Ostatnio mama powiedziała mi, że jestem dzika. Dzika. Nie uroczo płochliwa, jak zagubiony kot z wielkimi, błyszczącymi oczami. Nie, ja jestem dzika, jakbym była wychowywana przez wilki. A to wszystko dlatego, że nie chciałam towarzyszyć jej na kolejnym przyjęciu z okazji urodzin znajomej, której nawet mama imienia nie pamięta.

– Musisz częściej wychodzić do ludzi – dodała do długiego wywodu o tragicznych skutkach braku kontaktu z innymi, nie przerywając rozciągania się przed bieganiem.

Tata tylko przytaknął nie odrywając oczu od książki. Żeby własny ojciec tak człowieka zostawił na pastwę losu.

– Albo zapraszaj ich do siebie – dodał, przewracając stronę.

Rozmowę przerwała nam babcia, która wpadła z niezapowiedzianą wizytą, oczywiście w towarzystwie swojego spasionego ratlerka, Rubensika.

– Byłam w okolicy, wypiję herbatę i uciekam – zaszczebiotała.

Wszyscy z radości głęboko westchnęliśmy. Lubiliśmy babcię, ale niekoniecznie jej obecność.

– To ja idę – Róża przebiegła przez salon po drodze łapiąc swoją torebkę.

– Dokąd? – zapytała babcia.

– Nie wiem – odparła i wyszła z mieszkania.

– Czy wy wiecie, gdzie ona tak się włóczy? – babcia wpatrywała się karcąco matczynym wzrokiem w rodziców, jakby wciąż byli młodzi.

– Gdzieś ze znajomymi. W jej wieku to całkowicie normalne – mama spojrzała na mnie z cichą pretensją.

– A ty, Malinko, nigdzie dziś nie idziesz? – babcia podzieliła spojrzenie mamy.

– Ktoś musi zostać i podlać kwiatki – odparłam powoli wycofując się w stronę swojego pokoju.

– Nie masz dziś zajęć? – dopytał tata.

– Jest sobota.

Przynajmniej już zanotował, że studiuję, bo jeszcze miesiąc temu pytał mnie o hasło do librusa.

– No właśnie, młoda dziewczyna, a w sobotę siedzi z rodzicami – babcia pokręciła głową, a Rubensik jej dopowiedział warknięciem. – Nie chcę się wtrącać w wasze metody wychowawcze, ale powinniście jej coś powiedzieć.

– Spróbowałabyś kiedyś zrobić coś nowego – powiedziała mama.- Mogłabyś na przykład…

– Pobiegać – dokończyłam razem z nią. – Nie, dziękuję, życie mi miłe. A teraz przepraszam, mam kilka odcinków Flasha do nadrobienia.

– No chodź, będzie fajnie.

Dałam się namówić na najgorszą godzinę w moim życiu.

Biegałyśmy przy stawie przy pętli tramwajowej, gdzie mama codziennie robi swoje trzysta okrążeń. Jest listopad, więc temperatura nie rozpieszcza. Byłam w cienkiej bluzie, przez co myślałam, że co może, to zaraz odpadnie. Ten stan nie trwał długo, bo szybko rozgrzałam się ciągiem biegania, zatrzymywania się i sprintu, żeby dogonić mamę. Optymalna temperatura szybko podskoczyła do etapu wrzenia. Oczami wyobraźni widziałam jak moja topiąca się skóra razem z włosami spływa na chodnik i inni piesi muszą je z obrzydzeniem odklejać z butów. A wlatujące do mojego gardła zimne powietrze sprawiało, że nie mogłam nawet oddychać bezboleśnie. Do tego co chwilę mama mnie mijała robiąc kolejne okrążenie.
– Żwawiej, Malina! – wołała.

Zaraz będzie mi potrzeba interwencji specjalisty i coś mi mówi, że nie obędzie się bez inkantacji w łacinie powiązanych z dramatycznym przecinaniem dłoni. Bo było coraz gorzej. Moje nogi zdawały się ważyć o tonę więcej z każdym kolejnym krokiem, a mama znowu stała się małym punkcikiem po drugiej stronie stawu, od którego dzieliła mnie odległość pięciu zapaści serca i dwóch zgonów.

– Ma – wysapałam. – Mo.

