Tak się nieszczęśliwie złożyło, że ferie mam z Różą jednocześnie. Kiedy już obie miałyśmy nadzieję, że wreszcie nie będziemy musiały ze sobą gdzieś jechać, mama pozbawiła nas wszelkich złudzeń. A wszystko przez to, że pochwaliłam się, że zdałam egzaminy. Mogłabym włączyć piosenki z bajek, żeby przez następne trzy dni mama nie wchodziła do mojego pokoju i udawać, że uczę się do poprawki. Ale oczywiście, musiałam się pochwalić. Święto narodowe, Malinie wreszcie coś się udało. Limit szczęścia na ten miesiąc wyczerpany.
– Trójmiasto? – zaproponowała Róża.
– A mają tam pączki?
Róża nie była pewna, czy żartuję, czy nie. Ja właściwie też nie wiedziałam.
Na centralnym przypadkiem spotkałyśmy Paulinę, więc z rozpędu kupiłyśmy bilet też dla niej. Róża wybrała hostel, Paulina zaplanowała atrakcje. Mnie pozostało wybrać miejsca z dobrym jedzeniem.
Zamiast walizki wzięłam plecak, ponieważ dzięki temu czułam się jakbym wyruszała na wielką przygodę, a nie na wyjazd z miasta do miasta. Mam tak wielkie stopy, że gdybym do tego zdjęła buty, można by mnie pomylić z Bilbo.

Zaspałyśmy z Różą i byłyśmy pewne, że spóźnimy się na pociąg, ale ponieważ miałyśmy jechać TLK, to pociąg spóźnił się na nas. W naszym przedziale siedział już typowy Sebek ze słuchawkami większymi od jego głowy, z których głośno przebijał się rap. Po chwili dołączyła do nas zgrabna blondynka. Dzięki niej Sebek porzucił słuchanie muzyki i zajął się próbą nawiązania kontaktu z dziewczyną.
– Daleko jeszcze? – zapytała przysypiająca Róża.
– Dopiero ruszyliśmy.
– To dobrze… Masz czas na zadanie ze słoika – wymamrotała, kładąc głowę na moim ramieniu.
Róża czeka, aż się potknę. Ale ja jej nie dam tej satysfakcji. Chociaż udawanie osoby z innego kraju może stać się niezręczną tragedią w zaledwie kilka chwil.
Na następnej stacji dosiadła się do nas zakonnica. Teraz nasz przedział wyglądał już jak początek dowcipu.

Zatrzymałyśmy się w niewielkim hostelu w Sopocie. Wszystko było wspaniałe. Pokój był przewiewny, co przy minusowej temperaturze z pewnością nas zahartuje. Trzy piętra do pokonania za każdym razem, kiedy wracamy do pokoju, pobudzą mój układ krwionośny. A łazienka dzielona z mężczyznami, którzy nie wiedzą, czym jest wstyd, nauczy mnie życia.
Co za wyjazd.
Najpierw pochodziłyśmy po Monte Cassino. Po obiedzie z deserem, naprawdę dobrym, czekoladowym deserem, Paulina wyraźnie się zaczęła nudzić.
– Musimy coś fajnego zrobić – powiedziała Paulina, kiedy wyszłyśmy z ogrzewanej restauracji.
– Co proponujesz? – wymamrotałam, wiedząc, że nic dobrego z tego nie wyjdzie.
– Hm… – zamyśliła się, przykładając sobie dłoń do skroni jak profesor X. – Klub.
– Róża ma tylko szesnaście lat – szybko zaoponowałam. – Mama będzie wściekła.
– Coś ty, mama… – zaczęła Róża, ale kiedy nadepnęłam na jej bananowe buty, zrozumiała. – W sumie racja, mama by się złościła.
– No to spacer, chodźmy – powiedziała Paulina nie czekając na nasz sprzeciw.
Szłyśmy plażą, szczelnie pozamykane w swoich kurtkach. To miejsce zdawało się nie widzieć słońca od dekad, już od samego stania na oblodzonym piasku można było zamienić się w Yeti.
– Może wrócimy? – zapytałam. – Zimno już.
– Coś ty, zaraz się rozgrzejemy. Przecież nie przyjechałyśmy zwiedzać hostelu.
Nawet armia Napoleona została pokonana przez mróz, Paulina nie może być bardziej wytrzymała niż ludzie samego Napoleona.
A jednak.
