Mama zapisała mnie na weekendowe warsztaty „jak wzmocnić swoją siłę woli”. Subtelnie, mamo.
Zaczął padać śnieg, jak to w kwietniu bywa, więc uznałam, że trzeba cieplej się ubrać.
– Mogę iść w tej czapce? – zapytałam mamę, która teraz czytała na swoim wielkim, królewskim fotelu.
– Pewnie, dlaczego nie? – prawie nie oderwała wzroku od książki.
– Ostatnio powiedziałaś, że wyglądam jak niepełnosprawna umysłowo, jak założyłam inną, wolę się upewnić.
– Najwyraźniej tak było – spojrzała na mnie badawczo. – W tej możesz iść. Wyglądasz prawie normalnie.
To musi mi wystarczyć.

Ale oczywiście nie może być mi za dobrze. Róża w końcu zakończyła swój sezon fochowy i przypomniała sobie o słoiku. Coś za coś. Nasze nowe zadanie, „zrób sobie tatuaż”, nie napawało mnie radością. Dopiero co udało mi się do końca wypłukać zielony kolor z włosów, a już mam wrócić do podejmowania bezsensownych decyzji. Jasne, mogłabym sobie zrobić jakiś inspirujący cytat, chociażby z Doctora Who, ale nie będę wykręcać się z bólu przed obcym facetem. Właściwie przed znajomym też jakoś dziwnie by było. 
Warsztaty zaczęły się o dziesiątej. Była dziesiąta, kiedy wyszłam z domu. Mama była przekonana, że to na jedenastą, a nie mogła mi o nich wcześniej powiedzieć. Pewnie, jej jest wszystko jedno, to nie na nią wszyscy spojrzą, kiedy zdyszana wleci do sali.
W tramwaju stałam nad jakimś mężczyzną i nerdziłam w telefonie. Nagle ten mężczyzna podniósł głowę, po czym zerwał się z siedzenia.
– Proszę – powiedział do mnie.
Czy on myśli, że jestem w ciąży? Że niby gdzieś między świeżo trawioną kanapką z hummusem i kończącymi swoją przygodę płatkami jest gdzieś jeszcze dziecko. Jakbym nie cierpiała wystarczająco, że mama pozwoliła mi zjeść dzisiaj tylko wafle ryżowe w ramach międzyśniadaniowej przekąski. Chociaż mam na sobie tę kurtkę, która nie schlebia mojej figurze.
Żeby uniknąć niezręcznej sytuacji, kiedy miotam się w tłumaczeniach, że jestem zwyczajnie gruba, usiadłam trzymając się za brzuch i przy okazji stęknęłam. To stęknięcie było akurat przypadkowe, ale wpasowało się idealnie.
Sprawdziłam program zajęć, który mama mi przesłała. Szczęśliwie dotarłam na miejsce w trakcie mini wykładu, już po grze integracyjnej. Nie rozumiem, dzień warsztatów i potrzeba integracji? Rozejrzałam się po sali przepełnionej chybotliwymi krzesłami i uczestnikami siedzącymi na ich skraju, żeby się nie przewrócić. Jestem ciekawa, kto tutaj przyszedł z własnej woli, a kto został wysłany przez kogoś bliskiego, żeby rzucił palenie czy wreszcie schudł.
Chyba że to tylko ja.
Zajęłam miejsce obok blondynki pachnącej słodkimi perfumami. Może jeśli będę długo obok niej siedzieć to tym zapachem przesiąknę. I stanę się prawie tak dziewczęca, jak ona. Zacznę nosić sukienki ze sznurowanym dekoltem, opaski z kwiatami i będę wstawiać zdjęcia jedzenia na Instagrama. Kiedyś próbowałam sfotografować swoje śniadanie, bo było wyjątkowo atrakcyjne, ale dopiero kiedy wysłałam je Kindze, zorientowałam się, że talerz jest pusty. Mnie chyba nic nie pomoże.
– Teraz poproszę państwa o dobranie się w grupy. Mam nadzieję, że nasze zadanie z początku ułatwi państwu konwersację – powiedziała prowadząca warsztaty kobieta w obcisłym, szarym kostiumie, który podkreślał jej wyrzeźbione ciało. 
Rozejrzałam się dookoła. Kilka osób popatrzyło na mnie, a może na dziewczynę obok i ruszyło brodą, dając tym chyba do zrozumienia, że pracujemy razem. Dobrze, proszę bardzo, nie tłoczcie się tak.
Usiedliśmy w piątkę. Trzy dziewczyny, jeden chłopak. I ja.
Nasz temat to „BMI a siła woli”. Czyli czy bycie grubasem oznacza, że jest się życiową porażką. Chyba nie. Chociaż w sumie nie wiem, spóźniłam się.
