Ten dzień w końcu nadszedł. Jedziemy na Pyrkon. Jedyne takie wydarzenie, podczas którego Doctor będzie iść ramię w ramię z Dalekiem, machając do stojącego w oddali Szczerbatka przytulonego do Hermiony. Tak w życiu być powinno.

Po burzliwej naradzie z Hiacyntą na wyjątkowo nudnym wykładzie postanowiłyśmy, że razem z Kingą i niewielkich rozmiarów przyjaciółką Hiacynty, Zosią, wynajmiemy sobie apartament. Była zniżka na hasło Pyrkon, więc cena wyszła hostelowa. Mogłyśmy spokojnie przepuszczać pieniądze na jedzenie i koszulki. Co prawda będzie to oznaczało koniec z chodzeniem do kina przez następne trzy miesiące, ale coś za coś.

Nie przygotowałam sobie żadnego cosplayu na ten weekend. Chciałam uszyć coś dla każdej z nas, jednak myśl, że przez to ludzie będą chcieli nas fotografować odciągnęła mnie od tego pomysłu. Moja olśniewająca uroda nie jest tajemnicą, jednak na zdjęciach jakimś cudem jej nie widać.

Przyjechałyśmy w piątek. Kiedy tylko weszłyśmy do budynku Targów Poznańskich, przywitało nas stado dziewczynek nieco młodszych od Róży, w pokemonowych kigurumi trzymających kartki z napisem „free hugs”. Gdybym w którejś chwili poczuła się samotnie, zawsze mogę na gimby liczyć. Poskakać radośnie i z nimi piszczeć , jak to wspaniale poznawać nowych ludzi. Mogę też je omijać szerokim łukiem, i gdy tylko będę potrzebowała nieco ciepła, kupić sobie frytki.

Odebrałyśmy nasze identyfikatory razem z programem i zanim rozpoczęłyśmy naszą dziką przygodę, pojechałyśmy do mieszkania się zameldować.

Oczywiście nie mogłoby być tak, żebym została bez konieczności zrobienia nieszczęsnego zadania słoikowego. Tym razem było to „bądź młoda”. Tak, tak, ośmioletnie my nie wiedziałyśmy, że za kilkanaście lat nie będziemy się jeszcze sypać i nie trzeba nam będzie powrotu do starych, dobrych lat. Przecież dopiero co nam się życie zaczyna. Właśnie wyjechałyśmy do miejsca krzyczącego „juhu, jesteśmy przepełnieni młodzieńczą energią, która nie zgaśnie jeszcze przez przynajmniej pięć lat!”.

Spojrzałam na dziewczyny, które po rozpakowywaniu się odpoczywały. Piły sypaną herbatę i po cichu zgłębiały program Pyrkonu. Zosia masowała bolące kolano, które uszkodziła wstając wczoraj z łóżka. Hiacynta ciągle poprawiała zsuwające się z jej drobnego nosa okulary do czytania, a Kinga właśnie zaangażowała się w odcinek „Trudnych spraw”.
– Może posiedzicie w nocy z ziomkami z miasteczka apokaliptycznego i będziecie pić piwo, czy coś? – zaproponowała Zosia, kiedy powiedziałam dziewczynom o zadaniu.
Spojrzałyśmy na siebie z Kingą, wiedząc, że nie jest to rodzaj młodości, który chcemy przeżywać.
– To może zróbcie sobie te śmieszne karteczki i porozdawajcie przytulasy?
– Hiacynta spojrzała na mnie zdejmując okulary.
– Głupie, ale może być – powiedziałam niechętnie.
– Chcecie się przyłączyć? – zapytała Kinga.

Cztery stare ciotki w koszulkach z mądrymi cytatami z filmów i seriali stanęły niedaleko wejścia na teren Targów Poznańskich i ze szczękościskami czekały, aż ich udręka się skończy.
Niestety, nie mam na myśli jakichś nieznanych mi czterech starych ciotek. To byłyśmy my, istoty nienauczone prawidłowych kontaktów z rówieśnikami i wzdrygające się za każdym razem, kiedy ktoś nas dotknie, z obawy, że planuje zwędzić nam portfel. Miałam nadzieję, że jako osoba najmniej wyględna z całej grupy nie będę oblegana przez obściskiwaczy.

