za darmo, bo chyba tak jak większość z nas jest na umowie zlecenie.

Zaraz po jej telefonie zadzwoniła pomoc społeczna, żeby upewnić się, czy nie potrzebuję czegoś do jedzenia. Lepiej późno niż wcale.

– Dziękuję, karmią mnie – odpowiedziałam, patrząc na niedojedzone naleśniki.

Schudłam już dwa kilo. Mama się ucieszy.

 

Dzień 6

Jak każdego dnia, otworzyłam butelkę Amolu, żeby się go napić razem z miodem. Powąchałam dokładnie łyżeczkę i zdawało mi się, że poczułam trochę więcej niż wczoraj. Więcej niż nic to wciąż mało, ale i tak zaczęłam z nadzieją biegać po mieszkaniu i otwierać wszystkie zapachowe kosmetyki, herbaty i środki czystości. Poczułam wybielacz? Czy to tylko mój mózg chciał zrobić mi przyjemność?

Zapach kawy rozpuszczalnej też zdawał się być prawdziwy. Jakby z oddali, ale prawdziwy.

Napiłam się herbaty, którą sobie parzyłam od momentu, kiedy straciłam węch i smak. Wcześniej bardzo mi ta herbata nie smakowała, więc chciałam ją skończyć, dopóki jej aromat nie robił mi żadnej różnicy. Jednak tym razem poczułam coś nieprzyjemnego.

Czyżbym wracała do świata żywych?

Kinga, Samuel i Sokół, z którymi rozmawiałam codziennie przez wideo, zgodnie potwierdzili, że wyglądam dużo lepiej. Może mieli na myśli to, że umyłam w końcu włosy.

 

Dzień 7

Udało mi się zrobić obiad, pozmywać naczynia i poczytać książkę. Nawet nie musiałam co chwilę wracać do łóżka.

Nagle coś nieprzyjemnego podrażniło mój nos. Zapach. To był zapach. A raczej smród. Zajrzałam do łazienki. Aj. Kuweta Thora wymagała natychmiastowej interwencji.

Ale zaraz. Ja to czułam mocno i wyraźnie.

Podbiegłam do kuchni i chwyciłam za słoik z kawą.

Czułam kawę.

I tak skakałam po całym mieszkaniu, wąchając, co tylko się da. Płakałam ze szczęścia i wąchałam. Przerwał mi dopiero telefon od lekarki, z którą byłam umówiona na telewizytę.

– Węch mi wraca! – powiedziałam, podskakując na fotelu.

– A jak kaszel?

Musiałam się chwilę zastanowić.

– Od wczoraj nie mam.

– Czyli od soboty jest pani wolna – odpowiedziała z zadowoleniem.

Najwyraźniej wystarczą trzy dni od ustąpienia objawów, żeby być uznanym za zdrowego. Chociaż węch nie wrócił mi jeszcze do końca, to lekarka zdawała się tego nie słyszeć.

Czyli od poniedziałku wracam do pracy. Wspaniale.