Udawanie dziewczyny Sokoła nie było takie złe. Regularnie przynosił mi ciasto marchewkowe, podwoził na uczelnię i pożyczał kurtkę, kiedy mi było zimno. A że wyglądał jak surfer, mogłam się nim z dumą obnosić. Plan prawie idealny.
– Musisz znaleźć sobie kogoś na pocieszenie – oznajmił Sokół, kiedy jechaliśmy jego samochodem.
– Po co?
– Żebyś zapomniała o Samuelu – podrapał się bo brodzie. – Ale mówiłem ci, że nie musisz go okłamywać. Po prostu spotykajcie się z dala od moich znajomych.
– Po to umówiliśmy się na udawany związek, żeby Samuel zrozumiał, jakim jest bidonem.
– Dzbanem, młodzi mówią dzbanem – wtrącił.
– To czemu Róża… nieważne – sięgnęłam do schowka w poszukiwaniu wczorajszej czekolady. Przecież nie zjedliśmy całej. – Co bym mu powiedziała? Że czekałam na niego całe pół roku i po upokorzeniu w tamtym barze wciąż chcę się z nim spotykać?
– A to nie jest prawda?
– On musi myśleć, że jestem chciana przez innych. Że mogę mieć przystojnego chłopaka, który jest dosyć bystry i bardziej mięsisty niż on – poklepałam Sokoła po jego wiecznie napiętym bicepsie.
– Łezka mi się w oku zakręciła.
– Chcesz? – powiedziałam, wyciągając ze schowka ciasteczka, które kupiliśmy dwa dni temu. Co za znalezisko.
Sokół pokręcił głową i wlepił wzrok w drogę. Zdawał się być nieco przybity. W końcu wracaliśmy z domówki jego znajomego, żeby pokazać się przed jego byłą dziewczyną, a ona nie patrzyła na nas tak często, jak powinna. Właściwie w ogóle nie zwracała na nas uwagi.
– Myślisz, że Kamila była zazdrosna? – zapytał beznamiętnie, wpatrując się w czerwone światło.
– Pewnie – odparłam zbyt wysokim tonem, prawie dzidziusiowym. – Zerkała, jak nie patrzyłeś.
Malina Prawdomówna III. Moimi insygniami są trzy pączki.
Sokół się nie uśmiechnął, bo nie miał tego w zwyczaju, za to podniósł wyżej jedną brew.
– Serio, pobaw się trochę – powiedział, skręcając gwałtownie.
– Dlaczego brzmisz jak moja matka – wymamrotałam, przeżuwając. – A ty się bawisz?
– Na razie nie mam ochoty – mruknął.

Ta nieco depresyjna podróż samochodem dała mi trochę do myślenia.
Jeśli miałabym się zejść z Samuelem, zeszłabym się z nim dużo wcześniej. Mieliśmy na to aż za dużo okazji.
Dlatego założyłam Tindera.
Tak, wiem.
Malina, 21 lat. Dużo jem. Szyję kostiumy”.
Zapraszam panowie, taka okazja się często nie zdarza.
Sparowało mnie z kilkoma osobami, w tym z pewnym Piotrkiem. 27 lat, skończył politechnikę. Nie rozmawialiśmy długo, ale nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego.
Jak każdy psychopata.
Ale może jest miły. Kto wie. 

Spotkaliśmy się w centrum. Gdyby okazało się, że jednak jest mordercą, to wszędzie byli ludzie. Chyba nie zechciał by mnie dźgać przy takim tłumie. Chyba.
Był brzydszy niż na zdjęciach. Już nie było mi głupio, że ja byłam grubsza.
Ale co gorsza, on nie zamierzał wynagrodzić swojego wyglądu miłym usposobieniem.
– Czym się zajmujesz? – zapytałam, naśladując intonację głosu mamy, kiedy rozmawia z innymi dorosłymi.
– To prywatna sprawa – odparł z półuśmieszkiem. – Widzisz, seks teraz nie jest tabu, a finanse są.
Chyba znowu ktoś, kto zarządza naszym Matrixem, wyciął kawałek rozmowy. O czym on mówił?
– To coś nielegalnego? – zażartowałam. Chyba.
– Zgadnij – uśmiechnął się niemal tajemniczo.
To mi rozrywkę zapewnił.
– No powiedz, gdzie pracujesz – rzuciłam lekko zirytowana, kiedy przez piętnaście minut nie był w stanie tego wydusić. Im bardziej on się przed tym bronił, tym bardziej ja napierałam, bo zaczynało to być podejrzane. – Ja ci powiedziałam.
