Dzisiaj babcia pokazała mi swoją sukienkę do trumny. Średnio co dwa tygodnie zmienia zdanie i kupuje nową.
– Trochę ponoszę, żeby ją rozchodzić – wyjaśnia za każdym razem.
Dzisiejsza kreacja była turkusowa, z tiulowym kwiatem przy piersi.
– Będzie mi w tym do twarzy? Ale pewnie pomalują mnie inaczej, niż zwykle. Muszę zapisać w testamencie, żeby mnie zrobili tak, jak lubię.
Nie potrafiłam znaleźć słów, które mogłyby ułożyć się w odpowiednią odpowiedź.
– Może lepiej, żebym wybrała coś bardziej stonowanego?
– Ta jest ładna.
– Jakie wylosowałaś ostatnio zadanie? – zapytała babcia przeglądając się w lustrze i wygładzając sukienkę.
– Muszę pójść gdzieś z Różą.
Nagle babcia zmarszczyła brwi.
– Czy leżąc będę wyglądała w niej dobrze?
Chwila, co.
– Nieważne, zjemy coś? – spojrzała na mnie.
Nareszcie.
Od wielokrotnego trzaskania drzwiami w przypływie młodzieńczej złości, klamka od pokoju Róży się obluzowała i teraz można ją wyjąć. Dzięki temu nie ma możliwości wejścia do środka, o ile Róża nie otworzy drzwi od drugiej strony.
– Róża, idziemy na miasto – zapukałam.
– Po co? – zapytała po kilku chwilach ciszy.
– Takie mam zadanie.
”Zaciśnij więzy z siostrą, zabierz ją gdzieś.
PS Nie zabij jej, w więzieniu nie ma nutelli”.
Dobrze kombinowałam.
– To przegrasz. Wielkie mi halo.
Chyba nie przemyślałyśmy wcześniej regulaminu tej gry.
– No chodź, kupię ci jakąś herbatę z brudami.
– Bubble tea? – podeszła do drzwi.
– Mhm.
Wrota się uchyliły.
– Kupiłam stanik na vinted, umówiłam się na odbiór w centrum – wyjrzała lustrując mnie od stóp do głów. – Wyglądasz jak postać z kreskówki.
– Przepraszam, że lubię kolory.
Róża miała na sobie koszulkę z ironicznym napisem, skórzaną kurtkę i ciemne okulary, mimo że dzisiaj był pochmurny dzień. Żeby tylko nikt o niej nie pomyślał, że ma coś w stylu poczucia humoru. Nie, ona jest poważną, młodą kobietą. Już w drugiej liceum.
Kiedy wyszłyśmy, wszyscy się jej przyglądali, a ona tylko odwdzięczała im się pogardliwym spojrzeniem.
– To nasz tramwaj – powiedziałam.
Od przystanku dzieliło nas kilkanaście metrów, nie było szans, żebyśmy zdążyły.
– Łap za szynki, biegniemy – zarządziła Róża, ruszając.
– Uszkodziłam kolano, nie mogę – zawołałam za nią.
– Gdzie tak niby sobie to uszkodziłaś?
Myśl, myśl, myśl.
– Na meczu… – od kiedy ja chodzę na mecze. – quidditcha…?
Róża zatrzymała się z wyraźnym zawodem na twarzy.
– Zaraz będzie następny – mruknęłam, kiedy usiadłyśmy na przystanku. – A tak w ogóle, ty serio kupujesz używaną bieliznę? Nie boisz się, że nasiąknie energią jakiejś dziewczyny i nagle staniesz się kujonem?
Róża ściągnęła okulary na nos i spojrzała na mnie z odrazą.
– Założony dwa razy. A to Victoria’s Secret.
– Teraz to i nasz sekret – zachichotałam.
To jest jeden z tych żartów, których nie wstydzą się tylko łysiejący tatusiowie.
Róża nie musiała ściągać okularów, wiedziałam, że przewraca oczami. Nie wierzę, że ona też lubi te same seriale, co ja. Jak ona może oglądać Doctora Who i mieć zupełnie inne podejście do życia?
Co jest z nią nie tak?
Kiedy dotarłyśmy na Chmielną, właścicielki „najbardziej mega stanika na świecie” jeszcze nie było. Wypatrywałyśmy czerwonego płaszcza, długich blond włosów i szminki w kolorze nude. Szkoda, że nie podała nam jeszcze swojego znaku zodiaku.
Właściwie do umówionej godziny zostało jeszcze trochę czasu… O nie.
– Nic nie mów – wymamrotałam. – I nie odwracaj się.
– Co? – Róża nawet nie drgnęła, ciągle trwała w swojej obrażonej minie.
– Tam. Jest. Moja. Nemezis – wycedziłam, nerwowo zerkając za siebie.
– A to nie ta laska, z którą miałyśmy się spotkać?
