Święta to czas spokoju, radości i miłości, nieustannych uśmiechów do bliźnich. Przynajmniej tak pokazywał Pinterest. Przygotowałam ozdoby świąteczne, które wytrzymały na oknie cały kwadrans, zanim Róża nie potknęła się o kabel od lampek, który zrzucił wszystko, nad czym przesiedziałam kilka wieczorów. Mama miała tego dnia globus. Pardon, migrenę. Dziwne, że ta migrena mamy dziwnym trafem przybywała tego samego dnia, co nasza dawno niewidziana rodzina, szczególnie ciotka „z jedynej, prawdziwej stolicy Polski”.
– Co ty robisz? – siedziała w kuchni i przyglądała nam się uważnie, jak przygotowujemy kolację.
– Kto tym razem? – zapytałam niepewna, na kogo w tej chwili się patrzy.
– Ty – odparła. Niedobrze. – Co to ma być?
– Zmywanie?
– Robisz wszystko jak chłop pańszczyźniany. Przyłóż się.
– Mamo, nie przychodzi do nas żadna rodzina królewska.
– A ciotka? – wtrącił tata.
– Nie przychodzi oficjalna rodzina królewska. Nie musi być wszystko przesadnie błyszczące.
– Żono moja najłagodniejsza, widziałaś już, co dostaliśmy od Agaty? – tata chcąc zmienić temat, pokazał pudełko
w ozdobnym papierze.
– Nie! – zawołałam, przejmując od niego prezent. – Przecież to nasze! Róża!
Patrzyłyśmy na rodziców, oczekując zgody na odpakowanie prezentu. Bo to nie był byle jaki prezent. Mama dostała go od jednego klienta. Kształt i waga pudełka wskazywała na Ptasie Mleczko. Ja jednak wiedziałam, że to coś innego. Badałyśmy pudełko z Różą na wiele sposobów, ale nie udało nam się niczego odkryć. Mama była przekonana, że to właśnie to, więc dała czekoladki swojej znajomej. Ponieważ wszystkie znajome były na diecie bezprzyjemnościowej, zrzucały ciężar obecności w domu słodyczy na następną kumpelkę. To było trzy lata temu. Ale w końcu do nas wróciły. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Teraz już nie odpuszczę.
– Otwieramy – powiedziałam ignorując słowa sprzeciwu.
Wiedziałam, że to będzie coś innego. Może jakiś tajemniczy artefakt. Pudełko z mapami innych światów. Zegarek Władcy Czasu. Tyle możliwości.
– Ptasie Mleczko – powiedziałyśmy z Różą równocześnie, kiedy papier ozdobny spadł na podłogę.
– Mówiłam – odparła mama.

– Malina, pamiętasz zadanie, które ostatnio wylosowałaś? – zapytała mnie Róża, kiedy robiłyśmy ostatnie porządki.
– Nie, kompletnie nie. Wiesz, wydaje mi się, że nie losowałyśmy ostatnio.
– Coś nie sądzę – pokazała mi feralną kartkę. -„Zaśpiewaj coś zabawnego tak głośno, jak tylko się da”.
– Zabawny jest utwór 4’33”. Mogę ci go zaśpiewać w każdej chwili.
Róża pokręciła głową z tym swoim okrutnym uśmieszkiem.
– Dziś jest wigilia. Do niektórych sąsiadów przyszli już goście. Mam im przerywać dzielenie się opłatkiem moim jazgotem? – zapytałam.
– Rodzice pojechali po rodzinkę, dom nie będzie tak pusty przez następne kilka dni. Ostatnia szansa.
Westchnęłam głośno, zastanawiając się, jakie piosenki znam na pamięć. Niestety jedyna rzecz, która nasuwała mi się na myśl, mogła zaowocować założeniem kurtki do przytulania w Tworkach.
– Wiewióry w gaciach mam – powiedziałam pod nosem.
– Głośniej – chrząknęła Róża.
– WIEWIÓRY W GACIACH MAM!
Dalej poszło całkiem zgrabnie. Ja zaczęłam rapować, Róża robiła za chórek i wymachiwałyśmy pupami w rytm muzyki słyszanej tylko przez nas, jakbyśmy naprawdę miały te wiewióry w gaciach.
