Kiedy grzebałam po cichu w torebce Róży, w której zawsze ukrywa przed wszystkimi mleczne cukierki, do salonu weszła mama. Już wiedziała o wpadce
z escape roomem.
– Jak tam twój nowy znajomy?
– Pewnie leczy traumę – wyciągnęłam garść cukierków i po cichu wsunęłam rękę do kieszeni.
Mama zmierzyła mnie swoim bezglutenowym spojrzeniem.
– Zaraz twoje narządy wewnętrzne zamienią się w ciastka.
– Znowu to samo? – dołączyła do nas Róża. – Malina, mama ma rację, jeszcze chwila i będziesz płakać tymi słodyczami.
– A potem będę je jeść – wzruszyłam ramionami.
– I zaczniesz płakać, że jesteś strasznie gruba – dodała mama.
– I zjesz ich jeszcze więcej – powiedziała Róża. – A na koniec zamienisz się w tatę.
Oddałam cukierki Róży.
– Bardzo ładnie – pochwaliła mnie mama.
– A wiesz, że jutro masz urodziny? – chciałam odbić piłeczkę i zabrzmieć groźnie.
– Przestałam mieć urodziny, kiedy przyszłaś na świat.
Mimo że mama nie lubi obchodzić swoich urodzin, które jej przypominają o nadchodzącej starości i niedołężności, z pewnością spodoba jej się przyjęcie, które razem z ciotko-kumpelką, Gają, jej urządzamy. Mają być znajomi, prezenty, jedzenie, dobra muzyka, jedzenie, wygodne fotele i jedzenie. To powinno się mamie spodobać na jej czter… trzydzieste trzecie urodziny. Po tylu latach powinnam się już nauczyć, które urodziny świętujemy.
– Mam nadzieję, że nie robicie dla mnie żadnej niespodzianki – dodała.
– Gdzie. Nie. Coś ty. Porozmawiamy później, umówiłam się z Kingą – wyszłam szybko z domu i ruszyłam do kawiarni.
Szczęśliwie było ciasto marchewkowe.
– Znalazłam rozwiązanie naszego problemu – powiedziała Kinga. – Ale ci się to nie spodoba.
– Wal – powiedziałam przeżuwając.
Naszym zadaniem było „zaśpiewanie na scenie”. Wymyśliłyśmy to w czasach, kiedy wyjąc piosenki z High School Musical planowałyśmy wystąpić w Mam Talent. I wygrać oczywiście. Dobrze, że nasi rodzice nie chcieli nas wspierać w naszych planach, bo teraz musiałabym mieć na imię Julieta i robić ciastka w Argentyńskiej wiosce.
– Wystąpimy na imprezie twojej mamy.
Kawałek jedzenia utknął mi w gardle.
– Wiesz, że tam będą ludzie.
– To najbliższa rzecz sceny, jaką mamy – wzruszyła ramionami.
Kinga była jedną z tych cichych osób, które śpiewają niemal zawodowo, jednak udają, że tego nie wiedzą, więc korzystają z każdej okazji, żeby „przypadkiem” pokazać światu, jaki mają zniewalający głos. Problem w tym, że ja nie mam takiego sekretu i tak jak wiadomo, że fałszuję, ja naprawdę fałszuję.
– Ty śpiewasz, ja jestem chórkiem – powiedziałam.
– Jeśli nie ma innego wyjścia… – usta mówiły jedno, ale oczy krzyczały „no ja myślę”.
Kim ja jestem, żeby nie spełniać marzeń swojej przyjaciółki.
Przyjęcie miało odbyć się w domu Gai, do której mama miała później wpaść „na kawę”. Dobrze, że mama jest taką damą, że zawsze z domu wychodzi ubrana na tyle elegancko, żeby móc nagle wpaść na jakieś wydarzenie, gdy zajdzie taka potrzeba. Co ciekawe, w życiu mamy często taka potrzeba zachodzi.
Pewnych rzeczy nigdy nie zrozumiem.

Z samego rana tata dał mamie prezent. Specjalnie z nim poszłam do sklepu
i dopilnowałam, żeby kupił coś ładnego i romantycznego, bo ostatnio podarował jej aparat do mierzenia ciśnienia. Jakiś cel w tym miał, nawet gdzieś przeszła przez jego głowę myśl, że wygląda to jak pierścionek, a skoro tak, to jest to bardzo elegancki prezent.
