Panie i panowie,  zostałam zaproszona na randkę!
Prawie.
Bez zapowiedzi wpadł do nas Michał. A że miał przy sobie Samuela, postanowiłam, że pokażę się od jak najlepszej strony i szybko założyłam koszulkę z Flashem. Chyba jej nie zauważył.
Dowiedziałam się niedawno, że Samuel dołączył do teatru amatorskiego, w którym gra Michał. Teraz, dla odmiany, będą śpiewać. Jestem w niebie.
– Kawiarnia mojego wujka musi zwiększyć obroty – wyjaśnił Samuel. – A wszyscy lubią musicale.
– Mamy tylko kilka piosenek, znajdziesz nam coś? – zapytał  mnie Michał.
Był odpowiedzialny za repertuar. Ktoś tam najwyraźniej nie zna dobrze Michała i powierzył mu tak ważne zadanie, któremu nie może podołać. Nie narzekam, tylko na tym zyskuję.

A nie jest wiedzą tajemną, że uwielbiam musicale. Towarzyszą mi w każdej chwili. Utknięcie w korku można przetrwać, jeśli śpiewa się podczas niego pieśń Belli o pragnieniu lepszego życia. Stresującą sesję da się rozładować zwykłą Hakuną Matatą. Odkurzanie nie jest smutnym obowiązkiem, kiedy jest się Upiorem z Opery. Ale najbardziej uniwersalnym musicalem są „Nędznicy”. Trudno o moment w życiu, do którego któraś piosenka nie pasuje.
– Dlatego uważam, że „Nędznicy” powinni przewijać się przez cały spektakl.
– Nie jest to zbyt przygnębiające? – Michał podniósł swoją gęstą, czarną brew.
Zaśpiewałabym coś, ale ponieważ potrafię utrupić najprostszy utwór, lepiej, żebym tylko cicho zaprzeczyła.
– Malina ma rację, to może być ciekawe – wsparł mnie Samuel. – Ale trzeba będzie czymś napięcie rozładować… Może ten ostatni musical? – zwrócił się do Michała. – Ten, na którym się popłakałeś…
Michał nie umiał rzucać spojrzenia, którym można zabić, ale bardzo się starał.
– La La Land – wymamrotał po chwili.
– Właśnie – odparł zadowolony Samuel. – W sam raz.
– A… – zawahałam się. – Masz z kim śpiewać?
Miał.
A chciałam zaproponować mu Kingę. Kinga nie jest nim zainteresowana, więc w pełnym napięcia momencie piosenki nie rzuciłaby mu się spontanicznie w ramiona. A gdyby ona się mu miała podobać, już by chyba wykonał jakiś krok.
– Może chcesz przyjść na próbę? – zapytał. – Będę tylko z naszą reżyserką. Pięknie śpiewa.
A jednak. Podobam mu się.
Idę na randkę.
Prawda?
– Może znajdziesz tłumaczenia tekstów? – zaproponował Michał. – Lepiej chyba, żeby były po naszemu.
– Tak, jasne, pewnie.
Nie dość, że miałam wiszące od jakiegoś czasu zadanie „dołącz do trupy teatralnej”, którego nie mogłam od razu wykonać, to mogłam zaangażować się w pracę z Samuelem.
W randkę.

