Trzecia randka nie była straszna. Nie była też nadzwyczajna, ale przynajmniej nie miałam do czynienia z kolejnym dzbanem. Chyba.

Profil Adriana był nieco enigmatyczny. Trzy zdjęcia – jedno zrobione na początku studiów, czarno-białe, z burzą włosów. Pewnie teraz był prawie łysy. Drugie, w lustrze, które spokojnie mógłby usunąć, a trzecie zrobione na tle pieluch dla seniorów. Bo jak się okazało, pracował w aptece pod Warszawą. A w opisie miał „mocne 3/10”. Sugerowało to dystans do siebie, ale i brak kreatywności. Rozmową nadrobił trochę braków, dlatego zaproponowałam spotkanie.

Niepokoiło mnie jednak to, że Adrian zbliżał się do trzydziestki, a siedział na Tinderze. W tym wieku, oczywiście oprócz szukania dla siebie przystępnego cenowo miejsca w domu spokojnej starości, panowie mogą oczekiwać albo znajomości na jedną noc, albo całe życie. Ale nasze spotkanie nie sugerowało ani jednego, ani drugiego. Facet zdawał się być kompletnie niezainteresowany mną w sposób, w jaki mężczyzna może być zainteresowany kobietą. Może dlatego, że byłam zwykłym kłębkiem nerwów odzianym w skórzane etui. Ciekawe, co ja bym zrobiła bez kompleksów. Pewnie bym nie miała czego zajadać ciastem marchewkowym.

A Adrian był pozbawiony wielu podstawowych ludzkich cech jak zaradność czy pewność siebie oraz zdawał się być niespecjalnie zadowolony ze swojego pełnego wpadek życia. Będzie idealnie pasował do naszej paczki.

Tak się złożyło, że mama dostała od znajomych zaproszenie na dwie osoby do restauracji, w której je się po ciemku. O tym, co się zjadło, człowiek dowiadywał się po posiłku. Mama bała się, że ją otrują albo gorzej, zaserwują coś tuczącego, więc nie zamierzała tam iść. Ponieważ nikt nie miał w tym tygodniu dla mnie czasu, postanowiłam zaproponować to Adrianowi.

Pewnie”, odpisał.

Entuzjazm aż wylewał się z ekranu.

– Jesteś pewna, że on jest normalny? – moja mama nie wierzyła w poznawanie zdrowych psychicznie ludzi przez Internet. Dziwne.

– Nie – odparłam, popijając rozgrzewającą herbatę. – Nie mówi o sobie zbyt wiele, nie chciał podać nawet swojego numeru telefonu. Może ma żonę albo dziewczynę w ciąży.

Ale ile razy może mi się to przydarzyć?

Z mordercą jeszcze się nie umówiłam. Cóż, nawet pasował. Wykształcenie wyższe, przeciętnie dobra praca, mieszka sam, biega. To ten typ mordercy z sąsiedztwa, którego nikt nie podejrzewa, a kiedy policja go wyciąga z mieszkania o szóstej rano, wszystko nabiera sensu.

Spotkaliśmy się przed wejściem.

Nie wiedziałam, czy Adrian jest tak nieśmiały, czy nie miał niczego do powiedzenia, ale nie odzywał się zbyt często. Raczej reagował na to, co mówiłam, rzucając prawie śmiesznymi żartami. Nagle zza granatowej kotary wyłonił się niski mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach, które raczej nie były jednocześnie noktowizorami, więc niezwykle bystrze założyłam, że jest niewidomy.

– Do środka wprowadzi państwa nasz kelner Marek, proszę ustawić się gęsiego – poleciła nam kobieta, która przyjęła od nas rezerwację.

Złapaliśmy się wszyscy za ramiona i z panem Markiem weszliśmy do krainy mroku, nicości, która była gotowa, żeby obnażyć nasze dusze. Lub narazić nas na zahaczenie stopą o krzesło i zrzucenie sztućców. Miałam nadzieję, że nie narobiłam tym nikomu kłopotu. Szłam przed Adrianem, więc czułam, jak jego olbrzymia dłoń wbija się we mnie ze strachu. Spokojnie, już więcej niczego nie zrzucę.

Usiedliśmy przy stoliku, pan Marek przeszedł samego siebie, żebym nie spadła z fotela. Wcelowanie w siedzisko tak, żeby trafić w sam środek, było sporym wyzwaniem. Bardziej kłopotliwe było tylko nalewanie wody z karafki.