Niestety.

Szczęśliwie koszmar dobiegł końca, kiedy trzeba było pójść na prelekcję. Udało nam się nawet zmieścić w sali.
Siedziałam blisko chłopaka, który przebrany był za jedenastego Doctora. Nie dość, że miał fez i muszkę, to w dłoni trzymał mop. A do tego miał twarz Matta Smitha. Poczułam, że przy dobrych wiatrach moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Jednak pewnie nie byłabym nazywana zakałą rodziny, gdybym potrafiła nawiązywać nowe znajomości bez konieczności udziału osób trzecich. Dlatego zrobiłam mu zdjęcie od tyłu, żeby później wyobrażać sobie, jakby to było, gdybyśmy całą naszą grupą wyszli w fezach do kina.

Na obiad poszłyśmy na pizzę. Nic, co da się zjeść, nie jest mi obce, więc nie wahałam się, gdy wybierałam ser dla wegan, który Hiacynta, nasza osobista weganka, zachwalała. YOLO, jak to my, młodzi ludzie, mówimy. Ser bez sera smakował tak samo jak normalny, może tylko bardziej przylepiał się do zębów. Szczęśliwie nikt mi do paszczy nie będzie dziś zaglądać, więc może sobie tam dzisiaj pomieszkać.

Wieczorem, kiedy byłyśmy już zbyt zmęczone, żeby się bawić, wróciłyśmy do siebie.
– Komu zrobić herbatę? – zapytałam, nalewając wody do czajnika.
Po chwili zadzwonił mój telefon.
Mama.
– Nie ma nas w domu! – zawołałam do dziewczyn. Od razu zaczęły głośniej rozmawiać.
– Co robicie? – mama zapytała chichocząc.
– Siedzimy. Na Pyrkonie. Zostaniemy tutaj do jakiejś trzeciej w nocy, czy coś.
– Macie tam czajnik?
Nastąpiła niezręczna cisza.
– Skąd wiesz?
– Musiałaś do mnie zadzwonić z kieszeni – wyjaśniła prychając z rozbawienia.
– Jest dopiero siódma, Malinko. Mam nadzieję, że przynajmniej wyszłyście dziś z pokoju.
– Już nie przesadzajmy.
Nastąpiła cisza.
– Tak, wyszłyśmy.
Kiedy skończyłam rozmowę, poszłam do dziewczyn z grobową miną.
– Mama wie, że siedzimy tutaj i popijamy ziółka, więc Róża też się zaraz dowie – podniosłam głos. – Jeśli nie udowodnimy jej, że zachowujemy się jak to tam dzisiejsza młodzież się zachowuje, to przegramy. Nasze karteczki już nie wystarczą, potrzebujemy czegoś mocniejszego. Zaszłyśmy za daleko, żeby teraz przegrać, więc nie możemy się poddać.
Mówiłam z takim przejęciem, że to cud, że nie zaczęłam śpiewać.
– To co w takim razie zrobimy? – zapytała Kinga.
Zamyśliłam się.
– Wiem – uśmiechnęła się Hiacynta. – Ale wam się to nie spodoba.
Kilkanaście minut później już miałyśmy założonego Instagrama. Wspólnego. Tak chyba psiapsióły robią? Zaczepiłyśmy tam Różę, żeby widziała nasze wysiłki.
– To co, wrzucimy zdjęcie jedzenia? – zapytałam.
– Jakiego jedzenia? – Zosia podrapała się swoimi drobnymi palcami po skroni.
No tak. Zjadłyśmy wszystko. Trzeba będzie uwiecznić nasze stopy w świetle porannego słońca.