Musiałam zrobić sobie dłuższą przerwę i usiąść na ławce. Brałam oddech za oddechem i wiedziałam, że to mój koniec. Brzmiałam jak smok, który bez powodzenia próbuje rozpalić ogień w swojej jamie ustnej. Nie jestem ekspertem, ale to chyba nie jest normalne.

– Malina? – usłyszałam znajomy głos.

Odwróciłam się oczekując najgorszego.

Było jeszcze gorzej. Nikola, koleżanka z dawnych lat, trzymająca w gotowości swój ukochany aparat. Ja wiem, że mieszka w okolicy, ale nie mogłaby tego dnia siedzieć na kanapie? Ona każde mrugnięcie relacjonuje w internecie. Wolałabym, żeby nie zrobiła mi jakiegokolwiek zdjęcia.

– Nie – wydusiłam i pobiegłam, a raczej potoczyłam, się dalej.

Mogłam przynajmniej powiedzieć „nie, pomyłka”. Albo „nie, Ola”. Serio, czy ty musiałaś zrobić najgłupszą rzecz na świecie? A teraz trzeba było biec szybko, żeby nie zdołała mnie dogonić idąc swoim spacerowym krokiem i wtedy przyjrzała się bliżej mojej twarzy. Chociaż i tak nie sądzę, żeby uwierzyła w to, że ja to nie ja.

Schowałam się za dużym drzewem i teraz to już po prostu próbowałam przetrwać.

– Ile już przebiegłaś? – zapytała mama podbiegając do mnie w podskokach.

Pokazałam jej dziesięć palców, bo jeszcze nie mogłam mówić. Może uwierzy i będziemy mogły wracać.

– Tak mało? – spojrzała na mnie z rozczarowaniem wyjmując z uszu słuchawki.

Mało? Dobrze, że nie zauważyła, ile naprawdę przebiegłam.

– Wracaj do domu, bo ducha wyzioniesz – mama usilnie próbowała się nie roześmiać.

Nie mogłam wrócić tą samą drogą, bo mogłabym wpaść na Nikolę. Dlatego trzeba było iść naokoło. Ponieważ życie nigdy nie skąpi mi upokorzeń, musiałam poślizgnąć się na najmniejszej znanej ludzkości błotnistej kałuży, lecąc na pośladki. Boleśnie i z hukiem grzmotnęłam o ziemię i nawet moje dwa poduszkowce nie zamortyzowały upadku. Czy wspominałam, że po drugiej stronie ulicy znajduje się wydział uniwersytetu? Wszyscy zaoczni studenci czekający na tramwaj obserwowali jak ociężale wstawałam nie mogąc powstrzymać gardłowego stękania.

– Malina, cześć!

Trzymajcie mnie. Stolica kraju, prawie dwa miliony mieszkańców, a ja nie mogę nie spotkać znajomej osoby, kiedy jestem w żenującej sytuacji. Pięknie. Mój przebojowy kuzyn ze swoim przyjacielem, który wygląda zupełnie jak Sam Winchester. Ma nawet takie same oczy szczeniaczka.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Gorzej, że on najwyraźniej potrzebuje jeszcze kilku spojrzeń, żeby się zorientować. A tym sobie nie pomagam.

– Hej – wydusiłam razem z innymi sapnięciami.

Nieszczęścia nie chodzą parami, one ruszają całą armią, kiedy tylko poczują krew.

– Właśnie do was idziemy, ciocia prosiła o… Wszystko w porządku?

Pokiwałam energicznie głową, pokazałam wskazującymi palcami, że idę dalej biegać, po czym strzepałam z siebie trochę błota i pobiegłam dalej.

Po powrocie do mieszkania ostatkiem sił zamknęłam za sobą drzwi i przytuliłam się do podłogi. Leżałam tak kilka minut starając się utrzymać swoją duszę przed ucieczką na drugą stronę. Już miałam pisać do mojej przyjaciółki o przeżytej traumie, kiedy zadzwonił domofon. Mój szósty zmysł i nieodebrany telefon z nieznanego numeru wskazywał na jedno – kurier. Róża znowu zamówiła sobie jakieś głupoty i jak zwykle podała mój telefon, bo ja częściej jestem w domu. Ma rację, oprócz zajęć i dostaw ciasta marchewkowego do kawiarni Kingi, niewiele jest w stanie wywabić mnie z mojego gniazdka. Tylko nie rozumiem, dlaczego powiedziała to tonem sugerującym, że w tym domu tylko piszę w pamiętniku jak nędzny jest mój żywot. Nikt mi nie chce wierzyć, że ja to naprawdę lubię.

