Malina nie biega

Kaya Herman

30. Rzymskie wakacje

Uzbrojone w palec wskazujący i trzy podstawowe zwroty po włosku, mogłyśmy podbijać Rzym. Co prawda przyjechałyśmy tu z Hiacyntą na zajęcia, ale co się najemy pizzy, to nasze.
– Hello – powiedziałyśmy do dwóch dziewczyn, kiedy wtoczyłyśmy się z walizkami do naszego pokoju w hostelu.
Dziewczyny coś powiedziały, chyba po włosku, i wróciły do nerdzenia w telefonach. Udało nam się tego wieczora dowiedzieć, że nie znają angielskiego. Idealnie, mama nie będzie mogła marudzić, że nie próbowałam się z kimś zaprzyjaźnić.
Następnego dnia wstałyśmy wcześniej niż one. Miałyśmy pojawić się przy jednym z kościołów o dziewiątej. Jeszcze zanim się ubrałam, użyłam dezodorantu w spreju, żeby pachnąco rozpocząć dzień. Nagle zauważyłam, że prysnęłam przy okazji na dziewczynę śpiącą tuż obok. Nie mogłam pozwolić, żeby zaczęła się przeze mnie dusić, więc chwyciłam za leżące pod ręką świeże majtki i zaczęłam wachlować nimi przed jej nosem. Niestety, dziewczyna otworzyła oczy. Pewnie myśląc, że jeszcze śpi, przymknęła je na chwilę, po czym znowu otworzyła i spojrzała na mnie ze strachem.
– Przepraszam, ja tylko… dezodorant… – starałam się złożyć jak najpiękniejsze zdanie po angielsku, ale nawet w swoim języku nie umiałabym wyjaśnić, dlaczego macham wielkimi majtasami o zapachu grejpfruta przed jej nosem. Przypomniałam sobie też, że ona non spiko ingleso, więc nie było już dla mnie ratunku.
Dziewczyna powiedziała coś po włosku. Ja odpowiedziałam jej coś po polsku, po czym uśmiechnęłam się koślawo i wróciłam do szukania koszulki w walizce. Zupełnie jakby machanie majtkami było naszym polskim zwyczajem, do którego dziewczyna po prostu musi przywyknąć.

Idąc na miejsce zbiórki, zgubiłyśmy się trzykrotnie. Co z tego, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, skoro nie każda droga w Rzymie prowadzi do celu. Przynajmniej wiedziałyśmy, od którego kościoła zaczynamy zwiedzanie. Pytając ludzi i analizując mapę z każdej strony, dotarłyśmy spóźnione jedynie piętnaście minut.
Przed wejściem, naprzeciwko ogromnych, mosiężnych drzwi, zgromadziła się długa kolejka. Nie mogłyśmy wypatrzeć naszej grupy, ale też nie chciałyśmy się pchać. Postanowiłyśmy, że znajdziemy resztę w środku.
Co może pójść nie tak.
– Patrz, wszyscy wpisują się do jakiejś księgi przy wejściu – powiedziałam do Hiacynty.
– Może to księga odwiedzin? – zapytała, przeczesując dłonią swoje błyszczące, kasztanowe włosy.
– Tak przed wejściem? Dziwny zwyczaj – mruknęłam, przyglądając się innym ludziom.
Wszyscy zdawali się wiedzieć, co robić. Nie chciałam nikogo obrazić swoją nieznajomością włoskiej kultury, więc kiedy nadeszła nasza kolej, chwyciłam za długopis. Przyjrzałam się pozostałym wpisom, ale żadnego nie rozumiałam i nie mogłam się niczym zainspirować. Wpisałam jedynie banalne „świetnie się bawiłam, mam nadzieję, że to powtórzę”. Nie wiedziałam, jak po angielsku dobitnie wyrazić swój zachwyt miejscem, którego jeszcze nie zobaczyłam.
– Co napisałaś? – zapytałam Hiacyntę, kiedy weszłyśmy do środka.
– To co ty, tylko dłużej – odparła, rozglądając się.
Nigdzie nie widziałyśmy naszej grupy. Za to dużo osób zbierało się w ławkach, więc domyśliwszy się, że zaraz zacznie się msza, wyszłyśmy.
– Musieli pójść gdzieś indziej – powiedziała Hiacynta, kręcąc nosem.
Nie miałyśmy do nikogo numerów, więc mogłyśmy jedynie liczyć na to, że wpadniemy na nich po drodze. Jakimś cudem.
A obok nas stała jakaś wycieczka, chyba ze Stanów, skutecznie blokując nam przejście.
– Pójdziemy do kościoła obok, bo w tym teraz jest pogrzeb – oznajmiła ich przewodniczka.
Pogrzeb. Tam był pogrzeb. Rzeczywiście, karawan przed kościołem powinien był coś nam zasugerować.
Świetnie, Malina, nie wychodzisz z formy.
– Chodź, może znajdziemy ich przy następnym punkcie – powiedziała pogodnie Hiacynta, łapiąc mnie za rąbek płaszcza i prowadząc na Plac Navona, miejsce pełne turystów i sprzedawców selfie sticków.
Nie przejęła się naszym pogrzebowym wyczynem. Czasami była dla mnie zbyt normalna. W pozytywny sposób. Chociaż od niedawna chodziła z moim kuzynem, ku zdziwieniu mojemu i Michała. Wciąż próbujemy rozgryźć, czym ją skusił.

