Wczoraj wieczorem postanowiliśmy wspólnie wykonać zadanie ze słoika i nie spać przez trzydzieści godzin. To powinno być proste. W końcu jesteśmy młodzi
i na razie nienaruszeni przez trudy życia.
Niedoczekanie.
Rozłożyliśmy na piasku duży koc, gdzie na spółkę z Michałem wcinałam orzechy, a Samuel obok czytał książkę.
Dawno nie czułam się tak rozbita. Wyjście nad jezioro miało nas rozbudzić, a mimo to wszyscy byliśmy nieco sflaczałymi zwłokami. Kinga trochę mniej. „Dobre geny i trochę sezonowego ruchu”, jak to ujęła. Dlatego poszła popływać. Na samą myśl o wymachiwaniu nogami pod wodą czułam się zmęczona.
Kinga dopłynęła aż do żółtych boi i tam konała ze zmęczenia. Albo to tylko moja projekcja. Nagle spod wody, tuż obok odpoczywającej Kingi, wynurzyła się włochata piłka. Pardon, głowa mężczyzny.
Podpłynął bliżej, objął boję muskularnym ramieniem, po czym zaczął coś mówić. Kinga rozejrzała się, zanim odpowiedziała.
– Jak myślicie, o czym rozmawiają? – zapytałam chłopaków.
– A ja wiem – Michał wzruszył leniwie ramionami, bez zachwytu przełykając garść orzeszków.
– Ale chyba jej nie napastuje?
– Napastuje – Michał prychnął resztkami jedzenia. – Pewnie chce zagadać.
Zagadać?
– Tak w sensie… romantycznie?
– Albo próbuje ją utopić – dodał Samuel.
Najwyraźniej nie.
Kinga wróciła z uśmiechem tak szerokim, że jeszcze chwila i będzie mogła przebierać się za Jokera na każdy konwent.
– Mam randkę – powiedziała. – Mamy się spotkać tutaj po południu.
– Przecież to niebezpieczne! – zawołałam.
– Kurcze, chyba masz rację… – Kinga potrząsnęła głową, z której wyleciały wszelkie nadzieje.
– Zaproś go do nas – powiedział Samuel nie odrywając wzroku od książki.
– A to jest niby bezpieczne? – zapytałam.
– Znam go z widzenia, to syn sąsiadów – odparł. – Właśnie skończył studia, w przyszłym miesiącu przeprowadza się do stolicy. Będziecie mogli w razie czego się spotykać.
– On jest dorosły! – zawołałyśmy jednocześnie z ekscytacją.
– Wy też – zdziwił się Samuel.
Roześmiałyśmy się głośno i dosyć smutno.
– Dobra, to idę – Kinga wypchnęła klatkę piersiową do przodu. – Jak wyglądam?
Kinga była bardzo wysoka i szczupła. Wiele się nie zmieniło od kiedy ostatni raz na nią zerknęłam.
– Jak przemoknięta wykałaczka – powiedziałam, ziewając.
– Dobrze, że nie jak trzydniowy pączek – odparła i ruszyła przed siebie.
Chyba potrzebowała słów otuchy, nie słabego żartu.
– Wykałaczka była mniejszą obelgą, niż pączek, prawda?
Michał spojrzał na mnie ze znużeniem.
Ta.
Kiedy tylko wróciliśmy do domu, okazało się, że zapomnieliśmy posprzątać po wczorajszej wyżerce. Byliśmy tak śpiący, że nieustanne jedzenie trzymało nas przy życiu. Gorzej, że teraz należało uporać się z fruwającymi paczkami po czipsach, opakowaniami po lodach, a także nieumytymi naczyniami, których liczba przerastała populację tego miasta.
Ale to za pięć minut.
– Malina! – ocucił mnie głos Kingi.
Ważna randka. Lecę.
Tylko na chwilę przymknę oczy.
Michał podniósł mnie z podłogi w salonie i przeniósł na bardzo niewygodne, drewniane krzesło, po czym pochlapał zimną wodą. Podziałało, wstałam.
