Im więcej zadań ze słoika wykonuję, tym bardziej myślę, że nienawidziłam przyszłej siebie. Nie wiem, co przyszło nam do głowy, kiedy napisałyśmy to zadanie, ale tego dnia na pewno osiągnęłyśmy szczyty naszych umysłowych zdolności.
„Udawaj, że jesteś w ciąży”. Dobrze, że miałam jedną kurtkę, w której tworzył mi się ciążowy brzuch. Chyba że to nie kurtka, tylko krówki.
– Jestem w ciąży – wspomniałam, kiedy rodzice wrócili z zakupów.
– Cieszę się – powiedział tata, szukając w siatkach swojej ulubionej kiełbasy.
– Mamo?
– Musisz schudnąć, to nie będziesz w ciąży – powiedziała mi mama.
– Miałam na myśli małego dinozaura w brzuchu, nie nadmiar tłuszczu.
Zapanowała cisza.
– Kolejne zadanie? – zapytał tata.
– Co mi po takich rodzicach, jeśli nigdy nie są w stanie mnie wziąć na poważnie
– wymamrotałam zaglądając do lodówki.
– Gdybyś nie chodziła w tej piżamie z uszami, może byłoby łatwiej – powiedziała mama, popijając swój zielony napój.
– To nie piżama, tylko Kigurumi.
– A nie Totoro? – dopytał tata.
– Tak, to jest Totoro, ale… Nieważne.
Już miałam schować się w pokoju z talerzem kanapek, kiedy do drzwi ktoś zadzwonił.
Babcia Alicja. Oczywiście nie mogła przyjść bez Rubensika. Jeszcze chwila
i będzie musiał nosić psie obcasy, żeby jego łapki dosięgły ziemi. Jego brzuch był coraz większy i końca nie było widać.
– Byłam w okolicy – wypowiedziała swoje standardowe powitanie, po czym spojrzała na mnie podejrzanie. – Malinko, opoko mojej starości, zrobisz coś dla swojej niedołężnej babci?
Nawet gdyby babcia była niedołężna, nie mogłabym jej odmówić. Mimo że jakiś czas temu wmanewrowała mnie w robienie ciasta u jej znajomej, która ma wnuka w moim wieku. Problem w tym, że babcie poszły rozmawiać, a my zostaliśmy
w kuchni. Okazało się, że ten wnuk był w technikum gastronomicznym i zamiast po ludzku piec, postanowił ze mną rywalizować. To było bardzo niezręczne popołudnie.
– Zaopiekujesz się nim do wieczora? Z pewnością nie masz żadnych planów,
a Rubensik lubi być w domu.
– Czym go nakarmić?
– Tym, co będziesz jeść, Rubensik lubi wszystko.
Nie dość, że muszę z tym gryzoniem, pardon, ratlerkiem, spędzić czas, to jeszcze trzeba się z nim podzielić jedzeniem. Szykuje mi się wspaniały dzień.

Kiedy rodzice poszli do znajomych, w końcu sobotnie popołudnie nie może być zmarnowane na spędzanie czasu
z rodziną, musiałam wyjść z Rubensikiem na spacer. Niestety okazało się, że ta psia parodia ma biegunkę. Babcia poradziła mi, żebym kupiła mu jakąś kaszkę dla dzieci.
Kiedy szliśmy w stronę apteki, zza drzew dobiegł mnie miauczący odgłos mojego przeznaczenia, czasem też nazywanego staropanieństwem.
– Kici, kici – zawołałam, wychodząc przeznaczeniu naprzeciw.
Moim oczom ukazał się wychudzony, rudy kot. Nigdy nie widziałam, żeby rudy kot był tak chudy. Wciąż trzymając smycz z małym spaślakiem, szybko wyciągnęłam z plecaka batonik „na wszelki wypadek”, żeby zwabić nim zwierzę do siebie.
Rodzice nie będą mogli się sprzeciwić, jeśli przyniosę im do domu taką biedotę. Przecież nie wyrzucą go na mróz. Chociaż mogą wyrzucić mnie, a kota zostawić. Chyba muszę nauczyć się otwierać zamki wsuwką do włosów.
A kota nazwę Thor. Tak, jak nabierze masy, będzie wspaniałym Thorem.
– Chodź tu, nie zjem cię – powiedziałam.
Przyszły Thor już się do mnie zbliżał, kiedy Rubensik poczuł się zagrożony
i zaczął szczekać jak nawiedzony. Kotu to się nie spodobało, więc czmychnął na drzewo.
– Dzięki, Rubensik – mruknęłam.
Musiałam teraz ściągnąć go z drzewa. Wyginałam się jak mogłam, stawałam na palcach, żeby kota dosięgnąć, ale porażka goniła porażkę. Ślizgałam się tylko na oblodzonej ziemi, czekając na cud.
W pewnym momencie zauważyłam kątem oka, że stanął obok mnie jakiś facet. Byłam pewna, że przystanął, żeby zapalić, czy spojrzeć na swoje buty, jednak on się nie ruszał. Odepchnęłam się od drzewa, na które napierałam, jakby moja masa miała je przewrócić, żebym mogła złapać tego kota, i odwróciłam się
w stronę nieznajomego. Lub znajomego.
– Nie chciałem ci przeszkadzać – powiedział Samuel, uśmiechając się. – To twój kot?
