Wczoraj miałam ostatni egzamin w sesji. Czas na lenistwo. Oficjalne lenistwo, zaaprobowane przez społeczeństwo, bo jak się okazuje, obowiązkiem studenta po sesji jest solidne odreagowanie. Dlatego zjadłam dzisiaj trzy kawałki ciasta marchewkowego.
Jako że za chwilę Walentynki, kumpelki mamy rzuciły się na mnie, żebym uszyła im coś wyjątkowego na to święto. Niestety, nie miały na myśli eleganckiej sukienki na kolację, a raczej bardziej skąpy strój na to, co po kolacji będzie się działo. Płacą więcej, niż za kostiumy na bal przebierańców dla ich dzieci, ale moja terapia będzie dużo droższa.
Kończyłam właśnie ostatni kostium, niegrzeczną Smurfetkę, kiedy zadzwoniła do mnie Kinga.
– Wiesz, że jutro są Walentynki?
– Pamiętam, mam już kupione babeczki. Zaprosiłam na wieczór Michała.
– Zawsze go zapraszamy – zawiesiła głos na ostatniej samogłosce. – A, zaprosiłaś go
z towarzystwem.
– Wspomniałam, że jeśli Samuel jest tego dnia wolny, to też może wpaść.
– W porządku. Ale najpierw mogłybyśmy pójść do kina.
– Tak, na Batmanie Lego jeszcze nie byłyśmy.
– Miałam na myśli coś bardziej dla dorosłych…
Nastała dłuższa cisza, ponieważ zastanawiałam się, o jaki film może jej chodzić, a Kinga nie miała zamiaru tego powiedzieć na głos. Ach.
– Kobieto, mało ci po pierwszej części? – zapytałam. – Wiesz, co tam się będzie działo. Christian, Ana, Christian, Ana, to boli, tak ma być, nie, odchodzę, no spoko, ale odwieś pejczyk przed wyjściem, och, ale ja cię tak kocham. Myślisz, że druga część będzie lepsza?
– Malina, ja codziennie muszę patrzeć na swojego sąsiada, jak w dziurawych bokserkach 
i zapaćkanej bluzie pali papierosa na balkonie. Jeszcze chwila i zapomnę, jak prawdziwy mężczyzna może wyglądać. A Jamie Dornan nawet przez ekran pachnie ekskluzywnymi perfumami.

Bilety chciałyśmy kupić w automacie, żeby uniknąć drobnej niezręczności przy kasie. W zeszłym roku to na mnie spadło proszenie o dwa miejsca z tyłu na „ten film o dziewiętnastej”. Rozglądając się, czy nikt nie widzi i zasłaniając ekran naszymi ciałami, kliknęłyśmy na odpowiedni seans. Po zapłaceniu nadszedł czas na drukowanie biletów. Wyszedł jeden, drugi zaginął w akcji. Po chwili zastanowienia , czy kupić jeszcze jeden, czy może przyłożyć automatowi solidnym kopniakiem, zdecydowałyśmy się podjąć bardziej dojrzałą decyzję. Akurat przechodził obok nas pracownik kina, więc zatrzymałam go, niestety używając do tego swojego dzidziusiowego głosu.
– Co się stało? – zapytał chłopak miną pokazując nam, że nie chce tutaj być.
My też nie.
– Bilet się nie wydrukował – powiedziała Kinga, kiedy chłopak się wpatrywał w nas pytająco.
– A na jaki seans?
– Czy to ważne? – przełknęłam głośno ślinę, nerwowo jeżdżąc suwakiem kurtki w górę i dół. – W końcu to wina automatu…
– Wydaje mi się, że trzeba będzie sprawdzić, czy ten bilet został kupiony, czy może automat go nie zarejestrował.
Wymieniłyśmy się z Kingą przerażonymi spojrzeniami.
– Na Greya – wyszeptała w końcu.
– Ciemniejsza strona Greya, tak? – powiedział na tyle głośno, że ludzie stojący
w kolejce do kasy spojrzeli na nas bardzo oceniająco. Poważnie człowieku, poważnie?
– Tak, tak – wymamrotałam.
– Ola, bilet na
Ciemniejszą stronę Greya się nie wydrukował, co mam zrobić? – zawołał do swojej koleżanki stojącej przy popcornie. Z pięć metrów dalej.
– Sprawdź tam, gdzie się drukuje, może po prostu się zaklinował – odpowiedziała mu.
Chłopak sięgnął ręką głębiej, bez problemu wyciągając nasz zaginiony bilet.
– Życzę miłego seansu.
W tym kinie jesteśmy spalone.