Wieczorem poszłyśmy do kina. W Gdańsku, bo czemu nie. Film skończył się na tyle późno, że albo zdążymy na autobus za chwilę, albo będziemy czekać pół godziny na następny. Nie mam ochoty zamarznąć w obcym mieście. A do tego musimy zjeść kolację. Potem dziewczyny odmówią jedzenia, bo nie spalą go przez sen i ja będę musiała wcinać kanapki po kryjomu.
– Idziemy! – krzyknęłam, kiedy od przystanku dzieliły nas długie pasy. Ruch nie był duży, więc mogłyśmy zaryzykować.
– Jest czerwone – powiedziała Róża.
– Inaczej nie zdążymy.
Kolacjo, nadchodzę.
Złapałam Różę za pasek od torebki i ruszyłam. Jednak Róża była szybsza i to ona ciągnęła mnie. Nagle niemalże znikąd pojawił się rozpędzony rower, który prawie mnie potrącił.
– Jak chodzisz? – krzyknął rowerzysta.
– Przepraszam, ja z Warszawy! – krzyknęłam i pobiegłam dalej.
Autobus już jechał.
Po kolejnych trzech podskokach musiałam się zatrzymać, żeby z kolejnym ciężkim oddechem nie wyzionąć ducha. Wystarczy, że dziewczyny będą biegły przodem
i przytrzymają mi drzwi.
– Malina, ruszaj się! – zawołała Paulina z oddali.
Kolacja, kolacja.
– Udało się! – krzyknęłam, kiedy tuż za mną zamknęły się drzwi. Przytrzasnęły mi co prawda plecak, ale to była już drobna niedogodność.
Po powrocie zignorowałam jakiekolwiek zasady podstawowej higieny i nie zdejmując kurtki, przykryłam się kołdrą i czekałam, aż będę w stanie poczuć wszystkie dziesięć palców. Jak najdłużej odwlekałam mycie się, żeby nie musieć z nikim się witać. W hostelach zwykle są młodzi ludzie, więc głupio powiedzieć do nich „dzień dobry”, ale zwykłe „cześć” też jest nieco dziwne, przecież się nie znamy. Zwykle coś mruczałam pod nosem, ale chyba nie na tym polega dorosłość.
Kiedy zamknięta w pachnącej odświeżaczem powietrza kabinie myślałam, że nikt mi dziś nie przeszkodzi, ktoś otworzył drzwi do łazienki. Otwierał drzwi do pryszniców
i zamykał. Może to jakiś łazienkowy potwór.
– Czy ten prysznic jest zajęty? – zapytał mnie półnagi chłopak, kiedy wyszłam z toalety.
Patrzyłam się na jego łysą klatę nie wiedząc jak zareagować. Był goły. A ja przed chwilą byłam w toalecie. Już nie wiem jak wygląda prywatność.
– Jest zajęty? – powtórzył pytanie.
– No ablo poloneso – wydukałam i miałam nadzieję, że przypomina to hiszpański.
Chłopak uśmiechnął się zadał mi jakieś pytanie w tym języku. Może gdybym kiedykolwiek się go uczyła, miałabym jakieś szanse na sukces.
– Si. No. Momento, por favor.
Szybko umyłam ręce i zabrałam swoje rzeczy z wieszaka obok prysznica. Chłopak zadał mi kolejne pytanie. Chyba pytanie, bo równie dobrze to mogło być jakieś oskarżenie.
– Je suis polonaise – przypomniałam sobie sformułowanie z francuskiego, ale średnio wcelowałam. – Non, francais. Je soy loco – zaśmiałam się nerowowo i uciekłam.
Tam był goły facet! – powiedziałam cicho, kiedy wróciłam do pokoju.
– Zrobił ci coś? – zapytała Paulina, która ćwiczy kickboxing i ciągle szuka okazji to sprawdzenia swoich możliwości.
– Zapytał, czy prysznic jest wolny. A ja… Ale on był goły!
– Ale z ciebie babcia – zaśmiała się Paulina.
– Właśnie, przypomnij mi, że po powrocie muszę pójść do dziadka – wyjęłam z plecaka ręcznik Róży. – Potrzebuję recepty na…
– Tabletki antykoncepcyjne? – wcięła się Paulina.
Zawsze lubiła żarty dla dorosłych, ale teraz to już przegięła. Jest z nami nieletnia. I ja.
Obie z Różą prychnęłyśmy śmiechem, ale ona w nieco obraźliwy sposób.
– Ale widzisz, że Malina ma sobie bluzę z Gumballem?
– Nie takie dziwactwa widziałam – Paulina wzruszyła ramionami.

