Malina nie biega

Kaya Herman

28. Kolejna randka

Kiedy Samuel po wakacjach wyjechał na Erasmusa, byłam zaskoczona. Może uniknęłabym szoku, gdybym go naprawdę słuchała, a nie przerabiała w głowie serię możliwych odpowiedzi, które będą zabawne i inteligentne jednocześnie. Bo byłam przekonana, że on zamierza to zrobić, a nie że naprawdę leci do Francji.
A teraz semestr się kończy, Samuel zaraz wróci na święta. I zastanie mnie. Aż mu współczuję.
– Nie mam szans z Francuzkami – powiedziałam, siadając na stołku przy kawiarnianym blacie. – Już wyobrażam sobie, jak pięknie wymawiają jego imię. Samjuel. Jak poprawiają beret, cmokają pełnymi ustami i ciągną go na wieżę Eiffla.
– Ale wiesz, że on był na południu kraju? – Kinga spokojnie przeżuwała ciasto marchewkowe. Ja już swoją porcję zjadłam.
– To jest Francja, tam każde miejsce jest romantyczne – zrezygnowana oparłam głowę o blat. – Dawno tego nie czyściłaś.
– Nikt nie wącha – wzruszyła ramionami.
Wtedy przyszedł do mnie sms.
– To on – zamarłam.
Napisałam mu przed chwilą, po dokładnym omówieniu z Kingą treści wiadomości, żebyśmy się spotkali, kiedy wróci. Nie, nie jestem zdesperowana, jedynie zdeterminowana. W końcu wyjechaliśmy razem na wakacje, takie zaproszenie to już chyba nic dziwnego.
Pewnie. Jutro w naszym barze o 19?”.
– Wygląda romantycznie – Kinga wzięła ode mnie telefon, kiedy zastygłam w bezruchu.
– Za szybko – pokręciłam głową. – Jakbym przegapiła jakąś scenę. Wiesz, jakbyśmy byli jedynie symulacją i nasi twórcy zapomnieli czegoś dopisać.
– Albo wpatrujecie się w siebie już wystarczająco długo i w końcu postanowił spędzić z tobą czas sam na sam – Kinga płynem do czyszczenia popsikała blat i przetarła go prawie czystą ścierką.
– Proszę cię, spójrz na mnie. To ja. Malina. Zarabiam na szyciu kostiumów na przyjęcia urodzinowe. Studiuję kulturoznawstwo, ale znam się jedynie na popkulturze. Nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Patrzenie na mnie też nie jest największą przyjemnością, jakiej człowiek może doświadczyć.
– Ale lubicie tych samych superbohaterów.

