– Malina, leniwa klucho, poszłabyś do pracy, nie będziemy twoich wielkich czterech liter do końca życia utrzymywać – to mniej więcej powiedziała mi niedawno rodzina.
Niemal od razu, bo jedynie z siedmiodniowym poślizgiem, usiadłam przed komputerem, żeby coś znaleźć. Najpierw obejrzałam filmiki z tańczącymi kotami, potem poczytałam o kłótni jakiegoś youtubera z weganami, a na koniec przejrzałam swoje stare zdjęcia na facebooku. Zastanawiałam się, co pomyślą o mnie ludzie ze studiów, jeśli będą je przeglądać. Wtedy przypomniałam sobie o szukaniu pracy.
Większość musiałam odrzucić ze względu na słabe umiejętności interpersonalne. Zainteresowała mnie jednak praca hostessy. Dobrze płacą, a zatrudniająca firma specjalizuje się w łakociach. Nie, nikt nie zaufałby takiemu pączusiowi jak ja. Sama bym sobie nie zaufała. Kiedyś dostałam od ciotki worek krówek z logo jej firmy, żebym rozdała znajomym. Ciotka nie wyglądała na zadowoloną, kiedy następnego dnia zobaczyła w moim pokoju gniazdo z lepkich papierków. Ale to były milanowskie krówki, więc każdy, kto ma odpowiednio rozwinięte kubki smakowe, powinien mnie zrozumieć. Ciotce najwyraźniej ich brakuje. Czego ona się spodziewała, że naprawdę je rozdam?
W końcu zadzwoniłam do Kingi.
– Ratuj mnie – wyjęczałam. – Muszę szybko znaleźć pracę, bo inaczej udowodnię, że jestem zakałą rodziny.
– W kawiarni obok mojej szukają kogoś.
– Ale nie mogę dotykać jedzenia, jeśli nie zrobię książeczki sanepidowskiej, a bardzo tego nie chcę.
Kinga się cicho zaśmiała.
– Tym się nie powinnaś martwić. I podobno jest tam miło. W końcu, co masz do stracenia?
– Kończyny? Godność?
– Babcia szukała ci chłopaka na studniówkę – przypomniała mi Róża, która nagle się wyłoniła ze swojego pokoju.
Ta.
– Wyślę ci zaraz do nich telefon. Dasz sobie radę? – zapytała Kinga, którą już wyłączyłam z głośnika.
– Dlaczego miałabym nie dać?
– Pamiętasz, jak na ostatniej rozmowie powiedziałaś, że sama byś siebie nie zatrudniła?
– Myślałam, że szczerość jest docenianą cnotą.
– Zadzwonisz tam, czy trzeba zrobić to za ciebie? – znowu wcięła się Róża.
– Już dzwonię, dzwonię.
Wdech, wydech. Dalej Malina, umiesz to zrobić. To tylko jeden głupi telefon. Jeszcze raz, oddychaj powoli. Może jak ustawię się w tej yogińskiej pozycji mocy, którą mama mi pokazała, to pójdzie lepiej. Ale jak coś pomiędzy przysiadem a jaskółką ma podnieść moją pewność siebie?
Zaraz się rozniesie plotka, że nie potrafię wybrać numeru.
– Musisz tu być? – zapytałam, patrząc się na Różę.
– Kto inny dopilnuje, żebyś to zrobiła?
– Wszystko jedno – odburknęłam jej nastoletnim tonem.
Wpisałam numer. Dzwoni. Nie mogę się wycofać. Róża wpatrywała się we mnie, czekając, aż nie uda mi się powstrzymać wycieku nieporadności.
– Kawiarnia Rumcajs, słucham?
– Dzień dobry – wydukałam swoim dzidziusiowym głosem. – Dzwonię w sprawie pracy.
– Ale my poszukujemy tylko studentów.
– To w takim razie przepraszam.
Kobieto, jesteś studentką.
– I co? – zapytała Róża.
– Nie zatrudniają.
Może później zadzwonię i przekonam tą panią i samą siebie, że nie jestem dzieckiem.
Nagle do domu weszła babcia.
– Malina, masz rozmowę o pracę!
Czy w tej rodzinie nie ma żadnych świętości?
