– Jedziesz.
– Nie ma mowy.
– Malina, nie wygłupiaj się. Jedziesz.
– Zostawcie. Mnie. W. Spokoju.
– Żebyś tyle energii wkładała w ćwiczenia, ile wkładasz w blokowanie drzwi, to może być wyglądała jak ta Whooper Woman – mama stanęła nade mną z niezadowoloną miną.
– Whooper to hamburger, masz na myśli Wonder Woman – poprawił ją tata.
– Malina już jest Whooper Woman – dodała Róża.
Wszyscy mieli skrzyżowane ręce i okrutne spojrzenia.
– Przecież powinnaś się cieszyć, będzie tam Samuel – uśmiechnęła się mama.
– On jest mi obojętny. Chcę spać.
Siedziałam na walizce, którą zastawiłam drzwi wyjściowe. Spakowałam się, bo jeszcze wczoraj myślałam, że wyjazd z Michałem, Samuelem i Kingą jest świetnym pomysłem. Potem spojrzałam w lustro. Jak wspominałam naszą prawie randkę, na której tańczyliśmy i śpiewaliśmy, wyglądałam jak Emma Stone, a śpiewałam i poruszałam się trzy razy lepiej. 
Jednak kiedy przypominałam sobie, że jestem zwykłą Maliną, która stęka, kiedy wstaje z kanapy, czar prysł.
Zrobiłam z siebie idiotkę.
Od tego czasu się nie widzieliśmy. Jestem pewna, że Samuel teraz krzywi się na myśl, że doszło między nami do czegoś takiego. Gdybyśmy dali się ponieść, jeszcze byśmy się jakoś przytulili. Może nawet pocałowali… nie, fuj, to jeszcze nie ten etap.
Nie wiem co robić.
Naprawdę.
– Zatrzymamy się na lody – westchnęła mama.

Kinga nawet nie była zła, że musiała na nas czekać. Wpakowała się do samochodu z wielkim uśmiechem na twarzy.
– Jedziemy nad jezioro! – powiedziała śpiewnie. – To fantastyczne, prawda?
– Ta, świetne.
Jedziemy do domku rodziców Samuela. Na tydzień. Przez bite siedem dni będę musiała udawać interesującą osobę. Kto umie udawać tak długo? A nawet jeśli mi się to uda, to jak mam pokazać swoje szynki w kostiumie kąpielowym? Nie przeszkadzają mi, kiedy jestem na wakacjach z dziewczynami. Ale teraz będzie z nami Samuel. Nie mogę wydać mu się nieatrakcyjna. 
Może złamię nogi i będę musiała cały wyjazd przesiedzieć w długim gipsie? Nie, to chyba bez sensu.
Po godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na herbatę. I lody.
Siedziałam z Kingą na karuzeli, która stała tuż przy kawiarnianym ogródku, w którym siedzieli rodzice.
– Co jeśli toaleta jest tuż przy pokoju? Wszystko będzie słychać – pokręciłam głową. – A jeśli Samuel to brudas? Nie chcę znać go od tej strony.
– W razie czego powiesz, że się źle czujesz i wrócisz jeszcze dzisiaj z twoimi rodzicami.
Ale chłopaki tam są dopiero od dwóch dni, zdążyliby już zrobić bałagan, który by mi wszystko o nich powiedział?
– Miejmy nadzieję.