Jednak tata nie posłuchał mojej najwyraźniej wątpliwej jakości rady, żeby dać go, kiedy będzie odpowiedni moment. Może po prostu tata uznał, że śniadanie będzie tym odpowiednim momentem, żeby wręczyć mamie prezent z takim samym namaszczeniem, jak kiedy podaje pilota od telewizora. A żeby nie było zbyt uczuciowo, teraz drugą ręką trzymał kanapkę. Mama wyjęła
z ozdobnego pudełka delikatny, srebrny naszyjnik, trochę niepasujący do jej piżamy.
– Po co tyle pieniędzy wydałeś? – mama wpasowała się pytaniem w atmosferę sytuacji.
– Masz przecież urodziny – tata próbował się bronić. Aż mu okulary z nerwów podskoczyły.
– Piękny, dziękuję – powiedziała swoim robotycznym tonem, używanym zwykle do chwalenia moich osiągnięć. – Coś jeszcze mnie czeka?
– Nie, nic, a nic – odpowiedzieliśmy chórem.

Przyszło więcej osób, niż się spodziewałam. Całe piętnaście. Połowy nie znałam. Niedobrze.
W salonie, na wielkim stole stało dużo jedzenia, w większości wysokokalorycznego. Jeszcze gorzej.
A mama zjawiła się niedługo później.
– Wszystkiego najlepszego! – krzyknęli goście, kiedy weszła do domu.
Nie wyglądała na zdziwioną. Chyba się domyślała, że planujemy to przyjecie. Mówiłam tacie i Róży, że nasz sekretny kod nie jest taki sekretny, jeśli mamę nazywamy Elastyną, a jej urodziny „dniem 0”.
– Nie trzeba było – mama nawet nie starała się udawać.
Przynajmniej wyglądała na zadowoloną.

Czas mijał, wszystko zdawało się być jak trzeba. Tylko że ciągle ktoś mnie zagadywał.
– Które to w końcu urodziny? – pytała mnie co druga znajoma mamy.
– Trzydzieste trzecie – odpowiadałam bez żadnego kpiącego uśmieszku, którego się po mnie spodziewały. Jestem córką, nie kablem.
– Naprawdę? – otwierały szeroko oczy.
– Jak najbardziej – zapewniałam.
Ludzie, których nie znałam, byli mniej wścibscy.
– Jesteś córką, czy…
– Siostrą – odpowiadałam.
W to wierzyli. Tylko niektórzy próbowali odgadnąć, która z nas jest tutaj nieplanowanym dzieckiem naszych rodziców.
Mama zawołała mnie do siebie, gdy stała z jedną z tych osób.
– To jest właśnie Malina – przedstawiła mnie mama. – Córka z pierwszego małżeństwa mojego męża.
Starałam się dać jej delikatne sygnały oczami, że nie taką wersję przyjęłam na dzisiejsze przyjęcie, ale było za późno.
– A nie siostra? – zapytał skonfundowany mężczyzna.
– Przecież żartowałam – zaśmiałam się nerwowo.
– Och – patrzył to na mnie, to na mamę. – Przepraszam, że powiedziałem, że jesteście do siebie bardzo podobne…
– Obie moje mamy są bardzo do siebie podobne, stąd pomyłka – wyjaśniłam.
– Pewnie tamta jest trochę starsza – zaśmiał się nerwowo, wiedząc, że powiedział coś trochę niewłaściwego.
– To prawda – nie wiem, czy próbowałam ratować siebie, czy jego. – Moja biologiczna matka jest starsza o jakieś… Hm… piętnaście lat? Może więcej?
– Za to moja biologiczna córka jest szczuplejsza o dwadzieścia kilo – wtrąciła mama.
– Może być szczuplejsza, bo ma szesnaście lat.
– Ach, a więc masz jeszcze… – zaczął mężczyzna.
– Jedenaście. Róża ma jedenaście lat.
– Powiedz jej to w twarz.
– Co masz mi powiedzieć? – obok nas pojawiła się Róża.
– Mama mówi, że masz jedenaście lat.
Oburzenie Róży było silniejsze, niż efekty naszego wieloletniego treningu.
– Dziewczyny w moim wieku już w ciąże zachodzą, a ty mówisz, że mam jedenaście lat?
– Dzisiejsza młodzież – powiedziałam nadludzką siłą chcąc utrzymać jakiekolwiek pozory.
Szczęśliwie Gaja postanowiła nam przerwać.
– Kochani, niedługo wniesiemy tort. Czeka nas także występ córki… – spojrzała na mnie niepewnie. – Siostry…? – zerknęła na mamę. – Bliskich naszej wspaniałej jubilatki.