– Kinga! – powiedziałam nieco zbyt głośno, kiedy tylko wbiegłam do kawiarni. Tak, wbiegłam.
Przytulona para w kącie popatrzyła  na mnie z pretensją.
– Przepraszam, że przeszkadzam wam w miłej chwili z ukochaną osobą, ale nie każdego to tak często spotyka – odwzajemniłam pretensję.
Co mi odbiło.
– Wszystko w porządku? – zapytała Kinga.
– Mam randkę – powiedziałam tonem, jakbym znalazła lek na raka.
Kinga przyglądała mi się przez chwilę z niepewnością, po czym otworzyła szeroko oczy.
– Ty nie żartujesz.
– Może nieco wyolbrzymiam – usiadłam na stołku przy ladzie.
Kinga przetarła blat, po czym postawiła na nim czyste szklanki.
– Już wiem. Maciek do ciebie napisał, żebyś mu oddała książkę?
– Maciek? Fu. To już przeszłość. Zamknęłam ten rozdział, kiedy Samuel po raz pierwszy się do mnie odezwał.
Z uprzejmości nie odpowiedziała.
– Mam przyjść na jego próbę. Będzie śpiewał z jakąś dziewczyną.
Kinga prychnęła, po czym wzięła do ust kawałek ciastka owsianego.
– Czyli ta randka odbędzie się z obcą dziewczyną? – zapytała przeżuwając.
– Mniej więcej. Ale już nie będzie Michała, który by oceniająco na nas spojrzał. A po próbie pewnie gdzieś pójdziemy. Na pizzę. Nie. Nie na pizzę – wlepiłam wzrok w ciasto z rabarbarem kuszące mnie zza szybki. – Pewnie bym się ubrudziła. Może lody. Lody i spacer w świetle księżyca.
– Wiesz, że jeszcze o dziewiątej jest jasno? A w mieście ledwo niebo widać.
– Będziemy spacerować i będzie księżyc. Nie psuj mi randki.
– Jak chcesz – Kinga włączyła ekspres do kawy, chociaż nikt kawy nie zamówił.
Chyba próbowała mnie zagłuszyć.

Spotkaliśmy się na Patelni o dziewiętnastej. Często tutaj widuję przemykających znajomych z poprzednich szkół. Najczęściej jestem wtedy najgorszą możliwą wersją siebie. Dzisiaj wyglądałam jak trzeba. Założyłam na siebie sukienkę z kolekcji Wonder Woman – imitującą jej zbroję, ale subtelnie. Wydałam na nią zarobek z dwóch zleceń, ale było warto. Chciałam pokazać klasę i kobiecość, będąc jednocześnie sobą.
Ta.
Przynajmniej teraz Szłam z najpiękniejszym mężczyzną na tej planecie. Wysokim, z zaczesanymi do tyłu włosami sięgającymi do połowy szyi, ciele o zapachu świeżego popcornu… I nikt nie robi nam zdjęć. Dlaczego?

Kawiarnia dzisiaj zamykała wcześniej. Było to spore miejsce. Dwie przytulne sale przedzielone rozsuwaną ścianą, dzięki której, kiedy trzeba, tworzyło się jedno, duże pomieszczenie. W centralnym miejscu królowała  niezbyt wysoka scena.
– Cześć! – powiedziała krągła dziewczyna w koszulce z Hulkiem. – Jestem Jagoda.
Jagoda. Ciekawe.
Podałam jej rękę, wnikliwie dziewczynę analizując.
Zadarty nos, w połowie uczesane blond włosy, pulchne paluszki.
Nie, nie, nie, nie.
Spodziewałam się pięknej istoty, która będzie na tyle nierealna, że Samuel nawet nie pomyśli, żeby się w niej zadurzyć. A teraz? Teraz muszę konkurować ze zdolniejszą wersją mnie. Z dziewczyną, która potrafi śpiewać. Ich nie ominie żadna romantyczna piosenka. Oni będą wspólnie śpiewać swoim dzieciom.
– Malina – uśmiechnęłam się niemrawo.
Jagoda nie zaśmiała się z naszego podobieństwa. Ja też nie. Byłam zbyt zajęta badaniem każdego jej oddechu. Ona mojego.
A więc byłyśmy tu z tego samego powodu.
Cóż, ona jeszcze chciała wystąpić i zaprezentować swój piękny głos publiczności. Ale i tak wszystko sprowadza się do Samulea. Lub nie.
– Zaczynamy? – zapytała Jagoda patrząc się na mnie. – Rozgrzałeś się już?
Próbowała brzmieć kusząco, a brzmiała, jakby się przejadła. Myślałam, że tylko ja tak potrafię.
– Jak zwykle – odparł niepewnie.
Przez większość próby wpatrywałam się w Jagodę. Ona także nie spuszczała ze mnie wzroku. Starałam się jak najmniej mrugać. Hannibal w filmie nie mrugał i wyglądał złowieszczo.
– To teraz… „Nędznicy” – Jagoda zerknęła na kartkę z tekstem. – Brakuje nam jednego głosu.
O, tak. Właśnie w ten sposób chciałam się upokorzyć.  
„Kozeto, jak pięknie masz na imię”. „Ojej, wiem”. „Kocham cię”. „Ja ciebie też”. Wydawane przez nich dźwięki tylko potwierdzały ich słowa. I wtedy włączałam się ja, skrzecząc, że on mnie nie kocha, a ja go tak.
To chyba była prawda.
Bo tak jak wcześniej uważałam Samuela za cud natury i mężczyznę moich marzeń, tak teraz byłam w nim naprawdę zakochana.
I raczej bez wzajemności.

