Rzuciłam pracę. Nie chciałam już siedzieć osiem godzin dziennie przed komputerem. 

W nowej pracy siedzę przed komputerem tylko sześć godzin. Czasem nawet mam powód do wstania od biurka. 

Dostałam pracę w bibliotece szkolnej. Przypadkiem, bo nie pamiętam, żebym wysyłała tam CV. Nie miałam też odpowiednich kompetencji. Najwyraźniej nikt się nie zorientował, bo dostałam umowę z dnia na dzień. Umowę o pracę, nie byle co. 

Wszystko było jak sobie wymarzyłam – siedziałam sama w dużym pomieszczeniu pełnym książek, a jak dyrektorka pracowała zdalnie, to nawet udawało mi się którąś przeczytać. Obawiałam się, że ta błogość skończy się z dniem, w którym wróci nauczanie stacjonarne, ale na razie byłam niemal wolnym człowiekiem z darmową opieką medyczną.

Do czasu matur. 

Z racji tego, że nie miałam teraz specjalnie odpowiedzialnej roli, postanowiono mnie wysyłać do komisji maturalnej w gościnę do innej szkoły, żeby nauczyciele mogli spokojnie w tym czasie uczyć. 

Ledwo pamiętałam swoją maturę, chociaż nie było to aż tak dawno temu. Nie miałam pojęcia, co robi członek komisji. Miałam jednak nadzieję, że samo się to wyjaśni, zanim zdążę dostać arkusz i się na nim podpisać.

Ubrałam się poważnie, żeby nikomu nie udało się mnie pomylić z uczennicą. W mojej szkole często się to ludziom zdarzało. Najgorzej, kiedy odpowiadam tak, jakbym rzeczywiście tą uczennicą była, bo nie umiem w porę wyjaśnić, kim jestem, a potem już za późno na odkręcenie sprawy. 

Zadzwoniłam do drzwi wejściowych. Za moich czasów nie było takich bajerów. Rozległo się buczenie i sezam otworzył swoje podwoje. 

Przeszłam przez nieoświetlony korytarz pełen zdjęć uczniów sprzed lat, wyglądających, jakby byli w tych ramkach uwięzieni. 

Weszłam do sekretariatu i zanim otworzyłam usta, żeby pod maseczką wymamrotać, po co tu przyszłam, siedząca za wysokim biurkiem kobieta pokazała mi gestem, żebym się zatrzymała i powiedziała ostro:

– Poczekaj!

Nie wiedziałam, że to możliwe, ale właśnie skurczyłam się do rozmiarów Calineczki.

Po chwili pozwoliła mi do niej podejść. 

– Tak? – niechętnie na mnie spojrzała.

– Ja… ja do komisji. Maturalnej – wydusiłam dzidziusiowym głosikiem. Pięknie, Malina. 

– Ojej, myślałam, że jest pani uczennicą – zaśmiała się donośnie. – Bardzo przepraszam. 

– W porządku – odparłam głosem embrionu, nerwowo stukając stopą o linoleum.

Do sekretariatu zaczęli już się schodzić inni ludzie. Ich z nikim nie pomyliła. Pff.

– Poproszę o podpis tutaj… I jeszcze telefon – powiedziała. 

– Sześć, dziewięć, dwa… – zaczęłam mówić, kiedy się podpisywałam. 

Chodziło o to, żebym dosłownie jej dała swój telefon. Na przechowanie. Bo na salę nie można wnosić komórek. 

Ktoś za mną zachichotał. 

Ruszyłam do sali, w której miała już na mnie czekać jakaś nauczycielka. Przydzielono nas do dziesięciu osób. Może nie będzie tak źle. Weszłam do klasy, w której dwa nieduże okna zasłonięte były roletami.

– Jeszcze nie wchodzicie – powiedziała do mnie wysoka kobieta w granatowej sukience. 

W tej ciemności miałam wrażenie, że to wszystko było pułapką. Że zaraz zostanę zjedzona przez wiecznie nienasyconego potwora i tym razem nie miałam na myśli siebie. 

– Ja… ja wchodzę. Nie. Znaczy… Jestem w komisji. 

Wciąż brzmiałam jak małe bébé.

Po zmrużonych oczach kobiety mogłam wywnioskować, że jest to pojawiający się uśmiech. Może niedowierzanie. Ale wierzyłam, że chodziło o uśmiech.

– Ach, dzień dobry – powiedziała i podała mi rękę na powitanie. – Myślałam, że jest pani uczennicą. 

– Naprawdę? Ja? Uczennicą? Ale numer – zaśmiałam się niezwykle nieprzekonująco.

Może powinnam była przemyśleć swój strój. Wydawało mi się, że czarne spodnie i biała koszula będą niezwykle poważnym zestawem, ale chyba pogorszyły sprawę. Teraz nikt, kto mnie zobaczył, nie widział we mnie dorosłej osoby. Czy mogłam to wykorzystać na swoją przewagę? W jakichkolwiek okolicznościach? Może gdyby mnie za coś mieli skazać… Chociaż pewnie w sądach czytają najpierw daty urodzenia, a potem oceniają człowieka wzrokiem. 

Po posadzeniu wszystkich maturzystów przy ławkach z numerkiem, mogłam usiąść z tyłu sali na twardym krześle bez stolika.

Musiałam ciągle sobie przypominać, że przynajmniej mi za to płacą. Grosze. Ale płacą. Może wystarczy na jakiś malutki masażer do pleców. 

