– Jak często można myć zęby? – zapytała Róża, siedząc na skraju wanny i zmywając lakier do paznokci. Ostatnio ciągle spotykałyśmy się przelotnie w łazience. Mogłam przez to sprawiać wrażenie, że nie istnieję, kiedy nie myję zębów.
– Zawsze przed wyjściem – odparłam, sepleniąc.
– Czyli… w ogóle?
– Gotowe? – zawołała mama z przedpokoju. – Bo się spóźnimy!
Szłyśmy na Warszawskie Targi Sztuki. Róża, przyszła Wielka Artystka, nie mogła przegapić tego wydarzenia. W końcu jeszcze chwila i jej dzieła będą sprzedawane ze kilkaset tysięcy złotych. Może dzięki temu uda jej się wyprowadzić z domu jeszcze przed maturą i nie będzie mi już podjadać sera z orzechów nerkowca. To nie jest tak, że żałuję jej jedzenia. Bo jedzenia, tak ogólnie, jako konceptu, jej nie żałuję. Tylko że ten ser kosztuje dwadzieścia złotych za kawałek.
Dwadzieścia złotych.
Jem go stopniowo, delektując się każdym kęsem. Ona rozsmarowuje wielki kawał na bułce i zadowolona daje część Thorowi. Mnie wystarczy, że rodzicami musimy się dzielić.
– Czemu masz taką groźną minę? – Róża wyrwała mnie z zamyślenia.
– Dziewczyny! – ponagliła nas mama.

Przyjechałyśmy na targi nieco pokłócone. Możliwe, że poszło o ser.
Mama czyhała na spotkanie autorskie z Józefem Wilkoniem. Wykłady na targach były darmowe, dlatego nie kupowałyśmy biletów na oglądanie obrazów. Bo były na oglądanie obrazów.
Jednak okazało się, że to spotkanie odbędzie się na wystawie. Nie było już czasu na stanie w kolejce do kasy. Poszłyśmy za tłumem do stanowiska numer 17.
Niestety w zgiełku ludzi intensywnie oglądających dzieła sztuki i wiecznie przepychających się starszych pań z wielkimi torbami, niczego nie słyszałam. Wpatrywałam się w Różę, która najwyraźniej ścigała się ze sobą, żeby zadrzeć nos jeszcze wyżej. Pewnie sobie wyobrażała, że siedzi na miejscu Wilkonia i opowiada, co ją zainspirowało do najnowszego dzieła, które tylko przypomina ziemniaka, ale tak naprawdę to metafora, której nie zdradzi, bo jest zbyt osobista i nie chce opowiadać o swojej toksycznej siostrze, która żałowała jej nawet kawałka sera.

Po zakończeniu rozmowy, mama zaciągnęła nas do oglądania całej wystawy. Smrodek nadęcia Róży coraz bardziej się rozprzestrzeniał, co mamę rozdrażniło. Musiałyśmy się rozdzielić, żeby się nie pokłócić. Zwróciłybyśmy na siebie uwagę ochrony, a wtedy wyszłoby na jaw, że nie mamy biletów.
Może pójdę do kasy i je kupię. Ale nie mogę się wrócić z wystawy, żeby kupić na nią bilet, jakbym wcześniej się zastanawiała, czy warto za tę hecę płacić. Nie wyglądam na wystarczająco ważną osobę, której wypada tak grymasić. Chwyciłam kilka darmowych ulotek, żebym wyglądała, jakbym tutaj pasowała. Oglądałam wystawy, ciągle kiwając głową.
Podeszłam do obrazu z wielką, soczystą pupą.
– Przepraszam, czy pani… – zahaczyła mnie wysoka kobieta w granatowej garsonce.
Ochrona. Już po mnie.
– Tak, tak, ja tylko… – zaczęłam się miotać.
– Tak myślałam – odpowiedziała, uśmiechając się. Dobrze, że czerpie przyjemność z wyrzucania ludzi z budynków. – Widziałam panią wcześniej tylko na małym zdjęciu.
Nawet ochrona na targach sztuki wie, że jestem kryminalistką? Przecież byłam tylko podejrzana o handel narkotykami, nie oskarżona, jakim cudem to dotarło aż tutaj?
Wystawiłam ręce przed siebie, gotowa na kajdanki. Ochrona chyba nie używa kajdanek, ale niech wie, że jestem skora do współpracy. Drugie aresztowanie to już poważna sprawa.
– Możemy już zacząć? – zapytała, nieco zmieszana.
Moment… co?
Wtedy zorientowałam się, że dookoła nas zgromadzili się ludzie, tak jak przed chwilą wokół Wilkonia.
– Z drugiego końca kraju przyjechała do nas wyjątkowa artystka… – powiedziała kobieta, wskazując w moją stronę. Zerknęłam za siebie, ale o dziwo, nikogo tam nie było.
O rety.
Ona myślała, że to ja jestem artystką, na którą czekają.
