„Uratuj komuś życie”.
Ten słój robi się coraz bardziej absurdalny. Może nie 
byłby, gdybym nie musiała wykonać każdego zadania niemal od razu. A teraz muszę szukać kogoś umierającego, żeby mu to życie uratować. Czy w ogóle umiem to zrobić?
Na razie próbowałam dostać się do domu. Wychodząc do babci, zapomniałam kluczy, a moja rodzina w sobotnie popołudnie najwyraźniej woli udawać, że życie ma sens i odwiedzać znajomych. Co ja teraz mam zrobić? Przecież nie mogę się wspiąć po ścianie, żeby dostać się na balkon.
Czy n
a pewno nie mogę…?
Malina, opanuj się, to nie film. Już widzę, jak po pięciu sekundach wspinaczki ląduję na czterech literach z echem tak głośnym, że okoliczne psy zaczynają ujadać. Albo jak zablokuję nogę między ścianą a rynną i pomaga mi zejść dopiero zdezorientowana policja. A potem trzeba mi amputować nogę, bo zbyt długo krew nie dopływała. W każdym razie Róża była na wycieczce szkolnej, więc klucze mieli jedynie rodzice. Ci wspaniali rodzice siedzieli właśnie u Gai na imprezce, sto lat świetlnych ode mnie. Ale jeśli chcę jeszcze dzisiaj obejrzeć finał „Supernatural”, muszę się do nich wybrać. Właśnie rozsiadłam się w tramwaju, kiedy dostrzegłam Hiacyntę. Pomachałam jej, ale ona mnie nie zauważyła. Za to zauważyli inni pasażerowie, co postawiło mnie w dosyć niezręcznej sytuacji. Musiałam teraz do niej podejść i stracić swoje miejsce w cieniu, tylko po to, żeby nie zostać dziwaczką machającą do zgrzanych pasażerów.
Hiacynta uśmiechnęła się na mój widok, więc chyba nie uniknęła mojego machania specjalnie.
– Też idziesz na noc muzeów? – zapytała.
– To dzisiaj? – zmarszczyłam brwi.
Czyli kolejka na komendę główną nie była spowodowana gwałtownym wzrostem liczby kryminalistów. A już miałam nadzieję, że uszyję sobie strój superbohatera i będę pomagać policji zrobić to, czego oni nie potrafią. To, że nie mam
żadnych zdolności, bo ani nie potrafię walczyć, ani też nie jestem wielkim mózgiem rozgryzającym wszelkie zbrodnie, nie ma przecież żadnego znaczenia.
– Idziemy z Zosią, jak masz czas to może wybierzesz się z nami?
Finał sezonu, czy wyjście z rówieśnikami? W domu mam lody… Ale z dziewczynami też mogę pójść na lody i będę mieć więcej smaków do wyboru. Tylko że trzeba będzie tam chodzić. Decyzje, decyzje…
– Jasne – odparłam.
Zadzwoniłam po Kingę, żeby dołączyła. Zjawiła się właśnie kiedy byłyśmy w połowie kolejki do Narodowego.
– Bilety naprawdę nie są drogie, może nie trzeba tracić godziny na stanie w palącym słońcu? – zapytała.
Też się nad tym zastanawiałam.
– Wtedy nie ma klimatu – wyjaśniła Zosia. – Poczekajcie aż będzie ciemno, wtedy zobaczycie dlaczego warto.
Kiedy byłyśmy blisko wejścia, doskoczył do nas Michał. Dosłownie doskoczył. Ten facet nie potrafi się kulturalnie przywitać. Tuż za nim stał Samuel.
– Dzięki za trzymanie nam miejsca – powiedział Michał.
– Nie trzymałyśmy – odparłam. – Idź na koniec.
Chociaż chciałam, żeby Samuel poszedł z nami, nie mogłam pozwolić, żeby pomyślał, że mi zależy. Tak to działa, prawda?
– Nie bądź okrutna – powiedziała Hiacynta. – Jest upał, skoro i tak się wystałyśmy, to mogą do nas dołączyć.
– Michał – podał jej rękę.
Równie dobrze mógłby powiedzieć „postrach ładnych dziewczyn”. Znoszę Michała, bo lubimy podobne książki i seriale, a żaden komiks mu nie straszny, jednak w relacjach międzyludzkich przyjmuje rolę błazna, który potrafi rzucać głupimi żartami i nawiązaniami do Star Treka. Nikt normalny nie lubi Star Treka.
– Hiacynta – moja nowa koleżanka odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się miło.
Mówiłam już, że jest niezwykle sympatyczna? W ogóle po niej nie widać, że brzydzi się Michała. A nie uśmiechała się tak, kiedy witała się z Samuelem, czyli wie, kto bardziej potrzebuje otuchy. Wspaniała dziewczyna. 