– Na następne urodziny dostajesz słownik poprawnej polszczyzny – zaczęłam udawać, że interesuje mnie wystawa sklepu z dziwną biżuterią. – To Justyna. Z gimnazjum. Prześladowała mnie przez całe trzy lata.
– Co niby robiła? – Róża głośno westchnęła.
– To, co wredne dzieci w szkole. Pamiętasz, jak ścięłam sobie grzywkę? Była nieco zbyt krótka, więc wyglądałam jak…
– Kretyn.
– Nieważne. Kiedy siedziałam na stołówce, ona specjalnie przyprowadziła ze sobą swoje kumpelki, pokazała mnie palcem, wszystkie głośno się roześmiały i już ich nie było.
Róża wzruszyła ramionami. Ona tego nigdy nie zrozumie, jej fryzurę komplementują wszyscy, łącznie z moją szczotką.
– To nie był jedyny raz. To paskudna osoba. Nie kupuj od niej tego stanika, ona pewnie cię kojarzy.
– I?
– Będzie czuła, że jest nad nami górą, jeśli będziemy nosić po niej bieliznę.
– My nie… – Róża uśmiechnęła się tajemniczo. – Ale Fretka i Stefa już tak.
Jakiś czas temu oglądałyśmy powtórkę Fineasza i Ferba. Doszłyśmy do wniosku, może bardziej Róża, że jestem jak Fretka. Śmieję się nerwowo za każdym razem, kiedy Samuel jest w pobliżu; mam jasne włosy i niekończący się problem z młodszą siostrą. A Róża jest Stefą, bo Stefa nie jest obciachowa.
– Idziemy, Fretka – powiedziała i ruszyła w kierunku Justyny.
Kiedy jesteśmy Fretką i Stefą, świat wygląda zupełnie inaczej. Nie przejmuję się, że jestem nieco zbyt intensywna, kiedy próbuję nieśmiało zagaić. W końcu teraz jestem Fretką. Niestety, nasze małe oszustwo działa przez kilka minut, potem znowu przypominamy sobie, kim jesteśmy.
Kiedy Justyna mnie zauważyła, przyjrzała mi się badawczo. Chyba nieco ze strachem, bo szłam tym chodnikiem, jakbym miała zamiar za moment kogoś staranować. Jak wspominałam, Fretka w wydaniu Maliny jest bardzo wyrazista.
– Cześć – powiedziałam z wyszczerzem, który od tej pory nie mógł zejść mi z twarzy.
– Cześć… – powiedziała niepewnie.
– Co tam? – zapytałam.
– Czekam na kogoś – Justyna zrobiła krok w tył, ale natknęła się na ścianę. – Więc…
– Na nas – powiedziałam.
– Naprawdę? – zapytała z uśmiechem.
Nic się nie zmieniła. Jak zwykle przeurocza. Z przodu. Z tyłu, pod włosami, trzyma drugą twarz, zgrubiałą i ziemistą, która podpowiada, co złego można jeszcze dla świata zrobić.
– Wydaj jej towar, a przekażemy ci zapłatę – zachichotałam niskim głosem.
– Proszę – podała Stefie elegancką torebkę prezentową. – Wiesz, nic się nie zmieniłaś.
– Ty też nie. Chociaż… – zamyśliłam się. – Odmłodniałaś. Naprawdę. Dałabym ci przynajmniej trzy lata mniej.
To za śmianie się ze mnie na balu gimnazjalnym.
– Sto złotych – unikała mojego spojrzenia.
– Sto złotych? – wytrzeszczyłam oczy. – Sto złotych za używany stanik?
– Victoria’s Secret – wyjaśniła Stefa bez mrugnięcia okiem. – Warto. Nawet jeśli mamy go użyć tylko raz, w naszym przedstawieniu.
– Wystawiacie coś… – Justyna już chciała uśmiechnąć się z politowaniem.
Zapomniałam, że była gwiazdą szkolnego teatru. My nie mamy szans jej dorównać.
– W szkole – powiedziała Stefa. – Scenka o dziewczynach, które dokuczają sobie z powodu małego biustu. To będzie nasz główny rekwizyt.
Na twarzy Justyny zapanowała konfuzja. Dobrze.
– Musimy lecieć, obiecałam babci, że pójdziemy z nią po nową sukienkę do trumny – powiedziałam.
Większa konfuzja.
– Kolejną? – zapytała znudzona Stefa.
Jeszcze większa konfuzja.
– Do zobaczenia – powiedziałyśmy jednocześnie i zostawiłyśmy Justynę z dziwnym posmakiem w ustach, którego tak łatwo nie wypłucze.
Kiedy przechodziłyśmy obok mojego ukochanego sklepu z żelkami, wróciłam do bycia sobą.
– Dziwnie było – powiedziałam.
– No.
– Czy ty wyśmiałaś jej rozmiar piersi?
– Mhm.
– Masz taki sam.
– Dokuczała ci.
– Dzięki.