Tak więc poszłam. Sama, bez Kingi, czy Michała. Już nawet nie udawałam, że mi nie zależy. Pomalowałam nawet usta. W końcu śpiewaliśmy razem. Spał na moim brzuchu. Wszystko to dokądś zmierzało. I pół roku we Francji, wśród pięknych i zmysłowych kobiet pomogło mu to uświadomić.
Ta.
Spóźniłam się kwadrans, żeby zrobić wielkie wejście. Poszłam do miejsca, w którym zawsze naszą grupą lądowaliśmy. Wygodne siedzenia, znośny hałas i półmrok zaspokajał wszystkie nasze wampirze potrzeby.
Kiedy weszłam do środka, Samuel siedział tam, gdzie zawsze, na kanapie przy okrągłym stoliku. Miał nieco krótsze włosy, niż zwykle. Dobrze wyglądał z taką fryzurą.
Podeszłam do niego, uśmiechając się szeroko. Nie mogłam się powstrzymać. Nie widziałam go pół roku, a nie rozmawialiśmy przez ten czas wystarczająco często. Więc tak naprawdę nie wiedziałam, czy nie przedstawi mi zaraz swojej ciężarnej dziewczyny. W końcu przez Erasmusa na świat przyszło milion dzieci.
Matko, Malina, przestań myśleć.
– Cz… Cześć – zagaiłam, stojąc nad nim.
Trochę zbyt natarczywie. Zrobiłam krok do tyłu.
Nie zauważył mnie. Rozmawiał z dwoma chłopakami siedzącymi obok.
– Cześć – powtórzyłam.
Wciąż mnie nie zauważył. Tylko jeden z chłopaków na mnie spojrzał. Wiedziałam, że nie mogę dalej tak dyndać w niepewności. Więc popukałam go palcem po ramieniu. Tak, właśnie tak.
Samuel podniósł głowę. Uśmiechnął się, ale zdawał się być zaskoczony.
– Cześć – wstał i nachylił się, żeby mnie objąć, ale wycofał się z tego pomysłu i tylko poklepał mnie w powietrzu. – Strasznie długo cię nie widziałem! Co za zbieg okoliczności. Chłopaków też spotkałem tutaj przypadkiem.
Jaki znowu zbieg okoliczności?
– Dopiero co wróciłem. Chciałem was wszystkich zaprosić do siebie, ale chyba spotkamy się wcześniej – zaśmiał się. – Bo pewnie zaraz przyjdzie Michał i spółka?
Miałam ich zabrać? Nie napisał. Mógł sam po nich zadzwonić.
– Nie, dzisiaj ich nie będzie…
– O, to spotykasz się z kimś innym – stwierdził takim tonem, jakby mi gratulował. – Czekam, a właściwie teraz to my, czekamy jeszcze na znajomą. Jagodę. Poznałaś ją, prawda?
Byłam w takim szoku, że nie mogłam mu odpowiedzieć. Tylko się patrzyłam.
– Może chcesz się przyłączyć? Chyba że wolisz…
Co się dzieje.
– Jasne, usiądę – powiedziałam niepewnie.
– Chłopaków znasz.
Nie znałam. Oni nie znali mnie. Ale pokiwali od niechcenia głowami.
Usiadłam, rozpiętą kurtką przewracając jedno piwo. Szczęśliwie nie wylało się zbyt dużo, głównie na mnie.
– Przepraszam – niemal wyszeptałam.
– Nie ma sprawy – Samuel się zaśmiał. – Dać ci chusteczkę?
– Pójdę do łazienki – wstałam, zataczając się ze wstydu.
– Kupić ci cydr? – zapytał.
Przynajmniej pamiętał, co piję.
Kiedy suszyłam kremowy sweter mamy pod dmuchawą, dostałam sms. Od Samuela.
„Pamiętasz o spotkaniu? ;)”.
O nie. On chyba myśli, że rozmawia z Jagodą.
Czyli planował randkę, tylko że nie ze mną.
Nie wiedziałam, co odpisać. Chyba lepiej nic nie robić, żeby się bardziej nie wkopać. Albo…
„Spóźnię się”.
Geniusz.
Kiedy wyszłam, cydr już na mnie czekał. Tak samo jak Samuel poszukujący wzrokiem innej dziewczyny. Serio, boginie miłości ci nie wystarczyły, wracasz i już szukasz kolejnej, która jest tylko odrobinę lepszą wersją mnie?
– Mam nadzieję, że nie pomyliłem numeru. Przed wyjazdem kontakty mi się poprzestawiały i na czuja musiałem dopasowywać. Ale przecież smsowaliśmy przez ten czas, niemożliwe, żebym się pomylił.
A jednak.
Na dodatek nie odróżnia moich wiadomości od Jagody. Fantastycznie.
Kiedy przez następne pół godziny umierałam w środeczku, bo on jej wyczekiwał, a ja udawałam, że umówiłam się z jakimś chłopakiem, chyba powiedziałam, że Adamem.
– Zadzwonię do niej, może coś się stało.
W pośpiechu wyjęłam z torebki telefon, żeby go wyciszyć, ale nie zdążyłam. Akurat kiedy trzymałam go w dłoni, rozległ się głośny odgłos Tardis.
Samuel to zauważył. I zdjęcie Winchestera, które wybrałam do jego kontaktu.
– Dziwne, zadzwoniłem do ciebie – stwierdził.
Chciałam wyciszyć telefon, ale przez niską temperaturę działał opornie. Tylko spróbuj się zaciąć.
Spróbuję”, odpowiedział telefon. A Samuel znowu zadzwonił.
No i teraz zadziałał.
Nastąpiła chwila ciszy.
– To z tobą rozmawiałem? – w końcu zapytał, nieco zbity z tropu.
Jego znajomi wpatrywali się we mnie, gotowi, żeby się zaśmiać. Czułam to.
– O, widzę na zewnątrz Adriana – powiedziałam nawet nie udając, że nie udaję. – Lecę, do zobaczenia… kiedyś.
Idąc ulicą zakładałam kurtkę, przy okazji gdzieś zawieruszyłam szal. Wiedziałam, wiedziałam, że to było zbyt piękne.