Kiedy otwierałam kurierowi, przypomniałam sobie, że nie jestem zbyt świeża. Gdyby mój obecny zapach sprzedawano w drogerii, to z pewnością jako l’eau de tydzień temu odcięli mi wodę, a modelka go reklamująca machałaby zmysłowo lepkimi włosami i zachrypniętym od kurzu głosem, jednocześnie powoli wypinając usta, wyszeptała „uciekaj póki możesz”.

Oczywiście dzisiejszy kurier musiał być młody i atrakcyjny. Dziadki z dużą wadą wzroku i słabym węchem przychodzą tylko kiedy użyję perfum mamy.

– Dzień dobry – powiedziałam swoim dzidziusiowym głosem, którego używałam wyłącznie do rozmowy z obcymi ludźmi. Wielokrotnie próbowałam, ale nigdzie nie znalazłam wyłącznika. Więc zamiast mówić normalnym tonem jak dorosła osoba, ja sprawiałam wrażenie, że połknęłam dziecko z podstawówki. Tak też wyglądałam.

Pan Przystojny Kurier od razu poczuł, jak wiele dzisiaj przeszłam, bo zauważyłam, że nagle przestał oddychać. Nie utrzymywał też ze mną żadnego kontaktu wzrokowego, może bał się, że od tego dostanie jakieś wysypki. Nie mogę go winić. Nawet Killer Croc by mnie na swoje bagna nie wpuścił.

Jak w spowolnionym tempie patrzyłam na biedaka, który z przerażeniem przyjmuje ode mnie banknoty. Pewnie potem wyparzy ręce.

– Dziękuję – powiedziałam, żeby nie musiał szukać dla mnie reszty, boleśnie umierając z niedotlenienia.

Chyba czas się umyć.

Po południu, wcześniej jak ognia unikając kuzyna i Sama, ruszyłam do kawiarni, w której pracuje Kinga.

– Dobrze, że jesteś – na mój widok Kinga postawiła na ladzie duży słój. – Patrz, co znalazłam.

Słój z etykietą „rzeczy do zrobienia przed starością”. Miałyśmy jakieś jedenaście lat, gdy to spisałyśmy.

– Myślisz, że to już czas? – zapytałam.

– Jak nie teraz to kiedy?

Otworzyłyśmy wspólnie ten słoik. Zapachniało starością i nieśmiesznymi żartami.

– Ale wiesz, że nie ma odwrotu? Jeśli przeczytamy pierwsze zadanie, musimy zrobić wszystko. Inaczej czeka nas pięć lat nieszczęścia – powiedziała Kinga. – Same ustalałyśmy zasady.

– No to… yolo?

Wyciągnęłam pierwszą lepszą karteczkę. Ciekawe, co takiego wymyśliłyśmy… „Idź do salonu sukni ślubnych i przymierzaj sukienki, nawet jeśli nie bierzesz ślubu”. O panie… Dwie małe sadystki znęcające się nad swoimi starszymi wersjami. Sięgnęłam po kolejną kartkę.

– Idź na miasto przebrana za nauczyciela Hogwartu i oprowadzaj uczniów po mugolskim świecie?

– Jakby nie patrzeć, stroje już mamy – pocieszyła mnie Kinga.

Nie chciałam jej martwić, że ostatni raz miałyśmy je na sobie, kiedy obie nie przekraczałyśmy metra pięćdziesięciu.

– Daj spokój, to zabawa. Nie musimy tego robić – powiedziałam.

– Obiecałyśmy na małe paluszki. Jak to o nas świadczy, że nie potrafimy samym sobie dotrzymać obietnicy?

Rzeczywiście.

Nagle zauważyłam moją siostrę, siedzącą na kanapie ze znajomymi. Ona się nie przyznaje, że przychodzi tu zawsze jak jest świeża szarlotka, ale fakty mówią same za siebie.