Wchodząc w sali po schodach, przysłoniłam twarz nachosami. Z jednej strony, wszyscy widzowie jadą na tym samym wózku obciachu. No trudno, ale nie chciałam być wzięta za jedną z tych dziewczyn, które marzą, żeby młody milioner ciągle za nimi chodził i chciał patrzeć, jak przygryzają wargę. Znając siebie, gdyby ktoś kazał mi to zrobić, ja bym zagryzła górną. Nic, co byłoby warto sfilmować.
Film z każdą minutą coraz bardziej mnie denerwował. Dziewczyna dopiero co skończyła studia, a już jest asystentką w renomowanym wydawnictwie. Oczywiście.
Ja po studiach pewnie będę wciąż mieszkać z rodzicami, a za wypłatę stać mnie będzie na wyjazd do babci Eleonory do Podkowy.
– Ekhm, ktoś tu chyba nie wylosował ostatnio zadania – powiedziała Róża, kiedy wróciłyśmy do domu.
– Nie przed przyjściem gości, bo pewnie będziemy musiały zrobić z siebie ludzką kanapkę.
– Jest tam takie zadanie? – zapytała Kinga przeczesując nerwowo włosy.
– Dobra, weźcie się w garść – Róża wyciągnęła przed siebie nasz słoik.
Sięgnęłam po różową karteczkę.
– Niedobrze – wydusiłam.
– Co tam… O nie – Kinga otworzyła szeroko oczy, powoli wypuszczając z siebie powietrze. – Nie dzisiaj.
– Dzisiaj, dzisiaj – Róża przejęła kartkę, po czym głośno się roześmiała, prawie pociekły jej łzy. – Ha! Poczekajcie, przygotuję w salonie ukrytą kamerę.
„Zachowuj się jak bohaterka ostatnio obejrzanego przez siebie filmu”. Kiedy to pisałyśmy, obsesyjnie oglądałyśmy
Małą Syrenkę i wydawało nam się, że za kilka lat wciąż będzie to nasz cotygodniowy seans. Niedoczekanie.
– Podaj mi proszę serwetki – powiedziała Kinga rozkładając talerze w kuchni.
– I… uderz mnie przy tym?
– Nie, to ty mnie uderz – odparłam, kręcąc głową. – Kinga, to kompletnie nie ma sensu.
– Widzę was – powiedziała Róża, wyglądając ze swojego pokoju.
– Au, to boli – mruknęłam.
W końcu rozległ się dźwięk domofonu.
– Chyba nie będziemy musiały odgrywać sceny z restauracji – wyszeptała zaniepokojona Kinga.
– Miejmy litość, oni na to nie zasłużyli.
– Masz w ogóle jakieś koronkowe majtki, jak Ana?
– W tej samej szufladzie, co podbite serca przystojnych i bogatych mężczyzn.
Scena w restauracji, kiedy Christian każe Anie zdjąć swoje majtki, byłaby niezwykle niezręczna, gdybym to ja była główną bohaterką. Moja bielizna składa się głównie
z bambusowych majtasów, które regularnie kupuje mi babcia, czy tego chcę, czy nie.
Co więcej, nie zmieściłyby mi się w garści, żebym mogła je tak po prostu przekazać takiemu Christianowi. Zresztą, nie ma nic pociągającego w gaciach z Garfieldem.

Michał, Samuel i jakaś dziewczyna weszli do mieszkania, a razem z nimi zapach mocnych perfum.
– Malina, poznaj moją dziewczynę – powiedział z przejęciem Michał.
Nie żartował mówiąc, że kogoś ma. Romanse kuzyna zwykle kończyły się w trakcie pierwszej randki, kiedy dziewczyny uciekały przez okno w toalecie. Ona zdawała się być tutaj z własnej woli, nie szukała wzrokiem najbliższego wyjścia. Coś nowego.
Podeszłam do nich, żeby się przywitać, ale po drodze potknęłam się o swoją za dużą stopę i resztę dystansu pokonałam ślizgając się na brzuchu prosto pod nogi dziewczyny. Mówiłam rodzicom, że jeśli trzymają mnie w domu, nie mogą mieć tak lakierowanej podłogi.
Samuel pomógł mi wstać, co było podwójnie niezręczne, bo stęknął przy tym cicho. Pięćdziesiąt twarzy żenady. Żeby wczuć się jeszcze bardziej w Anę, przygryzłam wargę, szczęśliwie dolną, i zamrugałam kilkakrotnie.
– Uderzyłaś się? – spojrzał na moje usta.