Nie zrobili. Może dlatego, że rodzice Samuela jeszcze tam wypoczywali. Mieli zostać do jutra. Jedna noc z potencjalnymi teściami, dam radę. Chyba.
Kiedy przyjechaliśmy, od razu wyszedł po nas Michał i otworzył bramę. Ogród był niewielki, ale jak się po chwili okazało, z tyłu domu zmieściły się ławy ogrodowe i obszerny stół. Staliśmy w salonie, rozmawiając o… Sama nie wiem o czym. Właśnie wyobrażałam sobie nasze śniadania na świeżym powietrzu. Nagle na górze rozległo się tupanie. Wtedy po małych schodkach zaczęły schodzić nogi ubrane w ciemne jeansy. Potem do nóg dołączył tułów w koszulce z Flashem, a na koniec głowa ozdobiona brązowymi, fruwającymi włosami. Gdy oczy Samuela zatrzymały się na mnie, uśmiechnęłam się. Kobieto, stój, nie, przestań. Miałam zamiar uśmiechnąć się zalotnie, ale ja nigdy się tego nie nauczyłam. Chyba że interesują go trzy podbródki, gdzie usta to jeden z nich, wtedy mogę mieć szansę.
Malinko, podziękuj ładnie – powiedziała mama, kiedy ojciec Samuela wręczył mi dodatkowe klucze.
Musiał mi pomachać nimi przed nosem, bo byłam zapatrzona w jego syna, jakbyśmy zaraz mieli wyjechać i walczyć z potworami.
– Podziękowałam – wymamrotałam. W końcu coś tam odruchowo odburknęłam.
– Nie słyszałam – mama wzruszyła ramionami.
Mama zawsze traktowała mnie jak opóźnionego cielaczka, ale mogłaby chociażby udawać przy ludziach, że mam prawie dwadzieścia lat.
– Zostaniecie na obiedzie? – zapytała mama Samuela.
Nie, nie, nie, nie.
– Z przyjemnością – odparł tata.
Oczywiście.
Mama upokorzyła mnie tylko trzy razy. Nie wliczając opowieści z dzieciństwa. Ale ja sama też siebie nie oszczędzałam.
Jak każdy żyjący człowiek musiałam skorzystać z toalety. Nacisnęłam przycisk spłukiwania, ale wbrew moim oczekiwaniom z muszli wydobyło się jedynie pryknięcie. To nie działa w tę stronę, klozecie.
Nacisnęłam spłuczkę jeszcze dwa razy. Potem trzy.
Nic.
Woda leciała cichym strumyczkiem, jedynie muskając masę papieru, która tam zalegała. Mama mówiła, żebym przestała sobie robić papierowe siedzonka i najwyraźniej miała racje. Nigdy tego nie spuszczę w takim tempie. Trzeba iść po pomoc. Ale najpierw umyć porządnie ręce.
Szczęśliwie mama Samuela była w kuchni, kiedy reszta towarzystwa siedziała na zewnątrz.
– Przepraszam… – zaczęłam nieśmiało.
Mama Samuela była starsza od mojej mamy. Właściwie o to nie trudno, skoro moja mama ma tylko trzydzieści trzy lata i nie widać, żeby kiedyś to miało się zmienić. Ta kobieta miała calusieńkie siwe włosy, ale siwe w bardzo stylowy sposób. Kiedy tylko wycisnęła resztkę cytryny do dzbanka, spojrzała na mnie z przyjaznym uśmiechem.
– Tak, Malinko?
Malinko. Jak miło. Szkoda, że muszę tak bardzo zepsuć nastrój.
– Ja… Chyba… Wydaje mi się… Właściwie… Spłuczka nie działa – wydusiłam.
Mama Samuela spojrzała na mnie badawczo.
– Jacek! – zawołała. – Chodź tutaj, klozet znowu się zaciął.
Słyszeli to wszyscy.
Wszyyscy.
Musiałam wybrać się z panem Jackiem do toalety i obserwować, jak podnosi klapę, przyglądając się lecącej wodzie.
– Trzeba kilka razy szybko przycisnąć, wtedy ruszy – wyjaśnił z uśmiechem.
Mogłam na to wpaść i oszczędzić sobie upokorzeń. Teraz w ich rozmowach będę figurować jako „ta grubcia, co nie wie jak działa spłuczka”.

Wieczorem, kiedy rodzice już wyjechali, trzeba było się umyć. Zajmowałam z Kingą jeden pokój, a chłopaki drugi, tuż obok, łazienka znajdowała się na dole. Szczęśliwie nie udało mi się jeszcze zostać z Samuelem sam na sam, więc miałam nadzieję, że niesmak po ostatnim spotkaniu szybko się rozpłynie.
Weszłam pod prysznic. Kurki w tym domku były zrobione w najokrutniejszy możliwy sposób – jeden na ciepłą, drugi na zimną wodę. I teraz miałam wykombinować, który nastawić jak, żeby woda nie odmroziła mi kości. Oczywiście spektakularnie poległam.
– Przepraszam… – podeszłam do rodziców Samuela w samym ręczniku.
Nie, nie jestem ani amiszem, ani intelektualnie niesprawnym kosmitą. Nieporadność to dosyć powszechna cecha.

