– Niesamowite! – mama niemal krzyknęła, wpatrując się w swój telefon. – Jak dodam swój wiek do roku urodzenia, to wychodzi 2017! Sprawdźcie, czy wam też!
Mój mózg zabuczał, chrząknął i w końcu odpalił.
– Mamo… – spojrzałam na nią, oczekując, że już zrozumiała, w czym rzecz.
– No co? – zapytała mnie z uśmiechem.
Nie będę rujnować jej szczęścia.
W końcu dzisiaj idziemy na medytacje. Do labiryntu. Kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi, ale nie zamierzałam się dowiadywać, żeby nie psuć sobie niespodzianki. Może będzie to labirynt zrobiony z wysokich krzewów? Może metafizyczny labirynt, czyli my siedzimy na podłodze, a on powstaje w naszych głowach?
– Załóż skarpetki, bo trzeba będzie zdjąć buty – powiedziała mama, popijając swój zielony napój z nasionami chia.
To chyba wyklucza zabawę na zewnątrz. Pardon, nie zabawę. Podróż w głąb swojej duszy.

Pojechałyśmy do jednego z liceów, do którego w życiu bym się nie dostała, dlatego miło zobaczyć miejsce, w którym na co dzień przebywają ludzie mądrzejsi ode mnie.
Przeszłyśmy długim korytarzem pełnym zdjęć laureatów różnych olimpiad, żeby dotrzeć do auli, w której miałyśmy odbyć transformację, razem z innymi trzydziestoma osobami. Kiedy weszłyśmy, byłyśmy na skraju spóźnienia, dlatego wszystkie panie i trzech panów, odwrócili się z zaciekawieniem. Nie lubię tego. To tak jak kiedy spóźniałam się na lekcje. Zaczynałam mieć świadomość każdej swojej kończyny i nie wiedziałam, co z nią zrobić, żeby naturalnie wejść do środka, a nie jak jakiś człowiek spaghetti.
Usiadłyśmy z przodu, na plastikowych krzesłach. Wszystkie były wciśnięte w tył sali, żeby resztę podłogi mogła zająć olbrzymia biała płachta, na której namalowany był labirynt. Czyli taki dywanik z ulicami i domami, ale dla dorosłych.
– Skoro już wszyscy są, zapalimy świece – powiedziała z namaszczeniem długowłosa kobieta, najpewniej prowadząca.
Więc zapalamy. Na brzegach kolistej płachty wszyscy postawili swoją świeczkę, po czym wrócili na swoje miejsca. Miałam wrażenie, że tylko my nie wiemy, co robić. Ci ludzie byli już tu któryś raz. Ciekawe, czy im to tak pomaga, że chcą jeszcze więcej tej medytacji, żeby stać się jakimiś nadludźmi. Może ja też będę taka oświecona. Może przyjdę na następne spotkanie i też będę z uwagą rozpalać świece i patrzeć na ten labirynt z taką czułością?
Zgasły światła, czas na uduchowienie.
Na dworze panował mrok, więc jedynie małe tańczące ogniki ukazywały…
No nie, nie czuję tego. Przecież zza okna przyświecały nam latarnie, samochody jeździły w te i we wte, a do tego ta muzyka relaksacyjna, która po cichu sączyła się z głośnika, zagłuszana była przez próbę orkiestry szkolnej.
Wtedy kobieta, wymachując swoimi włosami, zaserwowała nam medytacyjną rozgrzewkę.
– Połóż rękę na sercu. Poczuj jego bicie – mówiła, przechodząc obok nas z wibrującym gongiem.
Czy to normalne, że nie czuję bicia serca?
– Drugą rękę połóż na brzuchu. Połącz się ze swoim brzuchem.
I bez dotykania, wiedziałam, że moja więź z brzuchem była wyjątkowa. I dopiero teraz poczułam, że dawno niczego nie jadłam.
A teraz musieliśmy tak siedzieć. To było nawet przyjemne. Tylko że zrobiłam się trochę senna.