Momencik.
Ja miałam problemy z podnoszeniem własnego ciała z pozycji siedzącej, a Michał ot tak chwycił mnie z podłogi.
– Kiedy zdążyłeś tak przypakować? – zapytałam, przeciągając się.
– Ciocia mi doradziła, że jeśli chcę się spodobać pewnej dziewczynie, to muszę zacząć zdrowiej żyć.
– Oczywiście, że to powiedziała – obśliniłam palec i starłam zaschniętą czekoladę z dekoltu.
Michał, w przeciwieństwie do mnie, z otwartymi ramionami przyjmował rady mojej mamy. Jego matka była krakowską hrabianką jeszcze nieświadomą, że wszelkie tytuły przestały już funkcjonować. Jej rodzicielska czułość kończyła się na trzepnięciu go w plecy, żeby stał godnie.
– Hiacyncie podobasz się i bez gigantycznych mięśni – powiedziałam, dojadając szybko resztkę wczorajszego obiadu.
Michał zakrztusił się swoją wodą z ogórkiem.
– Nic nie mówiłem o Hia…
Męczarnie Michała przerwał Samuel, który potknął się o próg drzwi balkonowych.
– Taras posprzątany – wysapał. – Ile jeszcze godzin, zanim możemy zasnąć?
– Teoretycznie dwie – wymamrotałam. – Ale trzeba zabawić gościa.
– Do roboty – Michał pogonił nas miotłą, szkoda że złapał za drugi koniec i pyłkami rzucił nam w twarze.

Nie wiedziałam już, co było jawą, a co snem. Miałam wrażenie, że utknęliśmy w Kopciuszku, wersji gore. Małe gryzonie wcale nie chciały nam pomagać, bo jak mogły, kiedy leżały martwe pod kanapą. Miejscowe koty były jeszcze bardziej złośliwe, niż Lucyfer, rzucając się z pazurami na nasze palce u stóp. Do tego kłęby kurzu gryzły mnie w kostki, a piasek wskakiwał na stoły i zrzucał talerze, które powinny być teraz w zmywarce. Chwila. Co w takim razie myje zmywarka?
– Czy tylko ja widzę wielką pianę? – zamrugałam wielokrotnie.
Wszyscy wciągnęli głośno powietrze.
– Która godzina? – zapytała Kinga.
– Prawie… – Michał się zawiesił.
Zerknęłam na telefon.
– Za dwadzieścia szesnasta.
– Zostało nam dwadzieścia minut – powiedziała z przerażeniem Kinga.
– Leć się ubrać, my zrobimy porządek. Michał, przygotuj napoje, Sami, rozstaw talerze.
Kiedy przeglądałam szafki, w których gdzieś miały być świece, które wieczorem stworzą idealny ambiąs, uświadomiłam sobie, co takiego powiedziałam.
Sami.
Tak mówię do niego tylko w głowie, kiedy jeździmy po kraju, ratując ludzi przed złymi duchami.
Może tego nie wychwycił.
Kiedy tylko strzepnęliśmy ostatni paproch ze stołu w ogrodzie, ktoś zapukał do drzwi. Samuel powlókł się, żeby otworzyć.
– Bartek, wchodź – powiedział przyjaźnie.
Do domu wszedł wysoki i wysportowany chłopak, a może powinnam powiedzieć mężczyzna, który prędko uśmiechnął się, starając się zamaskować strach, gdy zobaczył tylko mnie.
W tej chwili mój mózg wyszedł z czaszki, opadł mi na ramię ze stęknięciem i wymamrotał do ucha:
– Nudzę się. Zrób coś głupiego, żebym mógł przez następne pięć lat ci o tym przypominać przed snem.
Dlatego rozpuściłam włosy, starając się je zgrabnie przeczesać ręką, ale były tak skołtunione, że utknęła.
– Wiem, wiem, wyglądam lepiej w słońcu. Ale jak wychodzę z wody, to kurczą mi się nogi.