Następnego dnia wróciłyśmy na Pyrkon z nową misją – miałyśmy fotografować się z ludźmi udając, że później z nimi rozmawiamy. Jak to ludzie mają w zwyczaju. A kłody same ciągle nam pod nogi wpadały. Najpierw trzeba było pokonać drzwi obrotowe, co w przypadku większej liczby osób było traumatycznym przeżyciem. Zmieszczę się jako ostatnia osoba i dam sobie drzwiom skrobać marchewki, żeby się przewrócić i zmiażdżyć resztę ludzi, czy może prowadzić i zostać popchniętym przez innych, gubiąc przednie zęby?

Nasza pierwsza prelekcja była o Doctorze, prowadzona przez Amerykankę, której pracę magisterską podpisał sam David Tennant. Oczywiście, że będę próbowała powtórzyć jej sukces. Nie spocznę, dopóki jego podpis nie znajdzie się na mojej pracy. Choćby już dawno nie żył, uda mi się.

Po wyjściu zaczęłyśmy niechętnie rozglądać się za cosplayerami, niestety jak na złość, nikogo ciekawego w okolicy nie było. Bo nie miałyśmy zamiaru robić sobie zdjęć z fanami anime i mangi, których akurat tylko przybywało. To nie tak, że coś jest z nimi nie w porządku, w końcu fandomy to jedna wielka rodzina, którą się akceptuje pomimo jakichkolwiek dziwactw. Ale jeśli nie należy się do tego świata, lepiej kontakty z tą częścią rodziny ograniczyć. Ostatnio odwiedziłam z rodzicami naszych dalekich krewnych, w tym chłopaka, którego nazywamy kuzynem. Czyim kuzynem miałby być, tego nie wie nikt. Ale okazał się on być nie tylko fanem mangi, ale i miłośnikiem kucyków Pony. Przez następny miesiąc wysyłał mi swoje fanfiki, gdzie japońska Fluttershy w skąpym stroju uczennicy pokonuje otyłe smoki. Dlatego czasem lepiej nie ryzykować.

Ale udało nam się sfotografować z Bogiem Bez Twarzy. Przez chwilę poczułam się jak Chihiro, która zaraz ma przebyć magiczną podróż pociągiem po wodzie. Ale cóż, gdybym miała być częścią „Spirited Away” to ja bym zamieniła się w świnię i to moi rodzice musieliby mnie ratować.

Im więcej Harley Quinn ich widziałam, tym większe zdawały się być ich młoty. Może właśnie rozgrywał się cichy konkurs na największą liczbę obitych głów. Jednak to właśnie Harley były najbardziej oblegane, wszyscy chcieli się z nimi fotografować. My też przy jednej z nich stanęłyśmy, robiąc sobie grupową słitfocię. Nie sądziłam, że upokorzę się na tyle, żeby zrobić sobie publicznie selfie i potem jeszcze je wrzucić do internetu. Może to są te błędy młodości.
– Mogę sobie zrobić zdjęcie z twoim numerem telefonu? – zapytał jakiś chłopak stojącą niedaleko Harley na rolkach.
Nie słyszałam dalszej rozmowy, ale najwyraźniej podryw podziałał, bo długo ze sobą rozmawiali. Nie mówcie mi, że to takie proste.

W niedzielę po szesnastej nie było specjalnie co robić, bo wystawcy się zamykali, prelekcje kończyły, a cosplayerzy pochowali swoje przebrania do walizek, czy w niektórych przypadkach, ciężarówek, i poszli na dworzec.
– Idziemy coś jeszcze zobaczyć? – zapytała Kinga. – Pójść gdzieś do miasta, czy coś?
Nogi mi odpadały. Tym razem na poważnie. Czułam, że zawiasy, które je trzymają przy reszcie ciała już się poluzowały i zaraz podzielę los wszystkich moich lalek Barbie, które skończyły z wystającym knykciem zamiast uda.
Szczęśliwie Hiacynta i jej miniaturowa przyjaciółka głośno się roześmiały. Czyli możemy zamówić jedzenie do pokoju. Nareszcie.