– Róża! – powiedziałam z entuzjazmem. – Niech ona to zrobi!

– Jak nam to pomoże?

– Zadanie zostanie wykonane, duch niespełnionej obietnicy ucieknie.

Kinga patrzyła na mnie z zamyśloną miną, po czym pokiwała głową.

– Róża, patrz jaki słoik znalazłam! – powiedziałam głośno.

Róża odgarnęła z twarzy swoje kasztanowe loki i spojrzała na mnie z nutą obrzydzenia. Jasne. Jest ze znajomymi. Po prostu się zapomniałam. Zarówno ona, jak i jej towarzysze są znękanymi życiem hipsterami, przy których nie wolno używać zwracających na siebie uwagę dźwięków. Według Róży to po prostu obciach, ale ja uważam, że kiedy ma się szesnaście lat, jakiś galaretowaty stwór przejmuje władzę nad twoim ciałem i zmusza swojego gospodarza do skrzywionej miny, która zmienia się jedynie na widok czegoś modnego. Pomachać takiej Róży iPhonem czy kubkiem ze Starbucksa przed nosem i od razu poprawia jej się humor.

– No co? – zapytała, a raczej burknęła, patrząc na mnie spode łba.

– Patrz, słoik z rzeczami, które trzeba zrobić przed starością. Piszesz się?

Róża chwyciła kartkę, którą wcześniej wyjęłam i prychnęła.

– A wy jesteście w podstawówce?

Niestety tak.

– Ty byś nigdy tych rzeczy nie zrobiła – powiedziała Kinga.

Co za odwrócona psychologia.

– Ja? – zapytała tonem, jakby zaraz miała dodać „potrzymaj mi piwo”. Ale Róża nie pije piwa, jest dopiero w pierwszej liceum. Albo jestem naiwna.

– Ty – dodałam. – Skoro jesteś taka twarda, to zrób te wszystkie zadania.

– Po co?

Bo my się krępujemy.

– Upiekę ci coś – odparła Kinga.

– Może zrobimy tak – wy wykonacie wszystkie zadania z tego słoja żenady, a ja wtedy urządzę wam przyjęcie – zaproponowała Róża.

– Przyjęcie, czyli dużo jedzenia na dużym stole, dobre komedie i cisza w domu przez cały dzień? – zapytałam.

– Powiedziałam przyjęcie, nie impreza – pokiwała głową.

„Bo wy nie wiecie, co to znaczy imprezować, wy niedoświadczone życiowo studentki kierunków, po których nie ma pracy”.

– Ma być różnorodna kuchnia. Żadnych mrożonek – zaznaczyłam.

– Wszystko jedno – wzruszyła ramionami.

– Ale niech będą lody – dodała Kinga.

– Proszę bardzo.

– No to w porządku – powiedziałam niepewnie.

– Zadania wybieracie przy mnie, a jeśli czegoś nie zrobicie, czeka was kara.

– Jaka? – głośno przełknęłam ślinę.

– Robicie za mnie nudne projekty przez cały rok.

Tak jakbym wcześniej jej nie pisała rozprawki na trzy strony o wpływie w-fu na dorosłe życie.

– Nie poddamy się – powiedziała twardo Kinga zmotywowana wizją trzydniowej wyżerki.

– Powodzenia – powiedziała z cwanym uśmieszkiem, po czym wróciła do swoich znajomych już z miną wskazującą na ból istnienia.

– To będzie okres największej żenady w naszym życiu – westchnęłam.

Kinga nic nie powiedziała, ale chyba do niej dotarło, że właśnie sprzedałyśmy swoje dusze.

– O nie, Nikola o mnie napisała – powiedziałam zerkając do telefonu.

Wstawiła na facebooka długi post o tym, jak spotkała dawną znajomą, która wbrew wszystkiemu za czym dotychczas stała, podążyła za innymi biegaczami. Przez to zaczęła zastanawiać się nad sensem podejmowania decyzji. Na koniec dodała, że ta znajoma uciekła bez słowa, co tylko pokazuje ulotność naszych bytów. A moja mama ma ją w znajomych. Będzie wiedzieć, że to o mnie. Przez tydzień będzie się ze mnie śmiać.

– Ty biegałaś? – zapytała zszokowana Kinga.

– To już się nie powtórzy.