– Będzie – odpowiedziałam. – Tylko nie mogę go dosięgnąć.
– Mogę?
Zeszłam mu z drogi. Ponieważ Samuel wzrostem dorównywał temu drzewu, nie miał problemu ze złapaniem kota na ręce. Trochę się wyrywał, drapiąc jego kurtkę i dłonie. Jednak mimo to udało nam się dotrzeć z nim do apteki, nawet nawiązując po drodze naturalną rozmowę. To było coś nowego.
– Czy ma pani kaszkę dla dzieci na biegunkę? – zapytałam, kiedy przyszła moja kolej.
– A ile ma dzidziuś? – zapytała mnie sympatyczna farmaceutka.
– Rok – wymamrotałam niepewnie.
Przecież nie powiem, że to dla psa, jeszcze bym nie musiała się przypadkowo ośmieszyć, co by to było.
– Pewnie dużo jest z nim pracy – uśmiechnęła się. – A widzę, że już idzie kolejny maluch.
– Nie ma co tracić czasu – zachichotałam nerwowo.
Kobieta nie śpieszyła się ze skasowaniem kaszki. Nie spieszyła się, bo chciała rozmawiać o dzieciach. A ja o dzieciach wiem tyle, że są nimi, zanim podrosną.
Odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy Samuel z całą agroturystyką dalej tam stoi. Stał. Gorzej, że za mną w kolejce czekała siostra Maćka, którego przez kilka miesięcy przedstawiałam jako swojego chłopaka, dopóki nie wyjechał na studia zagranicę. Sama jego siostrze doradziłam mieszkanie na osiedlu w pobliżu. Nie wiem, czemu mnie posłuchała, przecież ja nic o życiu nie wiem.
Szybko zwróciłam się w stronę lady.
– Rozumiem, że to tatuś? – zapytała farmaceutka, bo moja trumna jeszcze nie była wystarczająco zagwożdżona.
– Nie. Tak. Nie mój. Dzieci. Ile płacę?
Wychodząc wpatrywałam się w drzwi, żeby tylko nie nawiązać żadnego kontaktu wzrokowego.

Samuel, o dziwo, wszedł ze mną do mieszkania. Myślałam, że raczej odda mi kota i zwieje. Mam nadzieję, że rodzice albo chociaż Róża zdążą wrócić. Zobaczą, że nie jestem ostatnią ofiarą losu i też się potrafię socjalizować. A kiedy zdjęliśmy kurtki, poczułam, że Samuel pachnie popcornem. Czy on mógł być jeszcze bardziej idealny?
Jak już nakarmiliśmy kota i położyliśmy go na poduszce w łazience, żeby ewentualne szkody dało się zmyć, poszliśmy do kuchni. Samuel wciąż tu był. Jak dziwnie. Napiliśmy się herbaty, rozmawiając o Lidze Sprawiedliwości. Okazało się, że Samuel woli DC, jednak nie nienawidzi przez to Marvela. Może jeszcze za wcześnie, żeby się zaręczać, ale nic się nie stanie jak już przeglądać ślubne tablice na Pintereście.
Wstałam, żeby zrobić jeszcze jedną herbatę, kiedy poczułam pod nogami mokrą kałużę.
– Chyba wody mi odeszły – powiedziałam, zanim pomyślałam.
Samuel nie wiedział, jak na to zareagować.
– Jesteś w… – zaczął.
– Nie! – prawie krzyknęłam. – Dziś jestem. Więc tak. Długa historia. Ale jeśli to nie wody, to…
Rozejrzałam się po pomieszczeniu.
Rubensik. Siedział zadowolony na fotelu i uśmiechał się głupkowato.
– Ty rozpieszczony szczurze! Byłeś na spacerze!
Samuel pomógł mi zmyć kałużę, która była większa, niż sam pies.
Miłe spotkanie przerwała nam Kinga, z którą zapomniałam, że jestem umówiona.
– Niestety muszę lecieć. Do zobaczenia – powiedział Samuel, nieco speszony.
Cóż, miło było.
Został po nim tylko przyjemny zapach, który Kinga też poczuła.
A jak to kobiety w ciąży, przepełnione zachciankami, poszłyśmy na lody. Szczęśliwie nawet zimą można znaleźć miejsca, w których je serwują. Inaczej nie wiem, jakbym przetrwała ten okres.
Spacerowałyśmy oświetloną promieniami słonecznymi drogą obok stawu niedaleko mojego domu, jednocześnie pochłaniając nasze świderki w wafelku.
Z oddali wyłoniły się dwie kobiety, truchtające w tych swoich profesjonalnych ubraniach do biegania. Uśmiechały się głupkowato, próbując wmówić światu, że naprawdę podoba im się to, co właśnie robią. Ale kto mógłby być taki naiwny, żeby w to uwierzyć. Kiedy nas minęły, ich mina wyraźnie się zmieniła, wskazując na coś w rodzaju politowania.
– Widziałaś, jak na nas patrzyły? – zapytała Kinga.
Czyli nie tylko ja odniosłam takie wrażenie.
– Właściwie im się nie dziwię. One będą żyć przynajmniej dziesięć lat dłużej, niż my – dodała.
– Ale chciałabyś żyć dłużej w ten sposób?
Wciąż słychać było ich wyraźne dyszenie.
Obie wzdrygnęłyśmy się w tym samym czasie.