Szłyśmy wzdłuż placu, kiedy zaczepił mnie młody mężczyzna. Nic nowego. Tutaj co pięć minut słyszałam ciao bella i chociaż robili to ludzie zapraszający turystów do restauracji, to w moim przypadku trzeba brać, co dają. Przystanęłam, gotowa przejrzeć z uprzejmości, czy raczej braku asertywności, kolejne menu.
– Skąd jesteście? – zapytał po angielsku.
– Z Polski – odparłam.
– Dzień dobry – powiedział po naszemu. – Jestem uzależniony i walczę z narkotykami.
Roześmiałam się głośno. Byłam przekonana, że tak jak ja potrafię po hiszpańsku powiedzieć, że jestem hydraulikiem, tak on nauczył się takiego zdania po polsku.
Myliłam się. Ten chłopak naprawdę był uzależniony od heroiny i teraz zbierał pieniądze na utrzymanie ośrodka dla narkomanów. Prosił o podpis i darowiznę.
Możliwe, że to była podpucha. Ale wyrzuty sumienia pozbawiły mnie dwóch euro i kawałka dobrego samopoczucia. Ciekawe tylko, co palnął Australijczyk, który przede mną zostawił trzydzieści euro.
– Malina, uśmiechnij się – powiedziała Hiacynta, widząc moją minę. – Jak nie znajdziemy profesora, to trudno, jakoś mu to wyjaśnimy. Jesteśmy w Rzymie, korzystajmy, rozerwijmy się jakoś.
Spojrzałam na nią, zastanawiając się, czy pamięta, z kim ma do czynienia.
Ja nie byłam rozrywkowa. Trzymałam się z dala od czegokolwiek, co chociażby powąchało rozrywkę. Kiedyś zadzwoniłam na straż miejską, bo ktoś w okolicy puszczał na cały regulator głośną muzykę, a było już długo po ciszy nocnej. Powiedzieli mi tylko, żebym przestała już dzwonić, bo naprawdę, Orange Warsaw Festival nie zostanie przeze mnie odwołany.
Nagle zobaczyłam coś niezwykle niepokojącego.
– Czy jeśli ci powiem coś dziwnego, pomyślisz, że jestem stuknięta?
– Nie, powierzę ci do opieki swoje szczenięta podczas ich pierwszych dni życia.
Możliwe, że już traciła cierpliwość. Trudno się dziwić. Żyłam ze sobą dobre dwadzieścia lat i każdego dnia miałam ochotę zmienić gospodarza mojego ciała.
– Chyba widziałam naszego profesora – powiedziałam. – W stroju gladiatora.
Hiacynta się zacukała.
– Autora kilkunastu książek, wykładającego na dwóch uniwersytetach profesora?
– No.
– Dobra, gdzie go widziałaś? – odwróciła się i patrzyła tam, gdzie ja.
– Tam idzie – pokazałam palcem przed siebie.
Przy bliższej inspekcji okazało się, że to nie był nasz profesor, ale mężczyzna wyglądający tak jak on. Chyba że wyszedł z ciała, żeby pokazać nam właściwą drogę. Podążyłyśmy za nim, aż na ruchliwą ulicę.
Dopóki nie przeszedł na czerwonym świetle. Mimo że wychowywałyśmy się w Warszawie, nie lubiłyśmy wybiegać na maski samochodów. Musiałyśmy pozwolić, żeby gladiator skręcił w kolejną wąską uliczkę.
– O nie, Malina – Hiacynta spojrzała na mnie ze niepokojem. – Coś się stało z twoim okiem.
Wyciągnęłam z plecaka lusterko i dokładnie się sobie przyjrzałam. Pękło mi naczynko. Teraz mogłam być posądzona o bycie pacjentem zero jakiejś epidemii.
– Masz – podała mi swoje okulary przeciwsłoneczne.
Ruszyłyśmy pośpiesznie, goniąc za mężczyzną. Doszłyśmy przypadkiem do Campo de’ Fiori, gdzie nasz wzrok przykuły stoiska z jedzeniem. A gladiator najwyraźniej rozpłynął się w powietrzu.
Zmęczone poszukiwaniami, postanowiłyśmy pójść na wczesny obiad. Usiadłyśmy w restauracji stylizowanej na typową włoską knajpę, nieco zbyt drogą jak na to, co planowałyśmy wydać. Ale było już za późno, żeby się wycofać.
– Poproszę herbatę – powiedziałam do kelnera.
Nie widziałam jej w karcie, ale ile może kosztować zwykła herbata?
– Gorącą? – zapytał z niedowierzaniem.
Nie, zimną jak serce mojej matki, kiedy oznajmia, że nie podzieli się ze mną ciastkami.
– Tak – oznajmiłam. Może uwierzył, że wiem, na co się piszę.
Jeszcze jakiś czas studiowałam menu, udając, że zastanawiam się nad wyborem. Kiedy ponownie przyszedł kelner, zapytałam o kilka wykwintnych dań, zawahałam się dwa razy i poprosiłam o margheritę.
W końcu przyszedł rachunek. Moja niewielka filiżanka herbaty kosztowała prawie tyle samo, co ta pizza.
Kiedy już wstawałyśmy, podszedł do nas jakiś chłopak w wieku gimnazjalnym.
– Jesteś piękna, wyjdź za mnie – powiedział do mnie i uciekł ze śmiechem, potykając się o krzesło.
– Oszalałam, prawda? – zapytałam, a Hiacynta przytaknęła.
Babcia Eleonora ostrzegała, że mnie, jasną blondynkę, będą ciągle zaczepiać. Ale nie sądziłam, że doczekam się oświadczyn. A byłam już przygotowana na tę okazję. Wiedziałam, że jeśli ktoś poprosi mnie o rękę, to muszę podać mu tę, która jest przytwierdzona do mojego nadgarstka, koniecznie prawą. Ale chyba ten związek nie przetrwa próby czasu.