– Możecie powoli otworzyć oczy – powiedziała po pewnym czasie. – Zapraszam do labiryntu.
Chrapnęłam i wstałam.
Ustawiła się długa kolejka, każdy wpuszczany był w pewnym odstępie czasowym. Pierwsza kobieta poszła szybko, jakby zaraz ktoś miał jej to wyjątkowe miejsce w centrum labiryntu zaraz zająć. Następna kobieta ruszyła powolnym krokiem, może bała się, że się potknie o tkaninę. Ja z pewnością się tego obawiałam.
Co kilka chwil wchodziła kolejna osoba i swoim tempem szła wzdłuż ścieżki. Niektórzy się czasem zatrzymywali, niektórzy rozciągali. Jeden z mężczyzn tuż przed wejściem wyciągnął kilka chusteczek. Miał zamiar płakać? Może rzeczywiście czeka mnie tu całkowite oświecenie.
W końcu nadeszła moja kolej. Starałam się wyzbyć wszelkich uprzedzeń, nie myśleć o tym, że jesteśmy zgrają dorosłych ludzi, która zapłaciła trzydzieści złotych, żeby przez godzinę pochodzić w kółko po kawałku bawełny.
W środku labiryntu zaczęło gromadzić się coraz więcej osób. Niektórzy siedzieli, niektórzy stali, znalazła się nawet kobietka, która zwinęła się w kłębek i tak leżała.
Może też to poczuję. Może też wejdzie we mnie potężna energia, która powie mi, czego w życiu szukam.
Jak tylko będę się mogła skupić. Na razie musiałam wyprzedzać ludzi, którzy co chwilę się zatrzymywali i mijać się z tymi, którzy już ze środka wracali. Ciężko było nie zgubić drogi, te ścieżki były dosyć wąskie.
Ale w końcu doszłam do centrum.
Stanęłam tuż przy wejściu, bo tylko tutaj się zmieściłam. Prowadząca ceremonię kobieta powiedziała, żeby słuchać swojego ciała i iść za nim. Nie zamierzałam siadać, bo tego mi z pewnością nie podpowiadało. Ale było dosyć głośne.„Jeść”, powiedziało.
Wytrzymaj jeszcze chwilę.
„Zaburczę teraz bardzo głośno, bo chyba mnie nie słyszysz”.
Błagam cię, wstrzymaj się chwilę, ludzie tu próbują rozpracować sobie życiowe problemy.
„Ty też. Twoim problemem jestem ja. Jeść.”
Zamknęłam oczy, starając się wsłuchać w głos mojego serca, może też mojej duszy. A może to jest to samo…?
„Powinnaś się cieszyć, że doszłaś do sedna w tak krótkim czasie. Idziemy, trzeba coś przekąsić w nagrodę”.
Czy ty nie przestaniesz się odzywać?
Wycisz się, spróbuj poczuć…
– Kocham cię – ktoś przede mną się rozpłakał.
Otworzyłam prawe oko. Jakieś dwie kobiety przytulały się i szlochały. Widziałam je wcześniej, siedziały osobno, więc raczej się nie znały. To się dopiero nazywa rozpracowywanie problemów.
Rozejrzałam się dyskretnie. Teraz bałam się, że zaraz ktoś i mnie przytuli. Kto by nie chciał tego zrobić? Jestem miękka jak puchata poduszeczka, a do tego dzisiaj pachnę świeżym praniem.
Powoli wycofałam się z kręgu i tą samą ścieżką ruszyłam z powrotem. Już połowa grupy wyszła z labiryntu. Niektórzy jeszcze siedzieli na krzesłach, najwyraźniej chłonąc atmosferę wydarzenia. Byli też tacy, którzy położyli się tuż obok materiału i wpatrywali w stopy innych.
Szczęśliwie mama, która wyszła przede mną, nie zamierzała celebrować tej chwili. Szybko się stamtąd zmyłyśmy.
– Jak ci się podobało? – zapytała.
– Było… ciemno.
Mama przytaknęła.
– Zgłodniałam – powiedziała.
Czyli jednak jesteśmy spokrewnione.