Kiedy już zdążyłam się poważnie zdenerwować, pojawiła się spóźniona Kinga
i wyciągnęła mnie do przedpokoju.
– Nie dam rady zaśpiewać – wycharczała. – Mam chore gardło.
Chyba nie.
– Ale już powiedziałam, że będzie występ, nie możemy teraz się wycofać – pokręciłam nerwowo głową. – I nasz słoik! Wszystko przepadnie!
– Zawsze możesz ty zaśpie…
– Nigdy – miałam wrażenie, że zaraz zemdleję.
– Dasz radę. Znasz jakąś piosenkę?
Czy znam? Piosenkę? Z pewnością nie od początku do końca. Nie mam nawet muzyki, trzeba by nucić… Chwila.
– Róża! – zawołałam.
Wiedziałam, co robić.
– Chodź tu! – zawołałam już bezgłośnie, kiedy nawiązałyśmy kontakt wzrokowy.
– Po co? – nie musiałam jej słyszeć, a nawet widzieć, żeby wiedzieć, co mówi.
Nie mogłam krzyknąć, więc moja złość tylko wysadzała mnie od środka, już gdzieniegdzie wyciekając. Jeszcze chwila i naprawdę źle się to skończy.
Moja siostra i źródło moich frustracji w jednym w końcu przyszła, żeby zezłościć mnie jeszcze bardziej.
– No co?
Kinga przytrzymała mnie, kiedy już wyciągnęłam ręce, żeby zrobić jej najboleśniejszą pokrzywkę na świecie.
– Potrzebuję Ferba.
– Wolę Fineasza.
– Fineaszem jest Kinga.
– Czekaj… Nie mów, że odstawiasz znowu Fretkę. Przy ludziach? Malina… – spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Ciotka już powiedziała, że będzie występ. Nasza mama spodziewa się występu. Nasz słój oczekuje występu. Ty masz nam pomóc.
– Ale wiesz, że ja czekam, aż się wam nie uda, żebyście robiły za mnie pracę domową?
– Nie przypominaj, tylko masz nam pomóc, inaczej zaspojleruję ci, co się dzieje
w nowych Gwiezdnych Wojnach.
– Tego się mogłam po tobie spodziewać – odburknęła. – Dobra, chodź.
Nie wiem, kiedy ostatnio byłam tak zażenowana.
Stałam przed grupą ludzi, których niestety jeszcze zobaczę w przyszłości. Miałam zaśpiewać piosenkę z kreskówki, którą oglądały ich dzieci, kiedy były
w wieku, w którym wypada kreskówki oglądać. Już wcześniej było jasne, że nie jestem córką, którą ktokolwiek chciałby mieć, ale to miała być wisienka na tym spasionym torcie, którym było moje życie.
Kiedy stanęłam na środku tego obszernego salonu, mama nagle wyszła po cichu przykładając sobie telefon do ucha. Ale dziewczyny zaczęły już nucić pod nosem, robiąc mi za podkład muzyczny. Nie mogłam czekać.
– Masz urodziny – zaczęłam śpiewać trochę pod nosem. – Dzięki mamo, że tak kochasz mnie. I dzięki za posiłki, ja wiem, że czasem jestem nerwowa, ale co mam w sercu wyznać chcę…
Śpiewałam moim dzidziusiowym głosikiem, bo się za bardzo denerwowałam, zmieniając tekst tak, żeby z niego nie wyszło, że mam dwóch denerwujących braci geniuszy. To by dopiero zdezorientowało niektórych gości.
Kiedy skończyłam, mama wróciła do salonu. Wszyscy byli mi brawo, nieco z litości. Brakowało tylko, żeby ktoś wręczył mi medal za starania i uczestnictwo. Takich miałam naprawdę dużo.

Kiedy wróciliśmy do domu, byłam w jeszcze gorszym nastroju, niż wcześniej.
– Nie słyszałaś mojej piosenki – wymamrotałam.
– Oczywiście, że słyszałam – mama poklepała mnie po plecach. – Bardzo ci dziękuję.
Zabrzmiało prawie szczerze.
– Ale telefon ważniejszy.
– Malina, przecież wiem, że nigdy nie lubiłaś jak patrzę, kiedy występujesz.
O, rzeczywiście.
– Zjemy coś? – zaproponowała mama. – Ciasto?
– Z cukrem?
– W końcu mam urodziny.