Już w połowie zwiedzania moje nogi błagały o litość. Nie dzisiaj, drodzy towarzysze w niedoli. Trzeba trochę pooddychać tą młodością. Ponieważ muzeum zabrało nam więcej czasu, niż powinno, umieraliśmy z głodu. A nasza grupa nie jest z tych, co zjedzą batona z suszonych owoców i mogą przez następne czternaście godzin podbijać świat. Ruszyliśmy coś zjeść do wegańskiej knajpy, którą Hiacynta gorąco polecała.
– Te kotlety są lepsze, niż z mięsa – powiedział Michał wcinając burgera.
– Też tak myślę – Hiacynta wyraźnie się ucieszyła.
Jeszcze wczoraj Michał śmiał się, że każdy park to wegańska restauracja. Teraz smakował mu kotlet z soczewicy. Hiacynta jest naprawdę miła udając, że mu wierzy.
Ponieważ się zasiedzieliśmy, poszliśmy prosto do ogrodu botanicznego. Był już późny wieczór. Może to będzie ten moment, kiedy Samuel natchniony zapachem pięknych kwiatów i olśniony blaskiem księżyca czy chociażby sztucznego oświetlenia zrozumie, że jestem tą jedyną? Niestety kiedy już wchodziliśmy, dostrzegłam, że do bramy zmierza też Maciek.
Z jakąś dziewczyną.
Co, co, co. Nie rozumiem. Zupełnie jakby
Warszawa kurczyła się z każdym dniem. Naprawdę nie zgadzam się na obecność byłych chłopaków w miejscach publicznych. Szczególnie kiedy wyglądam… Cóż, nie tak jak dziewczyna, która z nim szła. Nawet stąd czułam zapach jej kobiecych perfum. Rozkosznie potrząsała włosami, które z pewnością lśnią, gdy świeci słońce. Cóż, po ciemku mnie nie zauważy. Bo w ogrodzie panowała oblepiająca nas ciemność. Tylko trasa wycieczki oznaczona była drobnymi światełkami, ale pozostawało wiele dróg bez oświetlenia, w których pewnie się coś czaiło. Może jednak będę mieć szansę kogoś uratować. Albo ktoś będzie mógł uratować mnie.
Czy to dobry moment, żeby przypadkowo swoją dłonią musnąć dłoń Samuela? Będzie niezręcznie, jeśli zorientuje się, że jest to przypadek mocno kontrolowany. Cóż, może jednak lepiej sobie to darować. Niech on się stara, nie ja. Chyba że on nie ma zamiaru się starać. Może posiedzę w mroku pod drzewem i w spokoju poszlocham.
Kiedy byliśmy naszą grupą na ścieżce całkiem sami, jeden z krzaków zaczął się ruszać. Wszyscy zgodnie nachyliliśmy się nad nim.
– Co tam jest? – zapytała Hiacynta, nieco przybliżając się do Michała.
Miło, że rozumie, że dzięki temu może mu wzrosnąć poczucie własnej wartości.
Wpatrywaliśmy się w milczeniu jak krzaki się trzęsą i trzęsą. Nawet latarki z telefonów nic nie dały, nie mogliśmy namierzyć źródła zamieszania.
– Tak zaczynają się horrory – powiedziałam, podświetlając swoją twarz.
– Może znajdziemy tu zwłoki? – zapytał Michał radosny na myśl, że weźmie udział w policyjnym przesłuchaniu.
– Jeśli to horror, to prędzej ktoś znajdzie nasze zwłoki – Samuel spojrzał na niego spode łba.
– A od kiedy zmarli się ruszają? – zapytała Kinga.
– Może to ostatnie podrygi zmarłego? – zaproponowała Zosia chowając się za naszymi plecami.
– Albo jeż – Hiacynta wskazała nam wychodzące zza krzaków zwierzę.
– Albo pułapka – powiedział Michał rozglądając się.
– Chciałbyś – Hiacynta odpowiedziała mu z uśmiechem, który on odwzajemnił.
Chyba trochę przesadza z tym byciem miłą, bo już się od Michała nie odgoni.

W końcu już absolutnie zboczyliśmy z oświetlonej drogi, więc mieliśmy trzy możliwości – iść wyżej, niżej, albo starać się odnaleźć właściwą ścieżkę. Zdania były tak podzielone, że ja skończyłam z Zosią, idąc z górki. Byłam na tyle głupia, że nie poczekałam, aż Samuel powie, gdzie chce iść, żebym mogła się przyłączyć. A przecież nie mogłam potem zmienić zdania, bo by się wydało, że chcę iść z nim. Dlatego to Kinga szła z Samuelem, a Hiacynta z Michałem. No i pięknie. Życzę im wszystkim szczęścia. Może wezmą podwójny ślub. Zamieszkają obok siebie. Ich dzieci będą się razem wychowywać. Będą nawet jeździć… Nie, chwila, w tym wieku to raczej się jeszcze ślubów nie bierze. Najwyżej idzie się razem na wesela innych. Cóż. Dobrze, że mam mało znajomych i nikt mnie na takie wydarzenia nie zaprasza, to nie muszę się martwić o partnera, którym Samuel z pewnością nie będzie. Najwyżej babcia by mi pomogła kogoś znaleźć.