– Performerka, malarka i rzeźbiarka. Czego nasz dzisiejszy gość nie robi! – kobieta zaśmiała się niskim głosem. – Wcześniej nie była skłonna do publicznych wystąpień, ale udało nam się ją przekonać – zaczęła bić brawo, ludzie do niej dołączyli.
W takich chwilach ludzka dusza wychodzi z ciała. Nie mogłaby przegapić wyrazu swojej twarzy. Nie podczas tak spektakularnej wtopy, o nie. To jest moment, który nie pozwoli jej zasnąć przez następne pięć lat.
Ale o dziwo, mój mózg pracował w tej chwili na najwyższych obrotach. Wiedziałam, że nie wolno mi się głupio uśmiechać. Byłam Wielką Artystką, nie mogłam cieszyć się, że tu przyszłam.
– Tak – odpowiedziałam sucho.
– Na początek porozmawiajmy o pani rzeźbie – kobieta wskazała dłonią na coś, co wyglądało jak przeżuta filiżanka. – Nie nadała pani dziełu tytułu, jak rozumiem, jest to celowy zabieg…
Teraz powinnam jej szybko odpowiedzieć.
Jednak tego nie zrobiłam.
Pozwoliłam, żeby wszystkie spojrzenia mnie świdrowały, a kobieta przeprowadzająca rozmowę nie wiedziała, czy mnie przypadkiem nie obraziła.
Cóż, my, artyści, jesteśmy niesamowicie przewrażliwieni. Trudno się dziwić, na co dzień mamy do czynienia z wielkimi emocjami, których zwykły śmiertelnik nawet nie zrozumie.
– Tak. Celowy zabieg – odpowiedziałam w końcu.
– A co panią zainspirowało do jego stworzenia?
– Moja… muza.
– Zdradzi pani coś więcej?
– Może – odpowiedziałam, po czym zarechotałam głośno, nie wytrzymując napięcia bycia Wielką Artystką. O nie, Malina, tylko nie bądź sobą. – Cóż, to ceramiczne cacko przypomina mi mnie. Zamierzałam nazwać je „ja, ziemniak”, bo tak się właśnie czuję. Jak ziemniak. Tylko że ten ziemniak poszedł na darmowy makijaż do Sephory i nie wygląda już jak inni z jego gatunku. Teraz jest ceramiczny. Wyjątkowy.
Matko.
– Jest… Niezrozumiały… miany – dodałam. – Pogięty. Poturbowany. Przejęty. Nie jest pewny przyszłości, w końcu jest w połowie studiów, po których ciężko o przyzwoitą pracę, a jego rodzina nie jest w stanie mu załatwić niczego po znajomości.
Niektórzy ludzie to kupili, widziałam po ich minach. Ale to byli jedni z tych, co tak jak ja, nie mieli zielonego pojęcia o wymiarze metafizycznym sztuki, po prostu próbowali się nieco odchamić oddychając tym samym powietrzem, co ludzie, którzy to pojęcie mieli.
Moje wywody trwały stanowczo za długo. Kobieta zadawała mi kolejne pytania związane ze sztuką, a ja opowiadałam o moich trzech biglach.
Nagle zauważyłam, że ktoś energicznie próbuje przejść w naszą stronę.
– Przepraszam za spóźnienie! – zawołała dziewczyna w kapeluszu z wielkim rondem, którym ścierała podkład z twarzy kobiet stojących blisko niej. – Już jestem!
Dziewczyna, najwyraźniej artystka, dla której ci ludzie tu przyszli, stanęła obok nas, oczekując, że będziemy jej zadawać pytania o tego ceramicznego ziemniaka.
– Przepraszam, chyba zaszło nieporozumienie… – zaczęła kobieta przeprowadzająca rozmowę.
Teraz równie dobrze mogłabym tam stać w dziurawej bieliźnie i czuć ten sam poziom zażenowania. Ale wyjdę z tego. Nie moje pierwsze publiczne upokorzenie. Trzeba tylko poudawać, że wiem, co tam robię i wycofać się jak najszybciej.
– Tak – odparłam. – Najwyraźniej nastąpiło zderzenie dwóch równoległych światów. Miło mi poznać – podałam dziewczynie rękę, którą niepewnie potrząsnęła. – Jesteśmy tą samą osobą – wyjaśniłam zgromadzonym. – W moim wymiarze stworzyłam to dzieło w oparciu o siebie, swoją największą inspirację – powiedziałam do artystki. – Może powiesz, co zmotywowało ciebie. Ja w tym czasie spróbuję znaleźć portal, żeby wrócić do domu. Dziękuję – powiedziałam i zaczęłam pstrykać palcami, bo nagle mi się ubzdurało, że tak się tutaj robi zamiast klaskania.
Zanim ktokolwiek zdążył przetworzyć to, co się właśnie wydarzyło, ja już byłam przy wyjściu. Ciągle pstrykając.
Dziewczyny szybko mnie znalazły.
– Nie rozdajesz autografów? – zapytała mama.