Następnego dnia znalazłyśmy się w Gdyni. Kiedy krętymi drogami dotarłyśmy do plaży, zaczęłyśmy wypatrywać portu.
– Chodźcie w prawo – powiedziała Paulina.
– Ale port jest w lewo – powiedziałam cicho.
Paulina spojrzała na mnie litościwie.
– Jak się zmęczysz, to gdzieś usiądziemy. Chcę wam coś pokazać.
Wyciągnęła nas na leśną ścieżkę, po której ciągle trzeba było się wspinać. Co prawda miałam ochotę na przygodę, ale bardziej myślałam o zjedzeniu ciastka o smaku, którego jeszcze nigdy nie próbowałam. Paulina i Róża tam gdzie trzeba było, czyli prawie wszędzie, podawały mi rękę. Nie wiem jakie supermoce one posiadły, ale było ślisko i stromo, a one wchodziły bez problemu, co chwilę się zatrzymując, żebym mogła je dogonić. W końcu dotarłyśmy na samą górę, gdzie znajdowało się duże działo z czasów wojny. Oczywiście Róża i Paulina musiały na nie wejść.
– Chodź do nas! – wołały.
Tak naprawdę cieszyły się, że zostałam, bo mogłam robić im zdjęcia.
– Róża, jak mama się dowie, że tutaj weszłaś…
– To się zapyta, dlaczego nie wciągnęłam ciebie – odparła. – Jeszcze jedno, jak stoję tyłem.

Ostatniego dnia pojechałyśmy do Gdańska. Szczęśliwie Paulina nie znalazła rozrywek dla młodych ludzi, które wymagałyby nadmiernego ruszania się, więc poszłyśmy do Muzeum Narodowego. Zobaczyłyśmy sporo obrazów z martwymi ptakami i ceramikę, która była zbyt brzydka na rodzinne pamiątki, więc trafiła do muzeum. Przy okazji przestraszyłam się obrazu „Piekło-Fantazja”. Nigdy nie lubiłam baroku.
Kiedy minęłyśmy pomnik Aquamana i znalazłyśmy się obok ratusza, zauważyłam mężczyznę, któremu rano oddałyśmy nasze kanapki, bo mówił, że jest bardzo głodny, biedny, zrozpaczony i w ogóle nie wie, kim jest. Siedział teraz ze znajomymi w kawiarni, popijając kawę kosztującą tyle, co godzina mojego szycia. Byłam przekonana, że to on, bo w końcu nie każdy mężczyzna jest obdarzony tak wyłupiastymi oczami w powiększających wszystko okularach. Miał nawet ten sam plecak. A teraz sobie siedział ze znajomymi i zadowolony trawił moją kanapkę. Zerwałam się i pobiegłam, chociaż może to był tylko szybki krok.
– Malina, co ty robisz? – zapytała za mną Róża.
– Biegnę po przygodę! – krzyknęłam i z odbijającym się od moich czterech liter plecakiem stanęłam blisko kawiarnianego okna. Dziewczyny szybko mnie dogoniły.
– To ten facet – pokazałam im. – Ale cii, niech nie wie, że to my.
– I co chcesz zrobić? – zapytała Paulina.
– Patrzeć na niego, aż będzie mu głupio. Chodźcie, patrzymy.
Dziewczyny też nie były zadowolone, że ktoś je wykiwał. Prawie przykleiłyśmy się do szyby. Mężczyzna siedzący tuż przy niej zorientował się, że to na niego się tak patrzymy. On wiedział, że my wiemy, a my wiedziałyśmy, że on wie. Wtedy Paulina głośno tupiąc weszła do środka i zaczęła z nim rozmawiać. Albo na niego krzyczeć. Zawsze mówiła, jakby krzyczała, więc trzeba było jej uważnie słuchać, żeby wiedzieć, czy się zaśmiać, czy uciekać. Mężczyzna gestami zdawał się bronić przed jej zarzutami. Przez szybę niewiele słyszałam, ale zakończyło się tym, że Paulina wzięła jeszcze niezjedzone ciastko z jego talerza i wcięła je na jego oczach. A mogła wziąć ze sobą
i się podzielić. Wtedy spojrzała w naszą stronę, po czym szybko wyszła z kawiarni.
– Chodźmy stąd, bo to chyba nie ten facet.
– Skąd… – zaczęłam, ale wtedy zobaczyłam mężczyznę, który szedł kilka metrów dalej.
To był ten, któremu dałyśmy kanapki. Muszę przyznać, że byli do siebie bardzo podobni.