Pod koniec tygodnia pełnego nieprzyjemnych zdarzeń, które zabawnymi anegdotami staną się nie wcześniej niż za rok, wybrałam się z Kingą do naszej kawiarni.
– Daj mi coś mocnego – powiedziałam do Sokoła, chłopaka pracującego, kiedy Kinga przychodziła tutaj tylko zjeść.
– Mnie też – powiedziała zmarnowana Kinga resztkami sił opierając się o blat.
Sokół znał nas na tyle dobrze, że bez zbędnych pytań podał nam podwójne… porcje bloku czekoladowego. Nie takie dla zwykłych śmiertelników – lecz takie, gdzie jeden kawałek wystarczał, żeby dostać cukrzycy drugiego stopnia.
– Powiedziałam „cześć” do prowadzącego zajęcia, bo myślałam, że to ktoś z grupy – wyrzuciła z siebie w końcu po skończeniu połowy swojej porcji. – Szybko go przeprosiłam, ale wtedy przypadkiem wyplułam gumę na jego buta.
– Ile osób to widziało? – zapytałam grzebiąc widelcem w swoim kawałku bloku.
– Z pięć.
– Mnie udało się zebrać większą widownię.
– A miałyśmy w naszym słoiku punkt o nawiązaniu nowych przyjaźni na studiach – westchnęła. – Udało ci się już coś zacząć?
Skrzywiłam się. Na razie tylko poznałam Olę, dziewczynę tak małomówną, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest przypadkiem z innego kraju i mi przytakuje, bo kompletnie nie ma pojęcia, o czym mówię. Ale zawsze towarzyszy mi, kiedy idę do toalety. Co ciekawe, ona jest w stanie zawsze i na czas trafić do właściwej sali, co mnie czasami przerasta.
Nie sprawdził się pomysł, by znaleźć znajomych przez anons odzieżowy. Calutki miesiąc eksponowałam moje fandomowe koszulki. Wyobrażałam sobie, jak ktoś do mnie podchodzi, mówi „o, ty też lubisz ten film?” i bach, przyjaźń na przynajmniej pięć lat. Ale wypinałam się, eksponowałam, przeciągałam i nic. Nikt nawet nie zauważył Dartha Vadera trzymającego śrubokręt soniczny. Może wybrałam złe skojarzenia? Wydawałoby się, że na kulturoznawstwie znajdę kogoś chociaż trochę podobnego do mnie. Nic z tych rzeczy. Miałam wrażenie, że większość osób jest z typu tych wiedzących, co robią ze swoim życiem i nie mają czasu na seriale, czy tfu, tfu, filmy animowane.

Środek tygodnia też nie obfitował w sukcesy.
– Serio? – zapytała Róża, wyjmując zadanie z naszego słoika. – Zrób śniadanie w nocy?
Wygraną mamy w kieszeni.
– O, tak, tak! Poczekaj, to zrobimy dwa punkty jednocześnie – powiedziałam, przerzucając kartki z wierzchu. – Weź udział w maratonie.
– Malina, co ty… – szepnęła Kinga, próbując mnie powstrzymać.
– Zadania są otwarte do interpretacji, prawda? – zapytałam nie oczekując odpowiedzi, która mogłaby mnie pogrążyć. – Więc robimy to po swojemu.
Dlatego już tej nocy siedziałyśmy z Kingą w moim pokoju spędzając czas na maratonie Jessiki Jones. Przerwałyśmy na chwilę, żeby zrobić kanapki i jajecznicę, w końcu miało być śniadanie.
– Czytałam, że Jessica może podnieść dwadzieścia pięć ton – powiedziała Kinga.
– Przydatna umiejętność – odparłam przegryzając.
Chociaż… Ostatnio, kiedy wstawałam z fotela, trzymałam się oparcia. Dopiero kiedy poszłam do łazienki, zorientowałam się, że oparcie zostało mi w ręce. Ale takie rzeczy często mi się zdarzały. Zanim zdążyłam podzielić się z Kingą zabawną historią o tym, jak wyrwałam drzwi z framugi, ona już zasnęła.

