Wszystko zaczęło się od lodów.

Kilka dni temu kupiłam sobie półlitrowe opakowanie lodów czekoladowych, którymi nie miałam najmniejszej ochoty się dzielić z wygłodniałą rodziną. Szczególnie z tatą. Musiałabym mu dać trzy czwarte opakowania, bo „jest dorosłym mężczyzną i je więcej niż inni”. Jedz sałatę, dorosły mężczyzno. Opakowanie wyrzuciłam do swojego kosza, dumna z siebie, że tym razem nie ukryłam dowodów zbrodni pod łóżkiem, czy w szufladzie, na wypadek gdyby ktoś chciał mnie przyłapać. Jestem dorosła, mogę jeść słodycze kiedy tylko zapragnę. Zamiast wlewać w siebie piwa i wódki, popijając jeszcze jakimś alkoholem, który studenci normalnie piją, ja tylko jem nieco więcej niż powinnam. Rodzice powinni to docenić.

Nie ma szans.

Tego ranka, jak każdego innego, usiadłam przy biurku, żeby jeszcze przed zajęciami zacząć szyć strój dla syna koleżanki rodziców. Szedł na przyjęcie urodzinowe i chciał być przebrany za Rainbow Dash z kucyków Pony. Muszę przyznać, że byłam nieco zdziwiona, kiedy na zmierzenie obwodów odwiedził mnie dwudziestoletni facet ważący dwa razy tyle co ja. Kiedy już chciałam puścić niefortunny żart o ciężarnej kobyłce, on powiedział: „cieszę się, że mnie nie krytykujesz, mało kto rozumie moją pasję”. Dobre wyczucie czasu chłopaka uratowało i jego samopoczucie i moje zlecenie.

Teraz, schylając się po syntetyczne tęczowe włosie, które spadło mi na podłogę, dokonałam przerażającego odkrycia.

Resztka powodu, dla którego umrę dziesięć lat wcześniej niż inni, leżała roztopiona na podłodze. Najwyraźniej mrówki gustują w czekoladzie, bo się nią zajadały, krążąc od plamy do balkonu. Niestety nie miałam czasu, żeby się z nimi rozprawić, więc tylko posprzątałam licząc, że pozbawione jedzenia sobie pójdą.

Na razie nigdzie się nie wybierały. Kilka postanowiło nawet podejść do mnie bliżej i spróbować, czy cekiny też się nadają do spożycia. Zdmuchnęłam je, jednak one wróciły. I znowu. I jeszcze raz.
Czyli tym jest teraz moje życie? Strącaniem mrówek z biurka, żeby nie weszły mi na rękę?

Ponieważ nie umiałam sobie z tym problemem poradzić, od razu po zajęciach zadzwoniłam do Kingi. Pracuje w kawiarni, musi wiedzieć, co robić.
Kiedy odebrała, ale nie odezwała się ani słowem, tylko chrząknęła, przypomniałam sobie, że doba, którą miałyśmy na nasze zadanie, kończy się dopiero za pięćdziesiąt sześć minut. „Nie mów nic przez dwadzieścia cztery godziny”. Zaczęłyśmy wczoraj, kiedy nie musiałyśmy nigdzie wychodzić. Szczęśliwie dzisiaj jeszcze nie miałam okazji się do nikogo odezwać. Spóźniłam się na wykład, więc po cichu usiadłam z tyłu sali i smsowałam z Hiacyntą. Niech żyje komunikacja tekstowa.
Napisałam do Kingi rozpaczliwą wiadomość pełną literówek. Ponieważ właśnie kończyła zajęcia, spotkałyśmy się na Nowym Świecie. Przyszła nam do głowy głupia myśl, żeby do metra dojść na piechotę, dlatego skręciłyśmy w Chmielną.
Mijałyśmy sklepy, herbaciarnie i miejsca serwujące sushi w rolkach, kiedy natknęłyśmy się na spełnienie wszystkich moich marzeń.

Sklep z żelkami.

Żelkami w beczkach.

Słowa nie były potrzebne. Spojrzałyśmy z Kingą na siebie i od razu weszłyśmy do środka. Zapach żelek unosił się w powietrzu. Słodki zapach powodujący, że moje serce zabiło szybciej. Wzięłam do ręki papierową torebkę i wiedziałam, że to było przeznaczenie. Nasza chęć pójścia na piechotę została słodko nagrodzona. W ciszy nakładałyśmy sobie po trochu z każdej beczki. Musiałam użyć resztek mojej siły woli, żeby nie odpalić w sobie Hulka, który bez by opamiętania wrzucał garściami słodycze do paszczy.
O mamo. Ostra żelka w kształcie papryczki chilli. Wzięłam pięć.
Kiedy podeszłyśmy do kasy, przypomniałam sobie, że w razie czego nie możemy nic powiedzieć.
– Zapakować na prezent?
Ponieważ nie mogłyśmy mówić, najwyraźniej zaniknął nam też fragment mózgu, bo nie wpadłyśmy na to, że można chociażby pokręcić głową. Więc tak stałyśmy wpatrując się w sprzedającą tam blondynkę.
Dziewczyna zapytała o to samo, ale po angielsku. Potem hiszpańsku. Teraz tym bardziej nie mogłyśmy się odezwać, żeby nie musieć imponować jej naszymi lingwistycznymi zdolnościami. Po hiszpańsku umiem powiedzieć, że jestem hydraulikiem. Dziewczyna uśmiechnęła się, wiedząc już, że lepiej będzie, jeśli szybko nas obsłuży, zanim przyleci po nas latający spodek. Ale to jest Warszawa. Chmielna. Przecież nie tacy kosmici tędy chodzą.