Kiedy wyszliśmy, było już po dziesiątej. Księżyc wisiał smutno na niebie, wiedząc, że dzisiaj po nic nam romantyczna atmosfera.
– Może chcesz jeszcze raz pójść ze mną na próbę? – zapytał Samuel, kiedy wyszliśmy z autobusu.
I co jeszcze. Nie będę pilnować Samuela. Jeśli będzie chciał Jagodzić, to nie mam nic do powiedzenia.
– Wolałabym zobaczyć już sam występ – odparłam niepewnie.
Samuel się zacukał.
– Myślałem, że będziesz chciała zobaczyć Jagodę.
Bo obie jesteśmy spasione i nie potrafimy uwodzić mężczyzn?
– No wiesz… – spojrzał na mnie znacząco.
– Nie wiem – prawie się potknęłam o krawężnik.
– Widziałem, jak na siebie patrzycie – wymamrotał. – Nie chcę, żebyś czuła się niekomfortowo, po prostu pomyślałem, że…
Miotał się tak i miotał, a ja dopiero po chwili zrozumiałam.
– Bardzo do siebie pasujecie – dodał drapiąc się po nosie.
To jest już wyższy poziom friendzone’u.
– Ona woli Marvela – wyjaśniłam, kiedy mózg postanowił ponownie odpalić. – Trudno polubić taką osobę.
Chyba to kupił.
Przechodziliśmy właśnie obok stawu. Jeszcze chwila i będziemy pod domem. Czyli to by było na tyle.
A ja posmarowałam przed wyjściem nogi kremem, żeby ładnie lśniły. Po co ja się staram.
– Szkoda, że nie będziecie tańczyć do tej ławkowej piosenki z La la landu.
– Też żałuję – pokiwał głową.
– Tłumacząc dla was, nauczyłam się jej na pamięć – przyznałam, chyba chcąc mu tym zaimponować. – Znam też układ. Mniej więcej. Więc wiesz, gdybyście potrzebowali dublerki i byli bardzo, bardzo zdesperowani, to jestem – pokraczne wdzięczenie się nie miało końca.
Samuel spojrzał na mnie z cwanym uśmiechem.
Zaczął śpiewać.
Nie wiedziałam, co zrobić.
Przecież ja nie mogę z nim zaśpiewać, ile razy mogę się dziś upokorzyć.
Ale on zaczął podrygiwać. O rany, jak on się pięknie rusza.
Nie mogę go zostawić wiszącego bez zakończenia piosenki.
Zaczęłam.
O dziwo, nie przeszkadzało mi, że nie potrafię. To było jak miła rozmowa.
Wykonywaliśmy krok za krokiem. Usiedliśmy na ławce, wstaliśmy, zeskoczyliśmy, nie wierzę, ja tańczę.
Te wieczory spędzone tylko z Thorem i szybkim internetem się opłaciły.
Udawanie, że umiemy stepować, w dodatku na nierównym chodniku, było niezwykłe. Nawet nie przeszkadzało mi, że wyprowadzający psy na spacer ludzie się nam przyglądali. Niech patrzą, w końcu niecodziennie biorę udział w aktywności fizycznej. Z chłopakiem.
Co prawda trochę się podeptaliśmy, czasem nawet nasze łokcie trafiały w czułe miejsca, ale co to by była za miłość, gdyby nic nie bolało.
Dzisiaj po raz pierwszy od dawna nie zjem lodów z rozpaczy. Może nawet w ogóle nie zjem już dzisiaj lodów.