– Dolać ci? – zaproponował Adrian, kiedy skończyliśmy jeść przystawkę.

Dostałam rukolę z egzotycznymi warzywami i owocami, które pewnie kucharze zgarnęli z poprzednich talerzy. Przecież to nie tak, że zauważę, że ten kawałek mango ma na sobie ślady szminki.

O nie, mama zrobiła mi pranie mózgu.

– Nie trzeba, jeszcze mam – skłamałam. Chciałam sobie sama nalać, bo najlepszym sposobem na zrobienie tego, było wsadzenie do środka palca. A nie znam się z Adrianem na tyle dobrze, żeby pić wodę dotkniętą przez niego, przecież facet mógł myć ręce raz do roku.

Na drugie danie dostałam warzywa sezonowe z ryżem. Chyba były sezonowe. Byłam ignorancką warszawianką, o tym, jakie warzywa są sezonowe, dowiadywałam się z burgerów w Krowarzywie.

Mięsne danie Adriana sprawiło mu większą trudność w odgadnięciu, co ma na talerzu.

– Może to jagnięcina? – wymamrotał.

– Co za różnica, jedno i drugie zwłoki – rzuciłam, prawie żartując.

Nie Malina, nie rób tego, takie żarty kosztowały cię już dwie znajome.

Kiedy pan Marek zabrał nam talerze, mogliśmy w końcu porozmawiać. Ale coś nam nie szło. On ciągle zastanawiał się, co zrobić z psującym się samochodem. Ja z grzeczności udawałam, że mnie to obchodzi, ale on ciągnął temat zdecydowanie zbyt długo. Nawet o serialach tyle nie mówię, co on o tym aucie.

Adrian zdawał się być zupełnie inny w rzeczywistości. Może był po prostu nieśmiały, ja też często plotę trzy po trzy, kiedy… właściwie dosyć regularnie to robię. Ale Adrian był podejrzany. Z psychologią minęłam się kiedyś na korytarzu na uczelni, więc moja diagnoza mogła być nieco mylna, ale podejrzewałam u niego niezwykle niski poziom inteligencji emocjonalnej. Kiedy wspomniałam, że babcia Kingi niezwykle szybko doszła do siebie po operacji, on odparł, że za rok prawdopodobnie wpadnie w depresję. Nie przejęłam się zbytnio jego brakiem taktu, bo jeśli przyłączy się do naszej paczki, to będziemy mu to wytykać.

W restauracji robiło się coraz głośniej. Każdy, niezależnie od poziomu ekstrawertyzmu, czuł się dobrze w otaczającej nas ciemności. Ja się cieszyłam, że nikt nie widzi, jak śmiesznie jem albo wydłubuję coś z zębów, a ludzie z drugiego końca sali śmiali się na cały regulator, grając w głuchy telefon. Nagle poczułam, że coś mnie smyra po nodze. To jakiś potwór, który zjada poszczególnych gości, żeby ich zaserwować następnym? A nie, chwila, to była inna noga. Adriana. Pewnie chciał się podrapać i pomylił mnie ze stołem. Zrozumiałe, jednak nieco niezręczne.

– To moja noga – powiedziałam luźnym tonem, żeby nie wprawić go w zakłopotanie.

Adrian się nie odezwał. Jak nic szykował nóż. Złapałam za widelec, spodziewając się, że za chwilę nastąpi atak.

I nastąpił. Poczułam naprzeciwko siebie jego oddech, czyli znalazł się zdecydowanie zbyt blisko mnie.

Odsunęłam się jak tylko mogłam, trzymając widelec w gotowości.

Nagle usłyszałam mlaśnięcie.

– Nie trafiłem – powiedział cicho z wymuszonym śmiechem.

Było gorzej, niż myślałam. On nie chciał mnie zamordować. On chciał mnie pocałować. Ale czemu? Prędzej bym się spodziewała, że on woli mężczyzn, niż że mu się podobam. W końcu nawet ja potrafię odczytać pewne sygnały, a od niego biła jedynie głucha cisza.

Tylko pytanie, co on tak pocałował, że aż mlasnął.

– O, chyba już deser idzie – powiedziałam, udając, że nie zorientowałam się, co miał zamiar zrobić.