– Widziałaś, jak oni się do siebie kleją? – Zosia zaśmiała się, patrząc uważnie pod nogi.
Czyli to już pewne, Samuel mnie nie chce.
– Hiacynta rzadko kiedy tak się zachowuje przy chłopaku.
Czekaj, czekaj.
– Mówisz o Michale? – wydusiłam.
– Przecież nie tylko ja widzę te serduszka unoszące się między nimi? – podniosła głos z ekscytacji.
– Masz rację – powiedziałam trochę do siebie.
Nie jest dobrze. Niech ktoś to zatrzyma. Szybko. Mój skrzywiony psychicznie przez toksyczną krakowską rodzinę kuzyn ma być teraz obiektem miłosnym Hiacynty? Bystrej, zabawnej i jedzącej więcej, niż ja Hiacynty? No nie. Nagle Zosia pisnęła i przewróciła się, przez kilka sekund staczając się z górki. Kiedy do niej dotarłam, trzymała się za kostkę.
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
– Chyba ją skręciłam.
– Możesz iść? – podałam jej rękę.
– Auu – jęknęła, kiedy stanęła na drugiej nodze. – Obie bolą.
Jeśli bym ją zostawiła, idąc po pomoc, mogłoby jej się coś stać. To jest ta chwila. Teraz mogę uratować komuś życie.
– Wskakuj mi na plecy, zaniosę cię.
Nie wahała się długo i w chwilę stała się moim plecakiem. Wyglądała na przyzwyczajoną do takiego stanu rzeczy, w końcu jest dosyć mikroskopijna. W sumie dobrze, że to ona skręciła kostkę, bo w odwrotnej sytuacji musiałabym się czołgać, żeby dojść do wyjścia.
Ponieważ moja kondycja jest nieco nieistniejąca, już po kilku krokach ciężko sapałam.
Dasz radę. Ratujesz komuś życie. Kto wie, co czyha w tych 
ciemnościach? Weszłam na oświetloną ścieżkę. Wdech, wydech, wdech… zginę marnie. Nagle na horyzoncie zobaczyłam ławkę. Niestety, zanim zdążyłam do niej doczłapać, usiadła na niej jakaś para, korzystając z uroków mroku, zlepiła się ze sobą. Dobra, czas szukać… Czy to Maciek?
Wpatrywałam się w całuskującą parę tak intensywnie, że nie zauważyłam małego wzniesienia, które pojawiło się przed moją stopą. Więc oczywiście, zgodnie z pierwszym prawem upokorzenia przed byłym chłopakiem, musiałam polecieć na twarz, lądując podwójnie boleśnie, bo z ładunkiem na plecach.
Wspaniale. Naprawdę wspaniale.
Szybko dobiegła do nas Kinga z Samuelem. Skąd oni wiedzieli, że ten huk to moje ciało uderzające o ziemię, zostawię w szufladzie z pytaniami niepotrzebującymi odpowiedzi.
– Co się stało? – zapytał Samuel pomagając mi wstać.
– Kinga, bierz Zosię na plecy, ratuj jej życie – wysapałam ostatkiem sił.
– Ja mogę wziąć…
– Nie, to nasze zadanie – przerwałam mu.
Kinga szybko złapała obolałą Zosię.
– Teraz wychodzimy, musimy przynajmniej dojść do jakiejś latarni, wtedy misja będzie zaliczona – ponagliłam ich.
Ponieważ czułam pulsujący ból w kolanie, żenująco kuśtykałam.
– Poczekaj, przynajmniej pomogę ci iść – powiedział Samuel obejmując mnie w talii i kładąc moją rękę na swoim ramieniu, które było trzy metry nade mną.
Nie było to zbyt wygodne, ale niesamowicie satysfakcjonujące.
– Co się właśnie wydarzyło? – usłyszałam za plecami dziewczęcy głos.
Aż zapomniałam, że Maciek i jego dziewczyna tam są. Ale teraz to mnie w ogóle nie interesowało. Szłam jak pod koniec filmu akcji, gdy poharatany główny bohater odchodzi z atrakcyjnym obiektem miłości. Może tak być.
– O nie, krwawisz– Samuel spojrzał z niepokojem na dużą plamę na moich jeansach.
Nie powiem mu, że pękła mi saszetka z noszonym przeze mnie ketchupem „na wypadek, gdybym niespodziewanie jadła frytki”.
– Zaraz się zagoi.