O moim wielkim biznesie szycia kostiumów na przyjęcia urodzinowe.
Nie, Malina, to nie czas na poczucie niższości.
– Może później. 
Co powiesz na piwo? – zapytał.
Wolałam wrócić do domu i zawinąć się w puchaty koc, ale jak już miałam być na randce, to niech to będzie randka z prawdziwego zdarzenia.
A tak właściwie, to jak wyglądają prawdziwe randki…?
Weszliśmy do niezwykle obskurnego pubu w piwnicy jednej z kamienic.
Zapaliły mi się wszystkie czerwone lampki, ale szybko zgasły, bo mój instynkt samozachowawczy już się poddał.
– Jakie piwo chcesz? – zapytał Piotrek, kiedy usiadłam przy stoliku w rogu.
– Jakiekolwiek – odparłam, bo nie wiedziałam, jakie piwo można chcieć.
Przynajmniej stawiał.

Piotrek rozgadał się na temat wodociągów. Człowiek-zagadka.
Jak to spotkanie zakończyć…
– Nie próbuję cię zaciągnąć do łóżka, bo jestem zaręczony – wtrącił nagle w swoją opowieść.
Chwila.
Co.
Błagam, powiedzcie mi, że ludzie siedzący obok też to usłyszeli.
Dobra, zacznijmy od zdania nadrzędnego.
Nie próbuje mnie zaciągnąć do łóżka. Prędzej spodziewałabym się, że będzie próbował mnie wciągnąć w jakąś piramidę finansową, ale dobrze, że możemy to wykreślić z listy.
Teraz zdanie podrzędne.
Jest zaręczony. Umawia się z przypadkową dziewczyną z Tindera, kiedy jest zaręczony.
Co jest.
Musiałam patrzeć na niego wyjątkowo otępiałym spojrzeniem, bo wyjaśnił, niemrawo się uśmiechając.
– Moja narzeczona jest na Erasmusie – powiedział i wtajemniczył mnie w kilka szczegółów.
On się bez niej nudzi, więc się umawia. Ale tylko z dziewczynami. Narzeczona o tym wie, ale nie jest zadowolona. Dziwne.
– Aha – odparłam. I się maniakalnie roześmiałam.
Tak jak u ludzi występuje reakcja „walcz – uciekaj”, u mnie została zastąpiona „śmiej się, jakbyś zamieniała się w Jokera – stój jak słup soli”.
– W porządku – dodałam, urywając rżenie.
Dlaczego ja traciłam czas na kogoś takiego, kiedy mogłam siedzieć tu z Samuelem. Wystarczyło do niego zadzwonić.
Nie, Malina, weź się w garść. Bawisz się. Rozrywasz. Randkujesz.
Z zajętym i naprawdę osobliwym facetem w pubie śmierdzącym pleśnią.
Czyli tak teraz wygląda teraz moje życie.
– Nie zrozum mnie źle, jesteś bardzo ładna – dodał prędko.
O, czyli babcia Alicja mnie nie okłamywała.
– Jak myślisz, czy tutaj jest zdatna woda do picia? – zapytałam.
Rozgadał się. Dobrze.
– Jeszcze jedno? – spojrzał na moje wypite do połowy piwo.
– Tyle mi wystarczy.
-No coś ty, myślałem, że cię dzisiaj upiję – zaśmiał się.
Jedna z czerwonych lampek ostatkiem sił zamigotała. Definitywnie czas na ewakuację.
– Wiesz, będę się zaraz zbierać, późno już.
Dochodziła dziewiętnasta. Ale tak, tak, późno.
– Mam wrażenie, że cię czymś uraziłem – powiedział, przecierając palcem brzegi szklanki.
Urazić, przestraszyć, jak zwał, tak zwał.
Ale postanowiłam być szczera.
– Wiesz, trochę dziwnie, że masz narzeczoną, a jesteś tu ze mną.
– Inne dziewczyny nie miały z tym problemu – dodał, wzruszając ramionami.
Rety, ja naprawdę byłam pod kloszem chowana.
Piotrek nie przestawał się uśmiechać w sposób, jakby miał coś do ukrycia. Może ta jego narzeczona od roku rozkładała się w jego łóżku. Wyjaśniłoby się, dlaczego nie chciał mnie tam zaciągać.