To powinien być ten moment, kiedy on patrzy na mnie, ja patrzę na niego i już wiemy, że na kolejnego Deadpoola pójdziemy razem. Jednak nie było tak romantycznie.
– Nie, to nic takiego – odparłam chichocząc głupkowato. – Zapraszam. Do środka.
I stołu.
Ten wieczór nie mógł być gorszy. Nie byłam nigdy duszą towarzystwa, ale nagle musiałam się słodko jąkać i mówić o sobie jak o ostatniej sierocie. Dziewczyna Michała, Kasia, patrzyła na mnie 
z politowaniem.
– Lubicie być singielkami? – zapytała Kasia.
Dosyć inwazyjne pytanie.
– Cóż, lubię jeść… – zawahałam się. To chyba nie w stylu Any. – Kinga?
Nagle Róża weszła do kuchni na kontrolę, udając, że chce zrobić sobie herbatę.
– Jeśli z czymś nie możesz walczyć, musisz to polubić – powiedziała.
– Czy ty cytujesz Greya? – zapytała mile zaskoczona Kasia.
– Cytujesz Greya? – zapytałam nieco mniej entuzjastycznie.
– Mam dobrą pamięć… – wyjaśniła.
– Uwielbiam ten cytat! Przeczytałaś już wszystkie części? Ja tak bardzo nie mogę się doczekać trzeciego filmu. Na dwójce byłam już dwa razy.
– Nie przeszkadza ci to, że książka jest o toksycznym związku? – zapytał Samuel.
– Może zrobię wam coś do picia? – Michał postanowił skończyć dyskusję, zanim się zaczęła.
Nagle rozległ się donośny dźwięk lądującej Tardis. Przez chwilę miałam nadzieję, że moje życie za moment się odmieni i pozwiedzam inne galaktyki. Przecież to nie mógł być mój telefon, bo wszyscy ludzie, którzy mogli do mnie napisać, siedzieli obok mnie.
„Wszystkiego najlepszego”.
Od Maćka. Dziwne, przecież nie mam urodzin. Pokazałam po kryjomu wiadomość Kindze, może ona będzie wiedziała, o co chodzi.
– Maciek ci składa życzenia walentynkowe? – prawie krzyknęła, gubiąc swoją wewnętrzną Anę.
– Może pomylił numer – powiedział Michał.
– Chyba że wróci do kraju – uśmiechnęła się Kinga.
– Może w coś zagramy? – zapytałam.
– Walentynkowe wyzwania? – zaproponowała Kasia.
Wstanie z łóżka było dzisiaj największym wyzwaniem.
Jednak dla dobra Michała nie oponowaliśmy. Było to trudne, bo Kasia zażądała wymienienia wszystkich ludzi, z którymi się całowaliśmy.
– Mój przyjaciel, taki fotograf, kiedyś mnie pocałował, ale wtedy przyszedł mój zaborczy chłopak i go odepchnął – powiedziałam.
– Ej, ej, to tak samo, jak Kinga – zauważyła Kasia, chichocząc.
– Naprawdę? – zapytałyśmy jednocześnie.
Żeby nie wysłuchiwać zbyt graficznych kłamstw Michała, usprawiedliwiłam się podsłuchującą młodszą siostrą i zaproponowałam kalambury.
Gdy przyszła moja kolej, planowałam zademonstrować scenę, gdy Natasha Romanoff była przywiązana do krzesła, żeby potem skopać bandziorom cztery litery. Żeby nie wypaść z roli Any, kazałam związać się krawatem. Mój plan się nie powiódł, bo nagle Kasia zaczęła mówić coś o włączonym żelazku w jej mieszkaniu. Michał bardzo się ucieszył na tą wieść i już ich nie było.
– Rozwiązać cię? – zapytał nieśmiało Samuel.
Zręczniej byłoby, gdyby zrobiła to moja przyjaciółka, ale przed chwilą wyszła do łazienki.
– Kinga była harcerką – wyjaśniłam, kiedy Samuel nie mógł poradzić sobie z supłem.
Wtedy do mieszkania weszli rodzice, tak po prostu, bez żadnej zapowiedzi. Przynajmniej w dobrych humorach, czyli solidnie najedzeni walentynkową kolacją. Kiedy nas zauważyli, stanęli jak wryci, nie wiedząc, jak się zachować.
– To jest mniej dziwne, niż myślicie – wydusiłam.
– Widzę – odpowiedziała z uśmiechem mama, zdejmując szalik. Tata unikał kontaktu wzrokowego.
– Może pójdziemy jeszcze na spacer – zaproponował.
Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, mama parsknęła śmiechem.
– Kalambury?
– Domyślam się, że
Avengersi.