Dostałam od dziadków zaproszenie na obiad. Dziadkowie najczęściej zapraszają tylko mnie, bo wiedzą, że się zjawię i zjem wszystko, co mi podadzą. Moje życie towarzyskie zawsze było nieco martwe, więc kiedy nie miałam gdzie się podziać, odwiedzałam dziadków. Zawsze czekała na mnie przystawka, zupa i danie główne, ja przynosiłam deser. Nasze podwieczorki pełne ciasta marchewkowego stały się prawie tradycją.

Kiedy weszłam do mieszkania dziadków, jak zwykle uderzył mnie intensywny zapach trzech kadzidełek, rozpalonych w strategicznych miejscach mieszkania
– jedno nad dywanikiem w salonie, żeby nie było czuć dochodzącej z niego woni siuśków Rubensika, drugie w kuchni, żeby opanowało aromat gotowanych brokułów, a trzecie przy wejściu, na wypadek gdyby tamte nie wystarczały.
– Malina, mam do ciebie sprawę – powiedział dziadek, siedząc w salonie.
Przechodząc do niego, trzy razy potknęłam się o książki, dla których nie starczyło już miejsca na półkach. Żeby stworzyć atmosferę kontroli nad tym chaosem, każdy stosik ozdobiony był durnostojką, którą dziadek upolował
w sklepie „wszystko po dwa złote”.
– Masz może pendrive’a?
– Mam, ale do czego…
– Ale ma wystarczająco dużo pamięci?
Sprawa dziadka sedno osiągała po półgodzinnej rozmowie rekrutacyjnej.
– Na pewno.
– A mogłabyś mi zgrać… – spojrzał na Rubensika, który zaczął dziwnie przebierać nóżkami. – Alicja, pies musi wyjść!
– To go weź! – odkrzyknęła babcia.
Dziadek westchnął, jakby został właśnie wysłany do sąsiedniej galaktyki po masło, po czym z głośnym stęknięciem wstał z fotela.
Zwolniona na razie z obowiązku opisywania swojego pendrive’a, towarzyszyłam babci w przygotowywaniu obiadu, gdy nagle patrząc na mnie chrząknęła, jakbym zrobiła coś nie tak.
– Rozepnij guziki – powiedziała wymachując widelcem. – Masz czym oddychać, musisz to światu pokazywać.
Jeszcze bardziej? Przecież w windzie już rozpięłam dwa guziki koszuli, żeby babcia nie narzekała, że się noszę, jakbym miała zamiar zostać dziewicą konsekrowaną.
Zajęłam się robieniem herbaty, kiedy babcia już nakładała moje ulubione danie, indyka w morelach, na talerze.
– Malina, wyjrzyj teraz przez okno – poleciła mi chichocząc.
Dziadek szedł właśnie chodnikiem z tym małym spaślakiem. Część idących niedaleko ludzi na jego widok zawracała lub pospiesznie wyjmowała telefon głośno rozmawiając ze sobą.
– Taki młody mężczyzna spod dwójki, swoją drogą kawaler, ostatnio kucnął obok gołębi i zaczął gruchać razem z nimi, żeby tylko do niego Bogdanek nie podszedł – westchnęła teatralnie. – Mówię mu, że są młodzi i nie mają czasu, żeby załatwić mu te rzeczy w dwa dni, ale on się upiera. Od kiedy przestał pracować, stał się strasznym poganiaczem niewolników, nic tylko każe sobie coś ściągać
z Internetu.
– Przykro mi? – nie wiedziałam, co powiedzieć.
– Ale mamy do ciebie jeszcze jedną sprawę – powiedziała nieco podejrzanym tonem.