Ponieważ porządki zdawały się być przyjemniejsze kiedy śpiewałyśmy, szybko zaczęłyśmy recital muzyki z Fineasza i Ferba. Co za szczęście, że ciotka i wujek razem ze swoimi dziećmi-robotami weszli, gdy śpiewałyśmy o aglecie. Ich niezwykle wrażliwe na piękno krakowskie dusze nie zostały aż tak zmaltretowane. Szybko puściłam kolędy w stylu operetkowym, żeby nie skoczyło im zbytnio ciśnienie. Ciotka coś wymamrotała wypinając usta, jak mają to w zwyczaju ludzie tak szlachetnie urodzeni jak ona. Tylko ciekawe dlaczego my, wieśniacy z Warszawy, wychodzimy na dwór,
a krakowska elita na pole. Razem z wujkami przyszli dziadkowie, którzy szczęśliwie byli przyzwyczajeni do naszego nieobycia. Oczywiście nie zabrakło też babci Eleonory i jej męża. Odniosłam wrażenie, że nasza rodzina naoglądała się za dużo Igrzysk Śmierci, bo z roku na rok coraz bardziej przypominała mieszkańców Capitolu. Ciotka miała na sobie żakiet z wielkim kołnierzem, przegiętym w prawą stronę i utrudniającym poruszanie szyją, ale z pewnością nadającym się do przechwytywania resztek jedzenia, które nie trafiły do ust. Strój dopełniały trzy kilogramy biżuterii.
Jej niewolnicy, czyli mąż i dzieci, byli ubrani w tym samym stylu, duszącymi perfumami nadrabiając brak ozdób. Babcia Eleonora, która zawsze konkurowała z ciotką wizualnie, miała na sobie bardzo podobny żakiet, tylko z jeszcze większym kołnierzem i jeszcze większą ilością biżuterii. Wszystko to dopełnione jaskrawym makijażem. Nigdy nie zrozumiem miłości starszych pań do niebieskich cieni.
– Zapnij koszulę – powiedziała babcia Eleonora widząc moje odpięte dwa górne guziczki. – Zupełnie nie rozumiem, dlaczego młodzież teraz chodzi taka porozbierana.
– Malina, rozepnij koszulę, musisz bardziej pokazywać wdzięki, jesteś już dorosła – powiedziała babcia Alicja. – Róża,
a ty wiesz, że wyglądasz jak york?
Mówiłam jej, że koczek na czubku głowy i rozpuszczona dolna partia włosów nasuwa jednoznaczne skojarzenia.
Babcia Alicja podarowała nam od razu czapki mikołaja, żeby stworzyć świąteczny klimat. Bo babcia
i dziadek mieli na sobie swetry z bałwanami z ruszającymi się oczami.
Szybko zabraliśmy się do dzielenia opłatkiem. Tyle razy powiedziałam słowo nawzajem, że zaczęło dziwnie brzmieć
w mojej głowie i język mi się plątał, tworząc bełkot okraszony drętwym uśmiechem. Następnie tata, nasz domowy święty pastor, postawił nas dookoła siebie i zaczął czytać Biblię. Ponieważ wiedziałam, jak długo potrafi przemawiać
w zborze, bałam się, że nam urządzi to samo. A tak jak na nabożeństwie o dziesiątej wszyscy są już po śniadaniu, tak teraz połowa rodziny znalazłaby sobie inną rodzinę do świętowania, gdyby nie obietnica uginającego się stołu. Niedługo wszyscy zgłodnieją, a jak człowiek jest głodny, tym większą ma ochotę na prowadzenie dyskusji politycznych. Pośpieszałam tatę wzrokiem, co w końcu zrozumiał i mogliśmy przystąpić do jedzenia.
Mąż Babci Eleonory jak zwykle od razu po zajęciu miejsca przy stole zaczął przyglądać się badawczo sztućcom.
– Ostrzem do talerza – powiedział gniewnie pod nosem, przekładając nóż.
Zawsze akurat on dostawał nóż w ten sposób. Co za dziwny przypadek, jestem pewna, że za każdym razem kładę ten nóż odwrotnie zupełnie nieumyślnie.