Chciałam rozładować atmosferę. Niestety tylko ja zrozumiałam, że to żart, bo zaczęłam chichotać.
Bartek patrzył na mnie oniemiały. Ciekawe, dlaczego. Nie chcę nawet wiedzieć, co myśli Samuel.
– Jestem Malina – podałam mu niepewnie dłoń.
Zapomniałam, że przed chwilą trzymałam ociekający słoik z syropem malinowym i nie zdążyłam tego zmyć.
– Przepraszam za to – podniosłam rękę. – Pocę się syropem malinowym. Kiedy rodzice się zorientowali, zmienili mi imię. Spróbuj, bardzo dobry.
Dlaczego ktoś mi jeszcze pozwala w to brnąć.
Już rozumiem.
Stopy Michała wystawały z łazienki, skąd dobiegało jego głośne chrapanie. Samuel za to właśnie odpłynął na popielniczkę – odchylając głowę, szeroko otworzył usta.
Muszę uratować nasz honor.
– Masz na imię Bartek, prawda? – stanęłam tak, żeby nie zwracał uwagi na śpiących chłopaków. – Czy to nie jest zabawne, że w każdej szkole jest jakiś Bartek, który wylatuje na początku roku szkolnego?
– Cóż – uśmiechnął się, próbując tym razem ukryć zażenowanie. – Ja akurat sam się przeniosłem. Kinga jest w domu…?
– Nie. Kinga była tylko przynętą. Teraz cię zjemy na kolację – roześmiałam się złowieszczo.
Jeśli teraz nie ucieknie, zrobię rewelacyjny kontrast w stosunku do Kingi, w związku z czym będzie nią podwójnie zachwycony.
Szczęśliwie właśnie rozległy się kroki na górze.
Kiedy Kinga zeszła, przywitała się nieśmiało z Bartkiem, a on wreszcie uśmiechnął się szczerze.
Ponieważ byłam już na skraju wyczerpania i nie wiedziałam, jak poskładać słowa, żeby zaprowadzić ich do ogrodu, gdzie przyszykowaliśmy dla całej naszej grupy przekąski, zaczęłam śpiewać „Gościem bądź”.
To nie było najgorsze.
Chwyciłam świecznik stojący na stole i podrygiwałam dośpiewując własny tekst, bo jeśli mam być szczera, to zawszę tę scenę w „Pięknej i Bestii” omijałam.
Kinga, przepraszam.
– Wszyscy razem – wymamrotałam.
Kiedy Kinga i jej gość usiedli, zapaliłam świece, które od razu zdmuchnął wiatr. Przynajmniej próbowałam. Ale może romantyczny ogień lepiej by wyglądał w ciemności.
Poczekam.
Lub nie.
Kiedy zeszły ze mnie resztki energii, którą obdarowałam Bartka, pozostało mi tylko rozlać się na kanapie w salonie. Myślałam, że zaczniemy spotkanie wszyscy razem, później zostawiając randkowiczów sam na sam, ale muszą poradzić sobie bez nas. Gdyby Bartek jednak okazałby się wydalonym ze szkoły mordercą, może krzyk Kingi by nas ocucił. Oby.

Kiedy się obudziłam, miałam przed sobą twarz Michała, który klęczał przed kanapą i opierał na niej jedynie głowę.
Za to na moim brzuchu spał Samuel. To miłe. A jemu to musi być podwójnie miło, bo mój brzuch jest jak miękka poduszeczka. Tylko czasem wydaje śmieszne odgłosy.
Ostrożnie wyjęłam z kieszeni spodni telefon. Czekała na mnie wiadomość od Kingi.
„Chciałam ich gdzieś przenieść, ale nie umieli wejść na górę, przepraszam”.
Wybaczone.
Była dopiero ósma. Szczęśliwie z ogrodu dochodziły jedynie śmiechy, nie odgłosy piłowania kości.
Mogłam spać dalej.