Adrian jednak się nie poddawał. On chyba naprawdę chciał sobie udowodnić, że podobają mu się dziewczyny. Człowieku, żyjemy w XXI wieku, już możesz być sobą. Chyba że jesteś mordercą, wtedy proszę, nie bądź sobą.

A jeśli już nawet bym go pocałowała, żeby pomóc mu w odkrywaniu siebie, miałabym flashbacki z tego przykrego wydarzenia przez następny miesiąc, a odgłosy mlaskania budziłyby mnie w nocy. Nie, dziękuję.

Adrian wciąż wiele nie mówił. A kiedy już się odzywał, miałam wrażenie, że mówi do siebie. Ja wtedy odpowiadałam mu równie cicho, bo bałam się, że człowiek wybuchnie, gdy zaatakuje go więcej decybeli.

No i znowu rozpoczął smyranie mnie po nodze.

Nagle w mojej głowie zrodził się okropny plan. Może plan to za duże słowo.

Intryga.

Nie, wcale nie było lepiej.

W każdym razie, mój genialny mózg podsunął mi rozwiązanie.

Chwyciłam za szklankę, do której sama sobie nalałam wody, i go nią oblałam.

– O nie, przepraszam, nie chciałam, tak mi przykro, nie wiedziałam, że ją tu postawiłam – powiedziałam.

Jak już się zaprzyjaźnimy, to mu o tym powiem. Będziemy się z tego bardzo śmiać.

– Nie ma sprawy – odparł, śmiejąc się niepewnie, po czym znowu usłyszałam jego oddech.

Przecież nie powiem mu wprost, że tego nie chcę, tylko normalna i asertywna osoba by tak zrobiła.

Ja postanowiłam uciec. Będzie mnie to kosztowało naszą znajomość, ale przynajmniej oszczędzę na terapeucie. Muszę tylko przestać uciekać z tych randek jak jakiś przestępca. Albo zasłużyć na ten tytuł i zabierać moim towarzyszom zegarki.

Wiedziałam, że przyszliśmy z lewej strony. Żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo, postanowiłam raczkować. Wystawiałam co jakiś czas jedną rękę, żeby nie trafić na ścianę. Niechcący złapałam za czyjąś kostkę. Szczęśliwie pisk nie był zbyt głośny.

W końcu wymacałam kotarę. Odważyłam się, żeby wstać i przez nią przejść. Byłam wolna.

O, wystawili dzisiejsze menu.

Okazało się, że na deser podano jabłka i gruszki w winie, nie mrożone maliny, jak mi się wydawało. Powinnam pracować jako krytyk kulinarny. Byłabym w tym świetna. Gwiazdkę Michelina dostawałaby każda restauracja, w której się najadłam. Chociaż może lepiej nie, i tak już wystarczająco trudno taką gwiazdkę dostać.

Kiedy ja studiowałam tę kartkę, pan Marek zaczął wyprowadzać wszystkich gości, Adrian był na końcu tej ludzkiej gąsienicy. I mnie zauważył.

– Smakowało mi – podszedł do mnie.

A tobie, Malina? Dobrze się bawiłaś?”

Tak, świetnie, mają tu drewnianą podłogę, bardzo elegancką”.

Nie wiedziałam, czy nie zauważył mojej ucieczki, czy postanowił nie pytać, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nie miałam żadnej wymówki, w którą da się uwierzyć.

O dziwo, po tym okropnym spotkaniu wciąż rozmawialiśmy przez Messengera. Znowu był normalny. Może po prostu powinnam go trzymać w telefonie. 

Postanowiłam, że następnym razem powiem mu, że go akceptuję i nawet pomogę w znalezieniu chłopaka. Ale pół godziny przed spotkaniem dostałam wiadomość.

Moje przeprosiny, nie dam rady przyjechać”.

Potem się przestał odzywać.

Więc postanowiłam napisać następnego dnia. Ghostuje się po pierwszym spotkaniu, nie drugim, teraz musi się tłumaczyć.

Zadzwoniłam do Kingi i powiedziałam jej o udawanym związku z Sokołem i randkach, na których miałam zapomnieć o Samuelu. I o tym, że te randki tylko powodują, że tęsknię za nim jeszcze bardziej. 