– Załatwiałam sprawunki i zupełnie przypadkiem zobaczyłam karteczkę, że poszukują studenta do pracy w kawiarni. Od razu do nich zadzwoniłam. Jutro o dwunastej w Rumcajsie, tam obok Kingi.
O mamo.
– Umówiłaś swoją dorosłą wnuczkę? – zapytała Róża kładąc ironiczny nacisk na słowo dorosłą.
– Nie żartuj. Podałam się za Malinkę i powiedziałam, że bardzo lubię pracę z jedzeniem. Mam młody głos, nie zorientuje się.
Ja nie tylko nie dostanę tej pracy – zrobią mi zdjęcie i kiedy tylko coś im w życiu nie wyjdzie, spojrzą na nie i przypomną sobie, że zawsze mogliby być dziewczyną, za którą dzwoni babcia.
Następnego dnia poszłam do kawiarni, gdzie powitała mnie wyglądająca jak Jubaba właścicielka tego miejsca. Usiadłyśmy przy jednym z kawiarnianych stolików i nienaturalnie szeroko uśmiechałyśmy się do siebie. Widziałam w jej oczach, że wiedziała. Wiedziała, że to nie ja zadzwoniłam.
– Masz jakieś doświadczenie z jedzeniem? – zapytała pociągając swoim dużym nosem.
No ba.
– Dobrze sobie z nim radzę – odparłam z pewnością.
– Świetnie… – mruknęła przeglądając jakieś papiery i wycierając w nie wilgotne od kataru ręce. – Grafik ustala się co tydzień, pracownicy mają zniżkę na jedzenie. Od kiedy możesz zacząć?
To nie może być takie proste.
Następnego dnia już byłam zwarta i gotowa do pracy. Zapowiadało się dobrze. Ola, dziewczyna, z którą miałam zmianę, miała mnie wszystkiego nauczyć. Po jej skrzywionej minie i powolnym przemawianiu do mnie odniosłam wrażenie, że nie uważa mnie za tytana myślenia. Mam coś nie tak z twarzą czy co?
Poprowadziła mnie na zaplecze, gdzie przygotowuje się jedzenie. Zaczęłyśmy od przyglądania się albo bardzo zgrzybiałej, albo bardzo modnej lodówce. Jednak stawiałabym na to, że te ciemne plamy nie są specjalnie vintage, bo większość znajdujących się w niej rzeczy była przeterminowana. Ale nie „jeszcze można zjeść”, a przeterminowana w sposób „o, ten zielony puszek ma już młode”.
– Ktoś coś z tym zrobi – wzruszyła ramionami.
Późnym popołudniem pojawił się chłopak Oli, dlatego zostałam sama z obsługiwaniem klientów. Poszli na zewnątrz palić papierosy i podgryzać z serwetki największe porcje szarlotki.
Za chwilę przyszła sympatyczna nastolatka, co przez moje wcześniejsze doświadczenia zdaje się być oksymoronem, i zapytała jaka jest dziś zupa. A ja nie wiedziałam, że mamy tu zupy. Może garnek pełen, czegoś, o czym myślałam, że jest ekologicznym zbiornikiem niedopitych kaw, był właśnie zupą. Szczęśliwie dziewczyna nie obraziła się, gdy zaczęłam robić głupie miny, bo chciałam zwrócić na siebie uwagę Oli będącej za jej plecami.
– Nie odnajdujesz się tu najlepiej – trochę zapytała, trochę stwierdziła, gdy w końcu skończyła trzeciego papierosa i poszła wyjąć tę nieszczęsną zupę z lodówki.
Żeby upewnić się, że jest jeszcze dobra, zamoczyła w niej papierosowy palec, oblizała, a potem w ramach podwójnego upewnienia się, spróbowała jeszcze raz.
Mniam.
Ola znowu mnie zostawiła samą sobie. Wbijanie odpowiednich numerków na kasę nie było sztuką łatwą do opanowania w jeden dzień, a zrobienie kawy jeszcze nie zapisało się w mojej pamięci mięśniowej, więc zgromadziła się pokaźna kolejka. Za to szybko nauczyłam się trzymać w gotowości otwarty internet w telefonie, żeby sprawdzać rzeczy typu, czym jest venti latte, o które proszą panowie z męskimi koczkami na czubkach głów. Kiedy już dowiedziałam się, że to nie wymyślna posypka a rozmiar kawy, sprawdziłam też, jak dojść do najbliższego Starbucksa – często okazywało się, że napój w zwykłym kubku nie będzie dobrze wyglądać na zdjęciu.