– Dobra, ktoś ma coś do powiedzenia? – zapytała pachnąca dziewczyna, przeżuwając gumę.
Cisza.
Szczęśliwie po kilku chwilach dziewczyna z fryzurą na pazia postanowiła zabrać głos.
– Mogę się jedynie odnieść do własnego doświadczenia, bo jak się możecie domyślać, całe życie jestem na diecie.
Ewidentnie skutecznej, bo jej nogi były takiej samej szerokości, co moje ręce.
– Oczywiście nigdy nie udaje mi się odpowiednio odchudzić. Dlatego ciągle szukam czegoś nowego. Kiedyś udało mi się schudnąć osiem kilo. Potem przytyłam dwanaście – uśmiechnęła się smutno. – Ale też zrzuciłam. I znowu zyskałam.
– Znam to – powiedziała kobieta z intensywnie wystającymi kośćmi policzkowymi.
Nie wyglądało to na robotę Matki Natury. Chyba że jakaś pani chirurg tak się nazywa. Jeśli nie, to zdecydowanie powinna.
– Nie mogę odpowiednio schudnąć, chociażbym bardzo chciała. Bardzo.
Ta kobieta była szczupła. Naprawdę szczupła. Chyba że patrzę na świat przez filtr grubasa i każdego człowieka, który jest lżejszy ode mnie, nazywam chucherkiem. Nie, nie jestem moją babcią.
– Ja chcę schudnąć przed ślubem – powiedziała blondynka.
Bo jej sukienka komunijna i ślubna to ta sama kreacja? Co jest?
– Ja schudłem trzydzieści kilo – powiedział chłopak.
Dziewczyny niemal zaczęły bić brawo. Chłopak podzielił się swoją smętną historią o byciu grubasem, który je dwa i pół śniadania dziennie i zasypia
z dłonią w paczce chipsów. 
Bla, bla, bla. Swoją drogą, jak można nie zjeść chipsów przed drzemką?
Kiedy skończył, wszystkie spojrzenia skierowały się w moją stronę. Miałam wrażenie, że czekają, aż opowiem ile nieudanych diet mam za sobą i dlaczego tak się spasłam. Ale może nie patrzą na świat jak moja mama i nie postrzegają mnie jako osoby skrajnie otyłej.
Chyba nie.
Powiedziałam im, że mam problemy zdrowotne, przez co nienaturalnie puchnę, a oni pokiwali głowami ze zrozumieniem. Ze zbyt dużym zrozumieniem, niż powinni. Cóż.
Zanim przeszliśmy do publicznego dzielenia się refleksjami, zaproszono nas na przekąskę. Na stole znajdowały się miski z warzywami. Było też i ciasto. Nie jestem wybredna, więc spróbowałam wszystkiego po trochu.
W końcu przerwa się skończyła i stanęliśmy przed grupą. Wszyscy powiedzieli to, co wcześniej. Nagle spojrzeli na mnie, oczekując, że ja też się udzielę. Tylko co ja tam im nagadałam?
– Jak byłam w brzuchu mamy, zjadłam mojego bliźniaka. Od tej pory nie mogę przestać jeść – próbowałam zażartować.
Cisza na sali.
Dobra, najwyraźniej włączyłam tryb absolutnej kompromitacji. Może lepiej będzie, jeśli pójdę tym tropem i udam, że robię to specjalnie  .
– Nigdy nie próbowałam tego powstrzymać, więc jako naczelny grubas tej grupy nie mogę pokazać na moim doświadczeniu, czy BMI i siła woli są skorelowane. Uważam, że dopóki potrafię o własnych siłach wstać z fotela i nie zabrać go ze sobą na pośladkach, mogę spokojnie sobie jeść. Ale już nie dzieci. Nawet gdybym chciała, nie za bardzo miałabym skąd takie dziecko wziąć. Ciastka są lepsze. Uważam, że wszyscy powinni je bez wyrzutów sumienia jeść. Żeby dzieci mogły dalej żyć. Więc. Tak. Dziękuję. Smacznego.
Prowadząca nie wiedziała, gdzie oczy podziać. Szybko zaprosiła kolejną grupę. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, po chwili przesuwania się w stronę stołu chyłkiem zwinęła kawałek ciasta.
Powinnam zostać mówcą motywacyjnym.

– I co, nauczyłaś się czegoś? – zapytała mama z nadzieją w głosie, kiedy wróciłam.
– Tego, że muszę się w końcu zbuntować – trzasnęłam drzwiami od swojego pokoju.
Szczęśliwie miałam w szufladzie hennę. Zrobiłam sobie na nadgarstku pyszczek Thora z opaską Odyna. A przynajmniej taki miałam zamiar. Wyszedł nieco niezrównoważony kurczak. Dobre i to, w końcu jestem buntowniczką.