Ponieważ z środy szybko zrobił się czwartek, ruszyłam na poranny wykład. Wbrew mojej woli, powieki ciągle mi się przymykały. Maraton nie ma z tym nic wspólnego. Często wydaje mi się, że mimo że dorastam, to w głębi ducha wciąż jestem przedszkolakiem z potrzebą popołudniowej drzemki. Okazuje się, że inni chyba mają podobne odczucia, bo po godzinie słuchania wykładowcy, część ludzi solidnie przysnęła. Za to sporo osób zaczęło się energicznie wiercić. To te nadpobudliwe dzieci, których rodzice ciągle muszą zwalniać się wcześniej z pracy.
Kiedy wykładowca po raz setny powtórzył to samo, co na poprzednich wykładach, powiedziałam trochę do siebie, trochę do Oli:
– Człowieku, my to wiemy.
Jednak nie udało mi się szepnąć. Nie. Mój głos musiał się zbuntować i powiedzieć to głośniej niż bym kiedykolwiek powiedziała w zatłoczonej kawiarni.
– Cieszę się – powiedział, niestety nie z uśmiechem, bo ten profesor zdawał się połknąć kiedyś stalowy pręt, gdyby zwykły kij nie był wystarczająco usztywniający.
Może mnie nie zapamięta. Zapuszczę wąsy i będę siadać z tyłu.
Mogłam przynajmniej się rozerwać obserwując jak siedząca przede mną dziewczyna co chwilę wymachiwała swoimi długimi włosami w pewnego rodzaju tańcu godowym, próbując zwrócić na siebie uwagę chłopaka grającego w strzelankę na swoim laptopie. Gdy otrzymywała odpowiedź na swoją cichą zaczepkę, śmiała się niemo, otwierając szeroko usta, dumnie prezentując dzyndzelek, który wszyscy mamy w gardle. Niestety momentami obrywałam po nosie, gdy zbyt zamaszyście odrzuciła włosy.
Grupa osób siedząca przy drzwiach co chwilę wychodziła i wracała z czymś do jedzenia. Chociaż byli i tacy, którzy przepychali się przez całą salę, żeby wybiec, jakby była to ostatnia szansa w ich życiu na jakikolwiek posiłek.
– Macie widelec? – zapytał głośnym szeptem jeden z chłopaków w przyciasnych spodniach.
Kiedy żadna z otaczających go osób nie mogła twierdząco odpowiedzieć, zaczął szukać ratunku w innym miejscu. Szybko przesiadł się do tyłu, zadając w kółko to samo pytanie.
– A ty masz widelec? – zwrócił się do mnie.
Pokręciłam głową, więc chłopak ruszył w głąb sali na dalszą widelcową ekspedycję.
Tył sali był najciekawszy. Zupełnie tak, jak w szkolnym autobusie, na ostatnich siedzeniach znajdowali się ci najgłośniejsi. Dochodziły stamtąd najróżniejsze szepty i śmiechy, które nagle przybrały na mocy poprzez nerwowe poszukiwanie tego widelca. Dałabym głowę, że usłyszałam popiskiwanie.

– Idziesz na integrację? – zapytała mnie Ola, kiedy wykład dobiegł końca.
Chyba wypada, inaczej sama będę musiała chodzić do łazienki.
Ruszyliśmy w pięcioosobowej grupie. Gdy czekaliśmy na przystanku, dołączyła do nas jeszcze jedna dziewczyna. Wszyscy podaliśmy sobie ręce przedstawiając się, chociaż trzy osoby zamiast uścisku poczęstowały mnie śniętą rybą, i oczywiście nie byłam w stanie nawet usłyszeć ich imion.
Zauważyłam, że z jedną osobą się nie przywitałam, więc chcąc pokazać, jaka to jestem pewna siebie, podałam jej dłoń głośno mówiąc jak mam na imię. Dziewczyna spojrzała na mnie niepewnie. Po minach wszystkich czułam, że coś jest nie tak. Szybko okazało się, że ona po prostu stała obok czekając na tramwaj.
Postanowiłam jednak nie iść na imprezę. Wykręciłam się standardowym mamrotaniem pod nosem o jakieś ważnej rzeczy i płonących budynkach, po czym sobie poszłam. Następne spotkanie na uczelni będzie nieco niezręczne.

– W sumie mamy dużo czasu do starości, nie musimy tych punktów robić już teraz – wymamrotałam, kończąc swoją porcję bloku.
– Życie jest krótkie i trzeba się nim cieszyć, pamiętasz, co mówiła twoja mama.
Moja mama, couch życiowy każdej żyjącej istoty. Jej nowy inspirujący cytat to „yoga, miłość i chleb bezglutenowy”. Nie żartuję. Od dwóch dni widnieje na jej tablicy inspiracji przy drzwiach wejściowych.
– Jeszcze po jednym? – podszedł do nas Sokół.
Jak najbardziej.