Do wieczora nie znalazłyśmy grupy, więc poddałyśmy się i poszłyśmy na wino. W końcu miałyśmy zamiar spróbować wszystkiego, co włoskie.
Poszłyśmy do niewielkiej knajpy i przy ladzie zamówiłyśmy dwa kieliszki najtańszego, czerwonego wina. Kiedy je dostałyśmy, zorientowałyśmy się, że wszystkie trzy stoliki są zajęte.
– Przepraszam, nie ma… – zaczęłam, kręcąc się nerwowo.
Obsługujący nas piękny mężczyzna wskazał ręką wyjście.
– Przecież zapłaciłyśmy – powiedziałam cicho, pragnąc, żeby podłoga się rozstąpiła i żebym mogła podziemnym korytarzem przebiec prosto do łóżka, w którym owinę się kołdrą jak burrito i zapomnę o całym tym dniu.
– Pijcie tam – powiedział, widząc nasze skołowanie.
Nie mając innego wyjścia, wzięłyśmy nasze kieliszki i wyszłyśmy na ulicę.
– I co teraz? – zapytała Hiacynta, trzymając niepewnie wino. – Mamy tak pić?
– Raczej tak – zaczęłam się rozglądać, szukając ukrytych stolików. Ale wąska uliczka, na której stałyśmy, była zabudowana domami od początku do końca. Więc naszym stolikiem stał się Smart, zaparkowany tuż obok.
Kiedy tylko ktoś przechodził, śmiałyśmy się głośno, udając, że wiemy, co tu robimy. Nagle podeszła do nas modnie ubrana kobieta.
– Przepraszam – powiedziała, trochę mnie przepychając.
Otworzyła auto i pośpiesznie, bo w Rzymie inaczej się nie da, odjechała. W ostatniej chwili odsunęłam stopę spod koła. Jednak nie byłam gotowa na to, że nasz stolik tak po prostu nam ucieknie, więc nie zdjęłam na czas kieliszka. Złapałam go, zanim się rozbił na kostce. Niestety lecące wino wylądowało na mnie. Ale lepsza była działająca stopa, niż sucha koszulka. Przynajmniej była czarna. Starałam się wycisnąć z niej wino, ale skończyłam jedynie z zabarwionymi palcami.
– Zaraz… – zamyśliła się Hiacynta. – On mówił, że ma dzisiaj prezentację swojej książki. Może tam go złapiemy i wszystko wyjaśnimy.
– I weźmiemy numer telefonu – dodałam.