W końcu trzeba było zająć się zmywaniem naczyń. Niestety jedyna dostępna tam gąbka wyglądała tak, jakby ktoś nią umył cały Pałac Kultury.
– Malina, tak? – zapytał mnie pewien krępy mężczyzna w średnim wieku, kiedy odlepiałam długie, różowe włosy ze szklanki po karmelowym latte. Czy to jakiś tajny agent, który teraz weźmie mnie na przejażdżkę samochodem z przyciemnianymi szybami i powie, że grozi mi wielkie niebezpieczeństwo, bo mam wyjątkowe moce, o których świat nie powinien się dowiedzieć?
Pokiwałam głową, rozglądając się za profesorem Xavierem.
– Zrób mi kawę – powiedział i usiadł na kanapie, bacznie mi się przyglądając.
– To mąż właścicielki – powiedziała mi Ola. – Zawsze prosi o to nowych.
– Ale o którą mu chodzi?
– Najtrudniejszą.
Najtrudniejsza to „trunek Rumcajsa”. Z trylionami dodatków.
Widziałam po minie mężczyzny, gdy wziął pierwszy łyk, że nie jest zachwycony. Może dodałam za dużo miodu. Albo za dużo przypraw. Chyba że znowu zapomniałam o włożeniu kawy do ekspresu. A może kubek podśmierdywał po umyciu przez tę gąbkę.
– Jakie jest hasło do wifi? – zapytała dziewczyna z kruszącą się z jej ust matową szminką.
Chwilę później zajęła się fotografowaniem swojego ciastka i przerzucała się ze swoją koleżanką rozmaitymi pomysłami na opis, który może do zdjęcia dołączyć. Ich burza mózgów była tak intensywna, że dostałam po głowie kilkoma hasztagami.
– Polish girls, coffee hunt, blessed, instagirl… – dziewczyna głośno wyliczała.
– Może jeszcze like for like? – zaproponowała jej koleżanka.
– Nie jestem desperatką – odparła. – Ale przydałoby się jakieś selfie.
Koleżanka już wypięła się, żeby zmieścić się w obiektywie, jednak instagramowa dziewczyna niezbyt subtelnie odsunęła się, żeby tylko ona była na zdjęciu.
– Patrz – pokazała koleżance po pięciu minutach ustawiania się.
– Ale pięknie! – zawołała w standardowym stylu nastoletniej egzaltacji. – Żebym ja tak na zdjęciach wychodziła.
Niech ktoś mnie uwolni z tego zapomnianego przez sanepid miejsca.
– Nie radzisz sobie – powiedział mężczyzna pod koniec mojej zmiany. – Ale nie będziemy cię od razu skreślać, dlatego możemy ci zaproponować próbny tydzień.
Próbny tydzień, to darmowy tydzień. Czyli zamiast tych siedmiu złotych za godzinę, zostanę sowicie wynagrodzona pałeczkami E.coli.
– I, no wiesz, może dzięki temu doświadczeniu zechcą cię w innej kawiarni.

Wróciłam do domu z poczuciem niewykonanej misji. Co prawda zrobiłam w tym tygodniu słoikowe zadanie, czyli nauczyłam się rozbijać jajko jedną ręką, ale to nie pomniejsza kalibru mojej porażki. Usiadłam w moim pokoju i zabrałam się za kończenie stroju dla Róży na jutrzejszą próbę generalną. Musiałam przerobić jej zwykłą sukienkę na taką, w której będzie wyglądać jak zmysłowe zombie. Jestem naprawdę ciekawa tej adaptacji „Tristana i Izoldy”, którą przygotowuje jej klasa.
– Jak ci dziś poszło? – mama weszła do mojego pokoju.
– Nie chcieli mnie.
Mama nie odpowiedziała, tylko stała i się na mnie patrzyła.
– Może skoro już bawisz się ciągle w te bale przebierańców, to zaczniesz robić coś na zamówienie?
– Cosplay, to jest cosplay mamo, coś więcej, niż bal przebierańców.
Ale mama miała rację. To jest coś, co mogłabym robić. Bez wychodzenia z domu. Marzenie.
– A Róża nie miała być zadziornym wampirem? – zapytała.
Rzeczywiście.