Kiedy usiedliśmy przy stole, dziadek postawił przede mną butelkę nalewki.
– Naszej roboty – powiedział.
– Nie wiem, czy powinnyśmy naszą wnuczkę rozpijać – powiedziała babcia.
– Jest dorosła, już jest rozpita – zażartował dziadek.
Ta, impreza co tydzień. Jednak nie wypada nie wypić chociaż trochę tej nalewki. Upiłam łyka z małego kieliszka. Bałam się, że będzie paląca i gorzka, ale o dziwo poczułam głównie słodki smak wiśni.
– Zapisać ci ten stół? – zapytała babcia.
– Zapisać?
– W testamencie. Musimy coś z tymi meblami zrobić. Chcesz stół? Z krzesłami. Będzie w sam raz, jeśli się wyprowadzisz. I który zegar?
W samym salonie wisiało ich pięć. Wielkie, drewniane, imitujące starocie, zegary.
– Tamten? – wskazałam na najmniejszy z nich.
– Świetnie – powiedziała zadowolona. – A który obraz?
Nerwowo popijałam nalewkę, której dziadek ciągle mi dolewał, udając, że się zastanawiam. W końcu udało mi się przebić przez oferty babci.
– Wybieracie się gdzieś? – zapytałam niepewnie.
– Na razie nie – zaśmiała się. – Ale wiesz jak to jest ze staruszkami, jednego dnia biegają dziarsko z laseczką po mieście, drugiego ich grzebią.
Obiad zatrzymał mi się w przełyku, szybko popiłam go nalewką.
Dziadek poszedł zażyć swoją poobiednią drzemką, ja usiadłam z babcią na fotelach z herbatą i ciastem. Kiedy z sypialni dobiegło głośne chrapanie, babcia ściszyła nieco głos.
– Wiesz, Malinko, powiem ci coś w sekrecie – powiedziała, przeżuwając jeszcze deser. – Miałam kiedyś bliskiego przyjaciela, kiedy byłam w twoim wieku. Myślałam, że spędzimy ze sobą całe życie. Chodziliśmy razem na zabawy, uczyliśmy się do egzaminów, cieszyliśmy się razem, wspólnie też się smuciliśmy. Aż przeprowadziłam się z rodziną do innego miasta. Mieliśmy do siebie pisać, ale nigdy nie dostałam od niego żadnej odpowiedzi. Myślę, że moje listy do niego nie dotarły, jestem pewna, że by mnie szukał. Pewnego dnia, kiedy twój tata miał może dwanaście lat, został sam w domu. Wtedy do drzwi zadzwonił nieznajomy mężczyzna. Wiem tylko, że zostawił dla mnie kilkanaście pięknych kwiatów, ale nie powiedział nic o sobie. Albo twój tata tego nie zapamiętał – dodała smutno.
Spojrzałam na talerz, na babcię, na talerz i na babcię. Świat dzisiaj był wyjątkowo chwiejny.
Ponieważ byłam już po kilku kieliszkach nalewki, która chyba jednak nie była tak delikatna, jak mi się wydawało, nic nie powstrzymało mnie przed popełnieniem jednego z największych błędów w moim życiu.
– Ale wiesz, że te kwiaty zostały po zakończeniu roku szkolnego? Tata nie rozdał wszystkiego, więc z dziadkiem postanowili ci zrobić dowcip. No przecież musieli ci o tym powiedzieć.
Babcia siedziała w ciszy dobre kilka chwil, bardzo długich chwil. Niedobrze. Nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć, żeby to naprawić.
– Naprawdę? – zapytała w końcu, głośno przełykając ślinę.
– Nie, coś ty – odparłam z pijacką pewnością siebie. – Chodzi o inną babcię.
– Eleonorę?
– No, no, właśnie tę. I innego syna.
– Wujka Stanisława?
– Nie, jeszcze innego. Nie znasz. Nikt nie zna. Babcia się do niego nie przyznaje przez ten numer. Bo wiesz, miała taką samą sytuację, co ty. Co za dziwny zbieg okoliczności! Tylko że jej nie odwiedził żaden mężczyzna, to był tylko żart. Ale do ciebie z pewnością tamten facet przyszedł. Pewnie zapomniał, gdzie mieszkasz. Zgubił się. Wiesz, nie było wtedy telefonów, wyobrażam sobie jak łatwo się zgubić.
Babcia chyba łyknęła. Albo miała mnie za głupszą, niż jej się wydawało.
– Może jednak wezmę tamten zegar.

Kiedy wróciłam do domu, chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę swojego pokoju.
– Czy ty jesteś pijana? – zapytała mama.
– Nie wiem – odparłam, próbując otworzyć drzwi nosem.
– Jak to się stało? – zapytał tata.
– Może w końcu poszła na imprezę studencką? – zaśmiała się Róża.
– Mówiłam jej, że alkohol jest niezdrowy – mama westchnęła głośno. – Ale może chociaż kogoś tam poznała.
– Przecież Malina była u dziadków – powiedział tata.