Od razu po wyjściu zaczęłyśmy jeść. Jako pierwszą wyjęłam żabę. Była tak piękna i miękka, że aż miałam ochotę ją pocałować. Jednak powstrzymałam się, nie tylko dlatego, że krępuję się być tym dziwakiem, za którym ludzie na ulicy się oglądają, ale też na wszelki wypadek, gdyby miała zamienić się w księcia. Ledwo mnie stać na kota, książę jest z pewnością dużo droższy w utrzymaniu.
Dochodziłyśmy już do Patelni. Było już ciepło, więc razem ze słońcem na powierzchnię wychodzili działacze Greenpeace’u. Pomaganie środowisku to jedno, ale stanie i niezręczne słuchanie nienaturalnie uśmiechniętych ludzi, którzy zdają się nie być do końca ludźmi, to inna sprawa. Zbliżyłyśmy się z Kingą do siebie, chcąc stworzyć wrażenie, że jesteśmy jednym, większym człowiekiem i nie ma sensu nas zaczepiać. W świecie zwierząt taki trik działa. Dziewczyna wachlująca się zieloną teczką nas nie zauważyła. Chłopak z dużym plecakiem za to tak. Utrzymywał z nami kontakt wzrokowy, od którego przeszył mnie dreszcz. Nie ma mowy, nie będziemy rozmawiać. Niestety nie mogę powiedzieć, że asertywność to moja mocna cecha, więc pewnie zgodziłabym się na sprzedaż kilku istotnych organów, żeby zafundować obiad rodzinie pingwinów.
– Dzień dobry, mogę zająć chwilę? – zapytał chłopak, kiedy przechodziłyśmy.
Zastawił nam drogę.
Pokręciłyśmy nerwowo głowami i uciekłyśmy. Wtedy wpadłyśmy na kolejnego chłopaka, który zaczepił nas w ten sam sposób.
Byłyśmy otoczone.
A ja tak bardzo chciałam wrócić do domu, żeby bez żenady zjeść zawartość torebki, którą kurczowo trzymałam w rękach.
Trzeba było wyciągnąć ciężkie działa. Nie, nie jest to eufemistyczne określenie moich pośladków.
Chłopak zaczął mówić. Spojrzałam na Kingę starając się telepatycznie przekazać jej wiadomość. Chyba jej nie odebrała. Cóż, każdy prawdziwy bohater w końcu musi zmierzyć się z przeznaczeniem samotnie.
A czas milczenia dobiegł końca.
– Poczekaj sekundkę – przerwałam mu. – Ty mnie widzisz?
– No tak – odpowiedział nieco zmieszany, wciąż starając się uśmiechać.
– Ją też? – spojrzałam na Kingę.
Miałam ochotę nerwowo się roześmiać, jak to zwykle robię, kiedy powiem coś dziwnego i nie chcę, żeby mnie w ten sposób zapamiętano. Dasz radę, Malina.
Chłopak pokiwał powoli głową.
– To znaczy, że udało nam się zamieszkać czyjeś ciała – powiedziałam formując usta w dzióbek, żeby nie stracić rezonu. – Myślisz, że są ładne?
Chłopak wydał z siebie gardłowy pomruk, kiedy zastanawiał się, co powiedzieć. Wiedział, że z wariatkami trzeba ostrożnie. I tu go miałyśmy.
Wyminęłyśmy go i już po chwili stałyśmy na ruchomych schodach prowadzących na peron. Wreszcie mogłam zrobić kilka nerwowych ruchów, żeby uwolnić kumulującą się niezręczną energię.
– Croissanta? – zaproponowałam Kindze, kiedy usiadłyśmy na ławce.
Nie wierzę. Ta żelka ma w sobie czekoladę.
Przez całą drogę metrem wcinałyśmy żelki. Nie było mowy, że wytrzymamy do domu. Nieco kłopotliwa była ostra żelka, jednak zagryzłyśmy ją żelką lodem i wszystko wróciło do normy.
Szczęśliwe zatoczyłyśmy się do mnie. Już nie pamiętałam, w jakim celu zaprosiłam Kingę do siebie. Przypomniały nam o tym mrówki, które odkryły, że lody to nie jedyne resztki jedzenia, jakie można u mnie znaleźć.
– Ładny dywan – powiedziała Kinga.
– Żywy i ekologiczny.
– U nas spryskanie ich trasy octem wystarcza, ale chyba teraz trzeba będzie wymyślić coś lepszego.

Dwie godziny później udało nam się wyrzucić większość mrówek na balkon. Niektóre trzeba było zachęcać jedzeniem. Kiedy zmęczone chciałyśmy skończyć jedzenie żelek, odkryłyśmy, że zniknęły.
Teraz trzeba będzie rozpocząć śledztwo – mrówki, czy zemsta taty za lody?
Nagle usłyszałyśmy jęk Róży.
Chyba ktoś zjadł ostrą żelkę.