Muzeum, w którym odbywała się konferencja połączona z omawianiem książki profesora, położone było niedaleko Koloseum. Tam dotarłybyśmy bez większego problemu, gdyby nie nagła ulewa. Przemoknięte, w końcu weszłyśmy do środka i skierowałyśmy się w stronę windy. Prawie od razu podszedł do nas ochroniarz.
– Trzeba kupić bilet – oznajmił.
– My na konferencję – odparła Hiacynta z wdziękiem, odgarniając mokre kosmyki włosów z twarzy. – Jesteśmy strasznie spóźnione.
Mężczyzna przyjrzał mi się podejrzliwie. Kiedy dostrzegłam swoje odbicie, zrozumiałam, czemu. Z czarną marynarką, okularami i moją słuszną posturą, wyglądałam jak ochroniarz drobnej Hiacynty.
– Bilet – powtórzył.
– Konferencja – powiedziała twardo Hiacynta.
– Bilet.
– Konferencja.
– Bilet.
– Konferencja.
– Jeśli nie kupicie panie biletu, będę zmuszony prosić panie o wyjście. Konferencja trwa od dłuższego czasu, mogą panie zwiedzić wystawę.
– Nie ma mowy – wycedziła Hiacynta. – Musimy zobaczyć się z profesorem. Jesteśmy jego studentkami.
Podniosłam do twarzy rękę, bo myślałam, że zaraz kichnę. Ale nie kichnęłam, tylko sprawiłam wrażenie, że próbuję się powstrzymać od ugryzienia mężczyzny. Moje czerwone palce mogły zasugerować, że nie byłby pierwszą osobą, którą dzisiaj rozszarpałam.
Machnęłam drugą ręką, szukając ujścia mojego skrępowania i strąciłam ze stojaka kilka katalogów.
Wtedy z tyłu pojawiło się dwóch ochroniarzy, którzy prawie kulturalnie poprowadzili nas do klaustrofobicznego pokoiku z biurkiem i trzema krzesłami.
Jak się dowiedzą, że jestem recydywistką, to nie wrócę do kraju. Co Thor zrobi beze mnie? Tylko ja umiem dobrze o tego kocura zadbać.
– Nie możemy was tam wpuścić – oznajmił wysoki na dwa metry chłop.
– Niby dlaczego? – zapytała Hiacynta.
– Obowiązuje dress code, to poważna instytucja – powiedział mężczyzna, powstrzymując uśmiech. – Poczekajcie tutaj.
W końcu przyszedł do nas nasz profesor. Przyjrzał się nam w skupieniu, po czym głośno się roześmiał.
– Pozwolicie, że zrobię wam zdjęcie na pamiątkę? – zapytał, a jego wielki brzuch falował z rytmem jego śmiechu. – Tego jeszcze nie było na moim wyjeździe.

 

1 Comment

  1. Dalej, pliss. Co było DALEJ? 🙂

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 Malina nie biega

Theme by Anders NorenUp ↑