Bałam się, że jeśli teraz wyjdę, on się nie odczepi. Trzeba było załatwić sprawę inaczej.
– Pójdę przypudrować nosek – powiedziałam prędko.
Kiedy znalazłam się w ciasnej i dosyć podśmierdującej toalecie, zadzwoniłam do Sokoła. Oczywiście, że nie odebrał. Napisałam mu nazwę tego miejsca, żeby przynajmniej policja wiedziała, gdzie mnie ostatnio widziano.
Wtedy zauważyłam na ścianie plakat. „Jesteś na randce, która nie idzie tak, jak się spodziewałaś?”
O, tak.
„Jeśli czujesz się nieswojo, zamów drinka Śpiąca Królewna. Pomożemy ci wyjść po cichu”.
Uratowana.
Podeszłam do barmana, nachyliłam się nad blatem i po upewnieniu się, że Piotrek wciąż siedzi odwrócony, wyszeptałam magiczne słowa.
– Śpiąca Królewna? Nie robimy takiego drinka – odparł głośno barman.
Pomachałam mu histerycznie, żeby ściszył głos.
– W łazience piszecie, że robicie – wycedziłam.
– W łazience – powtórzył ze zrozumieniem, potrząsając energicznie głową. – Wiesz, jestem tu nowy, ale słyszałem, że działkami zajmuje się Bartek – wyszeptał.
Trzymajcie mnie.
– Chodzi o wyjście stąd po cichu.
Od tego ściskania zębów już bolała mnie szczęka.
– Wyjście jest tam – wskazał mi drzwi, którymi weszliśmy.
– Dzięki – powiedziałam na odchodne i wróciłam do stolika.
– Wszystko w porządku? – zapytał Piotrek, widząc moją niemrawą minę.
– A u ciebie? – odbiłam piłeczkę, żeby wpadł w konfuzję.
– To teraz ja skoczę – powiedział.
– Juhu.
Naprawdę powiedziałam to na głos?

Chwyciłam płaszcz i zamierzałam się stamtąd ulotnić, kiedy torebka wyleciała mi z ręki i rozsypały się wszystkie moje rzeczy. Nie mogłam ich zostawić, bo spora część to moje ulubione batony owocowe.
Kiedy wszystko wróciło na swoje miejsce, Piotrek już był przy mnie.
W dzieciństwie życzyłam sobie na urodziny, żeby moje życie było takie, jak na filmie. Szkoda tylko, że nie wiedziałam wtedy o istnieniu Smarzowskiego.
– Wybierasz się gdzieś? – zapytał, rechocząc.
– Do toalety – odparłam, szczerząc się. – Kobieca przypadłość.
Jak nie drzwiami, to oknem.
Nieco ciasne. I dosyć wysoko.
Raz kozie śmierć.
Stojąc na palcach, otworzyłam okno i podskoczyłam. Odbiłam się jedną nogą od kaloryfera, druga zahaczyła o umywalkę. Grzmotnęłam boleśnie brzuchem o parapet pełen skruszonego tynku albo sproszkowanych zwłok poprzednich randek Piotrka. Starałam się podciągnąć, żeby najpierw wyjść stamtąd nogami, a nie polecieć na twarz, ale więcej stękałam, niż się ruszałam. Jak każdego wieczora na kanapie.
Nie, to się nie uda.
Ale chwila…
Tutaj handlują narkotykami. A ja mam numer do policjanta, który się narkotykami zajmuje. W końcu byłam kiedyś podejrzana o przemyt narkotyków do Łodzi.
– Z tej strony Malina…
– O nie – odpowiedział policjant.
Dzięki.
– Mam podejrzenie, że w jednym barze są narkotyki. Przyjedziecie teraz?
– Jestem po godzinach, ale niech mi pani poda adres, to się temu przyjrzę.
– Nie, potrzebny jest pan teraz.
– Czy jest coś, o czym pani mi nie mówi? Zaangażowała się pani w…
– Chyba sobie wyjaśniliśmy, że jako chodzący przypał nie jestem zdolna do umyślnych nielegalnych aktywności – zawiesiłam dramatycznie głos.
– Czeka pani na zaprzeczenie?
– Czekam na radiowóz. Jestem na dziwnej randce, gość ma narzeczoną i chce mnie upić, boję się wyjść drzwiami, żeby nie poszedł za mną, a mój udawany chłopak nie odbiera ode mnie telefonu.
Usłyszałam głębokie westchnięcie.
