Każdy ma czasem dzień prosto z telezakupów. Świat jest czarno-biały, co druga klamka zostaje w twojej dłoni, a mleko wyskakuje z lodówki na podłogę, jakby postanowiło cię przerzucić na weganizm. Chociaż telezakupy zwykle sugerują kupno jakiegoś robota kuchennego albo wibrującego pasa odchudzającego, ja mam lepszy sposób.

Pizza.

Co prawda składniki powinni byli wyrzucić przedwczoraj, ser znalazłam na co drugim kawałku, a ciasto zrobione było z podkładki pod mysz, ale to wciąż była pizza.
Aż zapomniałam, że wieczorem byłam umówiona z Samuelem.
Tak, zapomniałam.
Po ostatniej katastrofie i odmieniającym życie wyjeździe do Rzymu postanowiłam skupić się całkowicie na sobie.
Dawno tak dużo nie zjadłam.

Mieliśmy iść do kina na Hana Solo. Może chciał mi tym coś zasugerować. A może po prostu wyznać miłość w moim naturalnym środowisku. Gdyby nie to, że jestem teraz pewną siebie i niezależną kobietą, która opanowała do perfekcji sztukę dopasowania deseru do głównego dania, byłabym podekscytowana.
Ale wciąż chodziłam z Sokołem. Może być ciężko to wyjaśnić.
Nie Malina, nic nie musisz mu wyjaśniać.
Umówiliśmy się w Lunie o dwudziestej. Nie stroiłam się przesadnie, żeby nie myślał, że mi za bardzo zależy. Przecież miałam chłopaka. Udawanego, ale zawsze.
– Malina? – Róża spojrzała na mnie, marszcząc brwi. – Idziesz na wesele?
– Że co? – obróciłam się, żeby zdjąć torebkę z wieszaka. Moja zielona sukienka zawirowała. – Przecież zawsze się tak ubieram.
Jak oszukasz Różę, to oszukasz też siebie.
– To dlatego, że tańczyliście do La La Landu – usiadła na blacie, nie przejmując się tym, że ma spodniach bakterie z komunikacji miejskiej. – Chcesz mu o tym przypomnieć i go w sobie rozkochać?
– Nie, nie i jeszcze raz nie – odparłam, przeglądając się w lustrze. – Po prostu jestem coraz  bardziej kobieca, nie będę tego ukrywać.
– Nie możesz wejść w spodnie po tej paskudnej pizzy – stwierdziła, przegryzając jabłko.
– Może.
– Spróbuj dziś nie tańczyć, bo jak się przewrócisz, to nie wstaniesz.
Tak jakbym pierwszy raz była w dziewiątym miesiącu ciąży spożywczej. Róża pewnie nawet nie wie jak to jest, ona zawsze jadła tyle, żeby się nie najeść i móc od razu pójść biegać.
Samo wspomnienie biegania mnie zmęczyło.
– Jak ładnie wyglądasz – powiedziała mama, wchodząc do kuchni. – Gotowa do wyjścia?
– Powiedziałaś jej? – spojrzałam na Różę, masując plecy, w które został wbity przez nią nóż.
Mama miała się nie dowiedzieć. Jeszcze by pomyślała, że mam życie, a po co ją tak rozczarowywać.
– O czym? – zapytała mama.
– O niczym – powiedziała Róża, która najwyraźniej nie tylko mnie nie zdradziła, a do tego mnie kryła…?
Coś tu nie gra.
– Bierzesz Różę do jakiejś knajpy. Z Kingą i… Orłem? – powiedziała mama, nalewając sobie do szklanki trochę zielonego napoju. – Zapomniałaś?
Trochę.
– Pożyczyłaś mi nawet naszyjnik z Tardis – dodała Róża.
– Wcale nie… – urwałam. To dlatego była miła. – Nieważne.
– Zdążysz – powiedziała Róża, kiedy mama wyszła. – Albo go wystaw.
– Nigdy nikogo nie wystawiłam – pokręciłam nerwowo głową. – Tak się nie robi. Bo potem ta osoba wystawi ciebie. I już nigdy więcej się do ciebie nie odezwie. W końcu wszyscy znajomi cię opuszczą. Na twoim pogrzebie pojawi się jedynie ekipa sprzątająca. Nawet w zaświatach nikt nie będzie chciał z tobą niczego nawiedzać.
– Tutaj to i lata terapii nie pomogą – Róża przewróciła oczami.