Nauczycielka zapisała na tablicy czas pisania. Trzy i pół godziny, bo grupa z wydłużonym czasem. 

Trzy i pół godziny bez telefonu. Co ja będę robiła? Mam myśleć? Proszę, nie. Po to ciągle mam nos w telefonie, żebym nie musiała wyprodukować żadnej oryginalnej myśli w ciągu całego dnia, a co za tym idzie, nie musiała się wieloma rzeczami stresować. 

Dlatego przysnęłam. 

Co jakiś czas leciała mi głowa do przodu. Czasem w bok. Nie wybudzało mnie to na tyle, żebym mogła przestać spać, ale wystarczająco, żeby było mi głupio.

Nauczycielka siedząca naprzeciwko obserwowała mnie bacznie, jakbym to ja miała skompromitować dzisiejszą maturę, nie uczeń, który nie oddał telefonu przed wejściem. Może miała rację. Może zaraz się przewrócę i…

Już odpłynęłam. Wciąż czułam, że ciałem jestem w sali, ale umysł mi już odpłynął. Może wyszłam z siebie? Projekcja astralna? 

Zaczął zbliżać się do mnie perłowy nosorożec. Otworzyłam oczy. Nosorożec zniknął. 

Nauczycielka zaczęła iść w moją stronę. O nie, nie, nie, zaraz mnie pacnie po głowie. Albo w ogóle wyrzuci z klasy. Kobieta była coraz bliżej. Jej obcasy stukały donośnie po drewnianej podłodze. 

Kiedy przystanęła nade mną, zamarłam. Nagle odechciało mi się spać. Nawet mrugnąć bym nie mogła. 

– Smacznego – wyszeptała i zasłaniając rękę swoim ciałem, podała mi cukierka. 

– Dziękuję – odpowiedziałam, miałam nadzieję, że nie tylko w myślach. 

Cukierek kawowy, mniam. Nie sądziłam, że mnie obudzi, ale na pewno mój mózg na wieść o nadchodzącym jedzeniu na chwilę podskoczy. 

Lub nie. 

Wyszłam ze szkoły z poczuciem, że nie potrafię nic porządnie zrobić. Nawet siedzenie na krześle i pilnowanie młodzieży mnie przerosło. Dobrze, że nikt w moim rewirze nie ściągał. Chyba. 

Przed budynkiem stała ciepło ubrana kobieta z mikrofonem, a za nią mężczyzna z dużą kamerą. Telewizyjną. Oho, już wiedzą, że czegoś nie dopilnowałam. Może widzieli mnie przez to ledwo odsłonięte okno. Ale czy to temat do wiadomości? „Pracownica warszawskiego liceum spała, zamiast ochronić uczniów przed atakiem z kosmosu”. Bo zakładałam, że telewizja nieco wyolbrzymi sprawę. 

– Przepraszam, mogę ci zadać kilka pytań? – zapytała kobieta, wystawiając mikrofon przed siebie. 

Mikrofon z logiem TVN. Dobrze, że to nie jakaś lokalna telewizja internetowa, bo jeszcze mało osób by wiedziało o mojej wtopie. 

Nie wiedziałam, czy nie uciec. Ale może lepiej, żebym się miała jak obronić. Powiem, że mam prześwitujące powieki. Albo że kłamią. Widziałam wszystko, każdą zaznaczoną kratkę na karcie odpowiedzi. 

Więc się zatrzymałam. 

– Powiedz mi proszę, jakie masz wrażenia po tej maturze? 

Wiedzą, że drzemałam. Wiedzą wszystko. Chcą, żebym się wyłożyła.

– Wszystko przebiegło jak miało przebiec – odpowiedziałam, nachylając się do mikrofonu, jakbym siedziała na amerykańskiej sali sądowej jako przesłuchiwany świadek.

– Czy coś cię zaskoczyło? 

– Nie, tak jak mówiłam, wszystko przebiegło zgodnie z planem.

– A jaki był temat pracy pisemnej? Odpowiadał ci? 

– Nie wiem, nie przeglądałam arkusza – mój głos zadrżał.  

Chcieli mnie złapać. Myśleli, że mogłam czytać tematy i jeszcze uczniom podpowiadać. 

Żywcem mnie nie weźmiecie.

– Jak to nie przeglądałaś? 

– Nie mogłam. Nie dostałam arkusza, więc go nie przeglądałam. Nie chciałam nikomu przez ramię zaglądać.

Kobieta, mimo że miała na sobie kolorową maskę zakrywającą jej pół twarzy, wyraźnie się skonsternowała. 

– Jak to? Nie zgłosiłaś tego? 

– Nie, wszystko przebiegło zgodnie z procedurami – odpowiedziałam, wciąż licząc na to, że brzmię profesjonalnie. Przecież wiem, że komisja nie dostaje arkuszy. Nie dostaje, prawda? 

– To… nie napisałaś nic? 

– Nic, a nic – odparłam dumnie. 

– Dobrze… W takim razie dziękuję – odpowiedziała kobieta, a ja zadowolona, że się wybroniłam, wróciłam do domu. 

Dopiero wtedy mnie olśniło. 

Oby tylko tego nie puścili. I nikt znajomy nie zobaczył. Kto w tych czasach w ogóle ogląda telewizję?

Wieczorem dostałam wiadomość z linkiem. Od każdej osoby, z którą rozmawiałam w ciągu ostatniego tygodnia. 

Żeby mi tylko sodówka od tej sławy nie uderzyła.