Następnego dnia rodzice Samuela wyjechali, przyglądając się mi niepewnie. Teraz trzeba będzie zacisnąć zęby i pokazać się publicznie w kostiumie kąpielowym. Gdybym była mądrzejsza, kupiłabym sobie jakiś czarny, klasyczny strój. Trwa sezon godowy, trzeba się wysilić. Ale ja musiałam wziąć ten co zawsze, z gigantyczną mordą spaniela. Wydawał się ładny, dopóki go nie założyłam. Dzięki moim kształtom pies jest w 3D i to nie w ten przyjemny dla oka sposób.
– Hej, a może pójdziemy na kajaki? – zaproponował Michał, kiedy rozłożyliśmy się na piasku.
– Tak! – Kinga niemal podskoczyła.
Ona, w przeciwieństwie do mnie, lubiła ruch się na świeżym powietrzu. Gdybyśmy się nie znały od dziecka, nie wiem, czy udało by nam się teraz zaprzyjaźnić.
Nie mogę pojąć kajaków. Nawet nie umiem wsiąść. Ostatnim razem siedziałam w czymś takim na wyjeździe integracyjnym w liceum. Oczywiście usiadłam odwrotnie, niż powinnam. Niby trzeba się natrudzić, żeby nie wejść do kajaka jak należy, a jednak.
– Nie bujajcie nimi, bo będzie niedobrze! – zawołała za nami pani wypożyczająca sprzęty.
Szybko wypłynęliśmy na środek jeziora. Szczęśliwie wiał wiatr i nie musiałam się bardzo męczyć.
– Płyniemy do końca i z powrotem? – zaproponowała Kinga.
Czemu tylko ja miałam na sobie zapięty kapok? Wyglądałam jak przedszkolaczek na zimowej wycieczce. Ale przecież to bezpieczeństwo, sprawa życia i śmierci, jeśli się kajak przewróci, to nie zatonę. Przynajmniej nie od razu. Czy taki mały kapok jest w stanie utrzymać mnie na powierzchni? Czy tylko ma to być placebo, dzięki któremu nie będę bać się wypłynąć na głębiny, gdzie już będzie czekać na mnie potwór, który dogadał się z miastem, że w zamian za dostawy ciał turystów będzie ofiarował władzom dobrobyt? Nie?
– Ścigamy się? – zawołał Samuel, wymachując wiosłem jakby to było przedłużenie jego rąk.
– Tak! – Kinga i Michał krzyknęli jednocześnie.
Nie miałam najmniejszego zamiaru się ścigać. Prędzej przyłożę sobie wiosłem w nos, niż za nimi nadążę.
– Do biegu, gotowi… – Michał nie krył ekscytacji, przez co brwi mu śmiesznie drgały.
Kiedy oni śmignęli przed siebie, ja ruszyłam w drugą w stronę. Będę udawać nonkonformistkę, żebym nie musiała być tą, która zasapana macha do nich z drugiego końca z prośbą o podwózkę.
Zatrzymałam się, pozwalając, żeby poruszał mną tylko delikatny ruch jeziora. Jaki piękny widok, czyste niebo i gęsto poustawiane drzewa na horyzoncie. Wreszcie mogę pomyśleć w spokoju.
Nagle coś obok mnie przepłynęło. To chyba nie ten potwór, prawda? Przechyliłam się, żeby przyjrzeć się temu z bliska. Nagle coś zabulgotało. No nie, to naprawdę potwór. Rozejrzałam się w popłochu i jak najszybciej ruszyłam w stronę pomostu. Jednak bulgotanie się nie kończyło.
Skąd…
O nie. To mój kajak. Zalewa się wodą. Im szybciej płynie, tym więcej wody się wlewa. Ale nie mogę się zatrzymać, bo on pójdzie na dno, a ja będę musiała go odkupywać. Chyba że utonę. Nie dzisiaj, no.
Płynęłam ostrożnie w stronę pomostu, a mój pojazd tonął coraz bardziej. Nie mogłam krzyczeć do ratownika, bo inni by też to usłyszeli i zostałabym pośmiewiskiem wczasowiczów przez resztę wyjazdu.
Moje cztery litery już były pod wodą.
Kajak zaczął tonąć dziobem w dół. Przynajmniej powoli zbliżałam się do brzegu. Szczęśliwie nagle zauważył mnie ratownik. Pomachałam mu nieśmiało, na co on zaczął iść pomostem, wskoczył na pomarańczową łódkę i ruszył w moją stronę.
– Koleżanka chyba potrzebuje pomocy?
Pokiwałam energicznie głową.
– Coś mnie łaskocze w stopy – powiedziałam.
– Spokojnie, nie wszystkie nasze ryby gryzą – zaśmiał się złowieszczo. – A może to zaskroniec…
Myślałam, że trudno będzie mi się wpakować na łódkę, ale jak wyobraziłam sobie zaskrońca wijącego się przy mojej stopie, podskoczyłam i dwie sekundy później już trzymałam się kurczowo pana ratownika. Jak się później okazało, miał na imię Błażej. Mój nowy kumpel, Błażej. Może być.
Zabrał wadliwy kajak i odprowadził do brzegu, śmiejąc się ze mnie niezbyt cicho.

Oddałam wiosło i kapok, po czym usiadłam na pomoście czekając na szczęściarzy, którym udało się dobrze bawić.
– Co się stało? – zapytała zaniepokojona Kinga, kiedy do mnie dotarli.
– Błażej przepływał obok mnie, zaczęliśmy rozmawiać, więc przenieśliśmy się na pomost i tak już zostałam.
– Błażej…? – zapytał Michał ze zdezorientowaną miną.
– Ratownik – wyjaśniłam.
– Ten łysy i stary? – Kinga głową wskazała na pana Błażeja.
– Był drugi, ale musiał już iść – odparłam bez zawahania. – Przystojny i męski.
Michał prychnął pocichutku.
– Idziemy jeść? – zapytałam.