Dzisiaj w kawiarni pracował Sokół. Lubiłam go, mimo że był nieco szorstki. Nie wiedzieliśmy o sobie zbyt wiele, ale nie musieliśmy za dużo rozmawiać, żeby się rozumieć. A tego właśnie potrzebowałam, zamiast empatycznego pocieszania Kingi.
– To, co zawsze – powiedziałam, opierając się brodą o blat. Już tak nie podśmierdywał. – Tylko bardziej.
Jego charakter pasował do wyglądu. Sokół był umięśniony, a falujące, kasztanowe włosy sięgały mu do wytatuowanych ramion. Wyglądał trochę jak nowy Aquaman.
– Mam dla ciebie prezent świąteczny – podałam mu torebkę z żelkami z mojego ulubionego sklepu.
Przyjął je z czymś przypominającym uśmiech.
Od kiedy go nimi poczęstowałam, wiedziałam, że jestem świadkiem najwspanialszej miłości, jaką ludzkość widziała.
Sokół podał mi trzy kawałki ciasta marchewkowego i wielki kubek herbaty.
– To ode mnie.
– Nigdy nie dawałeś mi trzech.
– Potrzebujesz.
Pokiwałam smętnie głową.
– Najpierw Maciek, teraz Samuel – wymamrotałam, przeżuwając. – Wszyscy uciekają.
– Mnie ostatnio rzuciła dziewczyna – powiedział beznamiętnie, stawiając czyste szklanki na półce. – Powiedziała, że nie poświęcam jej wystarczająco dużo uwagi. I teraz chodzi z moim kumplem.
– Przykro mi.
Wzruszył ramionami.
– Nawet tygodnia nie wytrzymała.
– To może… też sobie kogoś znajdź? – powiedziałam, kończąc pierwszy kawałek. – Żeby jej zagrać na nosie. Ja bym tak zrobiła. Ale ja to ja, najżałośniejsza istota we wszechświecie.
Sokół prychnął i spojrzał na mnie. Nagle się zawiesił.
– Ładnie wyglądasz – stwierdził. – Umiałabyś tak częściej?
– Gdybym musiała – odparłam z zawahaniem. – Muszę?
– Mam propozycję – oparł się o blat, zbliżając się do mnie twarzą. Wciąż pozbawioną większych emocji. – Będziesz moją dziewczyną.
Przetwarzanie danych…
– W porządku – odparłam. – Jak często mamy przechodzić obok domu twojej byłej?
– Tyle, ile obok domu Samuela.
– I Maćka.
– Serio? – podniósł wysoko jedną brew.
– No dobra, Maćka rzadziej. Tylko lepiej obok uczelni – powiedziałam. – Albo pracy. Żeby naturalnie wyszło.
– Zgoda.
Podaliśmy sobie ręce, żeby oficjalnie rozpocząć nasz niesamowity romans.


1 Comment

  1. Kaju, gapowaty ten Semiuel, ale dajmy mu szansę : czekam na dalszy ciąg 🙂

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 Malina nie biega

Theme by Anders NorenUp ↑