Siedząc w moim pokoju i zajadając wrapy, wspólnie z Kingą i Sokołem odpisywaliśmy na wiadomości Adriana, w których z jednej strony dzielił się ze mną tym, co dzisiaj zrobił, a z drugiej unikał tematu spotykania się. To brzmiało jak wołanie o pomoc. Ale końcu udało mu się wypocić prawie jasną odpowiedź.

– Nie znalazłem tego, co szukałem – przeczytałam.

Może bał się, że nie zaakceptuję jego orientacji, w końcu poznaliśmy się na Tinderze, mogłam oczekiwać od niego różnych rzeczy.

– Co za jełop, mówi się „czego szukałem” – prychnęła Róża, która właśnie wprosiła się tutaj ciastem marchewkowym. – Facet nie umie zdania napisać, olej go.

– Tak – Kinga pokiwała nerwowo głową. – Jednak pamiętaj, że w przyjaciółkach takie rzeczy wcale nigdy nie przeszkadzają.

– Nie chodzi o Adriana, po prostu to już trzecia osoba, która mnie odrzuciła – powiedziałam, wpatrując się beznamiętnie w ścianę. – Jestem niezaprzyjaźnialna, nie mówiąc już o czymkolwiek więcej.

– Mało ci przyjaciół? – zapytała Róża.

– Próbujesz się do nich zaliczyć? – zapytałam.

– Bez przesady, nie upadłam tak nisko – odparła.

Pomyśleć, że miałam być jedynaczką, a rodzice zdecydowali się na drugie dziecko dopiero po wielu moich prośbach.

– Nie, nie, kończymy z użalaniem się nad sobą, przeżyłaś całe życie bez niego i przeżyjesz całe życie bez niego – Róża zeskoczyła energicznie z mojego biurka. – Chwila…

– Rozumiemy – odparłam.

– Dobrze – podniosła głos. – A teraz idziesz do tego gluta Samuela.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi.

– Możliwe, że to on przyszedł do ciebie – odezwał się Sokół z łobuzerskim uśmieszkiem.

– Ty też do niego dzwoniłeś? – zapytała Kinga.

– Myślałam, że tylko ja to zrobiłam – włączyła się Róża.

Wszyscy patrzyli na mnie niewystarczająco przepraszająco.

– To on? – zapytałam.

– A kto inny nie używa dzwonka, bo Thora denerwuje ten dźwięk? – Róża zaczęła malować paznokcie moim lakierem. – Nikt nie jest tak miękki.

Serce łomotało mi jak szalone. Co teraz będzie? Co powiem? Czy wyglądam odpowiednio? Nie, wciąż przypominałam siebie. Cholera.

Spodziewałam się, że życie wykręci mi numer i drzwi otworzę kurierowi. O dziwo, tam naprawdę stał Samuel.

– Zejdziemy na dół? – zapytałam, zakładając płaszcz.

Śnieg padał niezwykle intensywnie. Ponieważ dwie latarnie przy budynku zepsuły się tydzień temu, towarzyszyło nam jedynie światło księżyca. Może gdyby ten śnieg nie rozmazywał mi tuszu po policzkach, a mój oddech nie był odrzucający przez tego wrapa z sosem czosnkowym, to byłby bardziej elegancki moment.

– Sokół mi wszystko wyjaśnił. Potem Kinga. I Róża. Róża powiedziała mi o Tinderze… – zmarszczył nos.

– Przepraszam za to tamto – powiedziałam, cofając się, żeby nie poczuł czosnku.

Ładnie nazwałam naszą randkę, na którą uciekłam z kolacji z moim chłopakiem. Co z tego, że udawanym, Samuel wtedy tego nie wiedział.

– Mogłem się domyślić – uśmiechnął się, zbliżając się do mnie. Cofnęłam się jeszcze bardziej. – Jesteś ostatnią osobą, którą wyobrażałbym sobie z Sokołem – zaśmiał się.

Powinnam się odrobinę obrazić. Ale teraz było mi już wszystko jedno.

– Możemy wrócić do poprzedniego układu? – wyszeptałam, ocierając brudny policzek i łzę, która postanowiła dramatycznie polecieć. A nie, to nie była łza, to też śnieg.

– Czyli? – Samuel też już się odsunął.

– Ja do ciebie wzdycham, ty tego nie widzisz, jemy razem dużo kebsów.

Samuel otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale wycofał się z tego pomysłu. Wpatrywał się we mnie intensywnie, aż w końcu skinął głową.

Świetnie, wszystko wraca do normy.