– Przyjadę, ale tylko jeśli zrobimy to po mojemu.
Wróciłam do stolika pełna nadziei. Nawet jeśli pan policjant zamierza zrobić nalot na to miejsce i grzmotnąć mną o ziemię, było to lepsze niż czekanie aż Piotrek zaskoczy mnie czymś jeszcze.
– Nie pijesz już piwa? – zapytał, oblizując usta.
Teraz to już z pewnością nie wypiję.
– Za chwilę – odparłam. – Krótką chwilę…
Długo nie czekałam. Policjant wszedł do środka, ciężko tupiąc. Rozmowy ucichły, wszyscy uważnie go obserwowali. Nie był w mundurze, ale nie musiał być. Czuć było od niego zapach gliniarza. My, kryminaliści, dobrze wiemy jak ich rozpoznać.
Miałam ochotę mu pomachać, żeby mnie zauważył, ale to chyba zepsułoby efekt, jaki zrobił. Szczęśliwie w końcu mnie wypatrzył.
Ta, szczęśliwie.
Wyglądał jak niedźwiedź, który zaraz mnie rozszarpie. Przez chwilę słyszałam tylko łomot swojego serca.
– Joanna Kiełbasa, ukrywająca się pod pseudonimem „Malina”? – zapytał głośno swoim basowym głosem.
Nie wiedziałam, jaki jest jego plan, ale trzeba było za nim podążać. Tylko… Joanna Kiełbasa? To nie ma już żadnych atrakcyjnych nazwisk dla młodej femme fatale?
– Tak… – odparłam przestraszona. Nawet nie musiałam udawać.
– Jest pani aresztowana – machnął odznaką i wyjął kajdanki. – Proszę się nie opierać.
Chciałam założyć na siebie płaszcz, ale nie mogłam trafić w lewy rękaw.
– Ręce – ryknął.
Dobra, dobra, spokojnie. Płaszcza nie udało mi się do końca założyć, torbę przewiesiłam przez ramię i wystawiłam trzęsące się dłonie, żeby mógł mnie skuć.
– Nie powiem niczego, dopóki nie przyjdzie mój prawnik – próbowałam krzyknąć zajadle, kiedy zakładał mi kajdanki. – Uch, zimne.
– Żaden prawnik ci tu nie pomoże – odburknął. – Tym razem nam nie uciekniesz.
Nagle ludzie zaczęli udawać, że nie zwracają na nas uwagi. Ta, jasne. Pewnie po naszym wyjściu odbył się zbiorowy oddech ulgi.
Doszliśmy w milczeniu aż do metra. I dopiero wtedy mnie rozkuł.
– Dziękuję – powiedziałam. – To było lepsze niż zwykła interwencja.
– Lubię aresztowania – odparł, drapiąc się bo swoim dużym nosie. – Podwieźć panią gdzieś? – Nie, dzięki, mój niby chłopak właśnie się odezwał – zerknęłam na telefon i szybko wysłałam sms do Sokoła. – Ale poważnie, sprawdźcie to miejsce.
– Sprawdzimy.
– Może chce pan, żebym też przyszła? W końcu wiem już, co i jak. Nie moje pierwsze zetknięcie z tym zakazanym światem. O, wiem! Pan będzie twardym policjantem, a ja urokliwą konsultantką i swoimi niepospolitymi metodami będę rozwiązywać morderstwa…
– Zajmuję się narkotykami.
– Jeszcze lepiej, nie będę patrzeć na zwłoki.
– Nie, zwłoki i tak… nieważne – pokręcił głową. – Żegnam.
– Raczej do zobaczenia – poprawiłam go.
– Tego się obawiam – powiedział, już idąc w przeciwną stronę.

Sokół zatrzymał się przy Świętokrzyskiej, w niedozwolonym miejscu. Nie zamykając nawet drzwi samochodu, podbiegł do mnie i mocno objął.
– Sokół, czy to są emocje? – zapytałam nieco zduszona.
– Nie – odsunął się. – Ale Malina… Piwo w takim miejscu z obcym gościem? Jak w końcu wyszłaś?
– Pamiętasz tego policjanta, który nas aresztował? Znowu to zrobił – odparłam, pokazując prawie obolałe nadgarstki.
– Czemu…
– Zadzwoniłam do niego. Mam wtyki. Teraz proszę, chodźmy na ciasto marchewkowe.

Ciąg dalszy nastąpi.
Niestety.