Jedzenie jak zwykle przepłynęło zgrabnie. Barszcz strumieniami lał się na biały obrus, pierogi spadały pod stół karmiąc Rubensika, wszyscy pluli naokoło ośćmi z karpia i udawali, że smakuje im zrobiony przez ciotkę kompot. Gorzej, gdy rodzina już nie miała czym zapchać ust i postanowiła pokłócić się o cokolwiek. Zaczęło się od polityki, skończyło na wychowywaniu dzieci. W tym ciotka miała najwięcej do powiedzenia. Jej pociechy, które mrugały synchronicznie
i dokładnie co siedem sekund, były żywym przykładem rodzicielskiej miłości. Tylko kuzyn, który na studia przeniósł się do obecnej i najwyraźniej niesłusznej stolicy naszego kraju, potrafił odzywać się bez zgody mamy.
– Wiecie, to już nasza piąta wspólna wigilia, a wciąż nie możecie urządzić jej jak prawdziwi katolicy – powiedziała ostrym tonem ciotka.
Za każdym razem. „Wy, tfu, tfu, protestanci” i „trzepnięci katolicy” śpiewane na wiele głosów.
W pewnym momencie tej gorącej kłótni zrzuciłam pod stół łyżeczkę. Nie mogłam jej wyciągnąć nogą, więc zmuszona byłam zanurkować pod stół. Łyżeczka utknęła pod butem babci, więc musiałam działać ostrożnie, żeby nie wywołać niepotrzebnego zamieszania.
– A gdzie Malina się podziała? – zapytała babcia Eleonora.
Nie mogłam powiedzieć, że jestem pod stołem, miałam nadzieję wyłonić się jak gdyby nigdy nic. Teraz nie mogłam tak po prostu wyskoczyć spod stołu. Szczególnie, że babcia zaczęła opowiadać o mnie żenujące historie. Zaczęłam się zastanawiać, czy da się paznokciami zrobić dziurę w podłodze i zeskoczyć do sąsiadów. Uprzedzając wszelkie pytania, niespecjalnie. Potrzebowałabym dużo więcej czasu, a mimo że ta chwila przeciągała się w nieskończoność, i tak bym nie zdążyła.
Babcia ruszyła gwałtownie nogą, dostałam jej skórzanym butem w nos i jęknęłam głośno. Wszyscy zerknęli pod stół. Rodzice, Róża i kuzyn prychali stłamszonym śmiechem. Dziadkowie i wujostwo patrzyło na mnie z przerażeniem.
– Zgubiłam łyżeczkę – wyjaśniłam wygrzebując się na krzesło.
Miałam wrażenie, że nie wszyscy mi uwierzyli.
W końcu nadszedł czas na prezenty. Jak się spodziewałam, dostałam dwie książki o przełomowych dietach, pozwalających zrzucić pięć kilo w tydzień. Babcia Alicja i babcia Eleonora może nie zgadzały się w prawie żadnej kwestii, ale w przypadku tematu „Malina jest zbyt spasiona”, zawsze tworzyły zgrany duet specjalistek zdrowego żywienia. Nagle rozległo się głośne chrząkanie.
– Uważam, ze jest to bardzo niewłaściwie – powiedziała ciotka tonem sugerującym nadejście rzezi, patrząc na zabawkę dla swojego najmłodszego dziecka. – Z Chin – prychnęła. – Chin. Kto to dał?
Warszawa ma Bazyliszka, Kraków ma ciotkę. Jej spojrzenie jest nieco przytłaczające, więc było oczywiste, że nikt się nie przyzna do kupna zabawki zrobionej w Chinach, skąd zresztą jest większość zabawek w Smyku. Szczególnie, że tę lalkę kupiłam ja. A przedstawienie „nie tych prezentów pragnęłam” pojawia się na wszystkie możliwe okazje i rodzina nauczyła się już udawać, że wszystkie prezenty dla rodzinki ciotki dostarcza najprawdziwszy Święty Mikołaj, a ten ma takie obłożenie, że już nie wie, co robi.
– Malina, może chcesz iść ze mną i znajomymi do Escape roomu? – zaproponował kuzyn, kiedy goście już się zbierali.
Nie mogłam zapytać, czy Sam Winchester tam będzie, ale niezależnie od tego, na takie zaproszenie jest tylko jedna odpowiedź.
– Jeśli pójdziemy potem do pizzerii obok ciebie.
Najlepsza pizza w mieście.
– Oczywiście, że pójdziemy – uśmiechnął się.
Te święta nie są jednak aż tak straszne.