Poszłyśmy na spotkanie przy placu Konstytucji. Do Luny całkiem niedaleko.
Sokół przywitał mnie pocałunkiem w policzek.
– Tu pracuje nowy chłopak mojej byłej – wyszeptał mi do ucha.
Pokiwałam głową, gładząc go niezgrabnie po ramieniu. Róża parsknęła śmiechem. Od początku wiedziała, że to nie był prawdziwy związek. Jej nie da się oszukać.
Dołączył do nas kolega Sokoła. Okazało się, że on zna też Michała i Samuela. Mój związek robi się coraz bardziej oficjalny z każdą minutą. Dlatego tym bardziej nie powinnam iść na spotkanie z Samuelem.
– Malina, co studiujesz? – zapytał mnie ten chłopak, którego imienia nawet nie dosłyszałam.
– Znawstwo. Kulturowe. Coś w tym stylu – powiedziałam, sprawdzając godzinę na telefonie.
Nie zadawał mi już więcej pytań.
Nie mogłam się skupić na niczym, o czym rozmawiali. Wpatrywałam się tylko w ekran komórki, odliczając kolejne minuty. Samuel nie mógł zadzwonić, bo oddał ten przeklęty telefon do naprawy. Umówiliśmy się przez Facebooka, a ja nie miałam zainstalowanego messengera. Wszystko jak za starych, przerażających czasów.
Wybiła dziewiętnasta pięćdziesiąt.
Jeśli bym teraz wybiegła, to bym może zdążyła… Nie, Malina, bierzemy się w garść. Będzie dobrze. Niech Samuel poczuje jak to jest, kiedy się o kimś zapomina.
Dziewiętnasta pięćdziesiąt jeden.
Nie mogę mu tego zrobić. Ale muszę. Godność, Malina, godność.
Dziewiętnasta pięćdziesiąt dwa.
Samuel pewnie już czeka. Wypatruje mnie. Jestem okropna.
Dziewiętnasta pięćdziesiąt trzy.
Dobrze robię, on na to zasłużył. Może jeszcze teraz powinnam do niego zadzwonić i poprosić do telefonu Sokoła.
Dziewiętnasta pięćdziesiąt cztery.
Przecież nic złego nie zrobił. Oprócz urażenia mojej dumy.
Dziewiętnasta pięćdziesiąt pięć.
Zapchaj się ciastem i przestań o nim myśleć.
Dziewiętnasta pięćdziesiąt…
– Przepraszam – powiedziałam do Sokoła, wstając energicznie.
I przewróciłam krzesło. A chciałam wyjść z gracją. Z moją herkulesową mocą podniosłam krzesło pośpiesznie, aż huknęło o stolik. Przepraszając ponownie zepsułabym moment. Trzeba było wybiec z radosną niepewnością na twarzy, nie zażenowaniem.
Tak radośnie biegnąc, niechcący popchnęłam chłopaka byłej dziewczyny Sokoła.
Z klasą.
Ale musiałam biec dalej.
Znalazłam się na chodniku, przepychając się przez ludzi z kolorowymi fryzurami jak z Igrzysk Śmierci. Pewnie wracali z placu Zbawiciela.
O nie. Za trzy sekundy skończy mi się oddech, nie dobiegnę do Luny.
Szczęśliwie sił starczyło mi aż do przystanku. Sapiąc głośno i ignorując zawroty głowy, spojrzałam na tablicę z rozkładem jazdy. Następny tramwaj będzie za sześć minut… Poczekam.
Nawet nie wiem, czy po wyjściu z tramwaju szłam, czy frunęłam. Zajęta byłam wypatrywaniem Samuela. Ale było już po ósmej, więc albo sobie poszedł, albo był w środku.
Musiałam zaryzykować.
Kupiłam bilet i weszłam pośpiesznie do sali. Przystanęłam z tyłu i przyglądająm się wszystkim głowom, ale każda z nich mogła do niego należeć.
No dobra, raz się żyje.
Potruchtałam na niewielką scenę stojącą pod ekranem i rozejrzałam się po sali, próbując nie oddychać, żeby nie było widać jak się zmachałam.
– Ej, co ty odwalasz? – odezwał się dziewczęcy głos z przodu.
Nagle dostrzegłam, jak pośrodku sali wstaje wysoki, młody mężczyzna w garniturze.
– Siadaj żyrafo! – krzyknął jakiś facet za Samuelem.
Patrzyliśmy tak na siebie jeszcze przez chwilę, aż w końcu ktoś rzucił we mnie popcornem.
Poszłam w stronę Samuela, starając się jednocześnie na niego nie patrzeć i spojrzeć. Tym razem szłam wolno, łapiąc ciężki oddech za jeszcze cięższym oddechem. Kiedy stanęłam tuż obok, on rozłożył mi fotel i przytrzymał, aż usiadłam.
– Au – wyszeptał, po czym szybko zabrał swoją dłoń spod moich czterech liter.
– No nareszcie! – odezwał się mężczyzna z tyłu.
– Co za jełopy – dodała jakaś starsza pani.
Nie obejrzeliśmy filmu. Wystarczyło, że na siebie spojrzeliśmy i już wiedzieliśmy, że wychodzimy. To, że cała sala patrzyła na nas wściekle, któraś z dziewczyn wyjęła z torebki widły i pochodnię, a inna już krzesała ogień, wcale nie było tego powodem.
Wyszliśmy na zewnątrz prawie biegnąc, trzymając się za ręce i śmiejąc z nie wiadomo czego. Samuel zatrzymał się tuż przy kolumnie przy wejściu, wciąż nie puszczając mojej dłoni.
– Malina… – wymamrotał, patrząc mi prosto w oczy. – Przepraszam za tamto. To było nieporozumienie.
– Spoko – wzruszyłam ramionami.
Gdyby tylko Jane Austen nas widziała, Duma i Uprzedzenie doczekałaby się sequela.
Nagle Samuel zrobił krok w moją stronę i się nachylił.
O rety, rety, rety.
Stanęłam na palcach, żeby spotkać się z nim w połowie drogi.
– Malina? – zapytały równocześnie trzy głosy.
Odwróciliśmy się jak oparzeni.
Kinga, Róża i Sokół stali naprzeciwko nas ze zmieszanymi minami. Kinga myślała, że właśnie zostawiłam Sokoła, żeby obściskiwać się z Samuelem, a Sokół musiał udawać, że tak właśnie było.
– Serio? – zapytał poddenerwowany, wyraźnie wczuwając się w rolę. – Chodzimy ze sobą tylko miesiąc!
– Co? – Samuel spojrzał na mnie ze zdziwieniem. – Malina, o czym on mówi?
Nie mogłam złamać umowy z Sokołem tylko dlatego, że mój kochaś nagle pomyślał, że teraz jest dobry moment na romans.
– Sokół i ja chodzimy ze sobą – wymamrotałam.
Nie czekałam na ich reakcje. Musiałam prędko pobiec do łazienki, bo pizza postanowiła wyjść tak, jak weszła.
Ciekawe, czy telezakupy mają mi coś do zaoferowania w tej chwili.