Przypomniałam sobie dzisiaj rano, że nie zrobiłam prania, przez co nie mam bielizny na występ. A sukienka, która wybrałam, była zbyt krótka, by nawet pomyśleć o podjęciu takiego ryzyka.
– Znalazłam twoje majtki – powiedziała mama, wchodząc do mojego pokoju, po tym jak zmobilizowałam cały dom do szukania jakiejś zagubionej pary.
Patrzyłam to na mamę, to na majtki.
– Te są taty.
– Naprawdę? – spojrzała na czarne bokserki, które trzymała w dłoni.
Żeby to był pierwszy raz, kiedy pokazuje gacie ojca i myśli, że to moje.
A dzisiaj tak ważny występ. Koncert na zakończenie warsztatów wokalnych.
Dlaczego się na nie zapisałam? Nie lubiłam występować. W ogóle nie lubiłam, jak ludzie na mnie patrzyli.
Ale któregoś dnia pokłóciłam się z mamą i pomyślałam, że jej udowodnię, że nie jestem taką ofiarą losu, za jaką mnie ma.
Cóż.

Zanim doszło do koncertu, przeżyłam dwanaście mniej i bardziej traumatycznych warsztatów w kilkunastoosobowej grupie. Prowadzącym był młody muzyk, Max. Przez „x”. Gdyby ktoś chciał zamordować jego imię, wiedziałby gdzie celować. I oczywiście, że Max był przystojny, bo upokarzanie się przed kimś, kto nie wygląda jak młody bóg, byłoby po prostu nudne.

Pierwsze warsztaty

Max uczył nas oddychania przeponą. Każdemu po kolei kładł ręce na swoim brzuchu i sapał intensywnie, żebyśmy dokładnie poczuli, jak prawidłowy oddech powinien wyglądać. Starałam się powstrzymać od nieco chichotu XIX-wiecznej panny na wydaniu i prawie mi się to udało.
Kiedy Max skończył, przyjrzał mi się uważnie.
– Masz coś we włosach – powiedział z chyba typowym dla siebie szelmowskim uśmiechem.
Cała grupa na nas patrzyła. Spróbuj się teraz nie upokorzyć, chcesz tu znaleźć znajomych.
– Przechodziłam przez park, cały dzień wyjmuję białe kwiatki z włosów – zaśmiałam się niemal naturalnie.
Max jednak nie sięgnął, żeby mi ten kwiat z włosów wyjąć, tylko skinął głową ze zrozumieniem i poszedł do następnej osoby.
Czyli nie będzie uroczego momentu, po którym się zaprzyjaźnimy i będziemy śpiewali duety z Disneya.
Może dlatego, że to nie był pachnący kwiat. Gdyby był, moje słodkie, owocowe imię nie brzmiałoby ironicznie za każdym razem, kiedy ktoś je wypowiadał.
Sporo osób widziało, jak zdejmuję z głowy kawałek paznokcia.
Z klasą, Malina, z klasą.
Przynajmniej ten paznokieć był mój.

Piąte warsztaty

Mieliśmy zaprezentować piosenkę, którą chcemy zaśpiewać na koncercie. Wybrałam utwór wszech czasów, „Kolorowy wiatr” z Pocahontas. Kiedy śpiewałam ją z Edytą, dobrze mi szło. Jeszcze lepiej, jak śpiewałam ją sama pod prysznicem. Jednak na warsztatach w studiu nagraniowym, kiedy prowadzący postawił mnie przed mikrofonem i puścił podkład, poszło mi nieco gorzej.
Nieco.
Najwyraźniej postanowiłam aktorsko potraktować wers „czy wiesz czemu wilk tak wyje w księżycową noc” i zawyłam tak, jakbym doskonale wiedziała, dlaczego, bo ten sam wilk mnie wychowywał od maleństwa.
Dobra, Malina, Max patrzy na ciebie z politowaniem, czas udowodnić, że umiesz to zaśpiewać. W końcu umiesz. Robiłaś to w domu wielokrotnie. Wychodziło ci to rewela… znośnie. Nie tak źle, jak teraz.
Stanęłam w większym rozkroku, naśladując Wonder Woman. Spojrzałam Maxowi głęboko w oczy, wzięłam głęboki oddech i włożyłam w następny refren wszystko, co miałam. Ale najwyraźniej wiele nie miałam, bo z głośników wydobyły się jęki, których może mi pozazdrościć każdy nawiedzony zamek.
Kiedy muzyka już ucichła, a ja przebierałam nerwowo nogami, licząc na to, że od tego ziemia się pode mną zapadnie, przez chwilę nikt się nie odzywał.
– Także tego… – zaczął Max. – Lepiej żebyś wybrała łatwiejszą piosenkę. Wiesz, na występie dojdą nerwy i może nie wyjść…
Dobrze, że dopiero na występie.
Najgorsze jednak było to, że wszyscy byli dla mnie tacy mili. Dziewczyny podchodziły do mnie i mówiły, że zwrotka wyszła mi bardzo dobrze. Czy nie mogliby wszyscy udawać, że to nie miało miejsca?
Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić tożsamość i wyjechać do Argentyny. A może nawet spotkam Elvisa.

Ósme warsztaty

Śpiewałam nieco łatwiejszą piosenkę, niż początkowo planowałam – „Ty druha we mnie masz”. Był to pomysł Maxa, kiedy odrzucił moje dziesięć innych bajkowych propozycji.
– Nie chcesz czegoś normalnego? – zapytał jeszcze z nadzieją.
Spodziewałam się, że będą mnie mieli za infantylną szajbuskę, ale nie mogłam nie wykorzystać tej jedynej okazji śpiewania na scenie i nie wystąpić z piosenką z bajki.
Szło mi słabo, ale nie gorzej niż innym. Może tylko odrobinę gorzej. Przynajmniej zakumplowałam się z dziewczynami z grupy. O, muszę powiedzieć mamie, że mam nowych znajomych, opadnie jej szczęka.

Po warsztatach Max szedł tuż za mną, więc postanowiłam się zatrzymać i zadać nurtujące mnie pytanie dotyczące śpiewania. Staliśmy przez kilka minut przed budynkiem, w którym znajdowało się studio, a Max cierpliwie wyjaśniał mi, czemu często boli mnie gardło jak śpiewam.
Wtedy zjawiła się Róża. Niepotrzebnie jej zdradziłam, gdzie będę. Przyszła z Jasiem, kilkuletnim bratem jej przyjaciółki, którym czasem się opiekowała. Matka Jasia musiała być naprawdę zdesperowana, skoro pozwalała Róży zajmować się swoim małym i bezbronnym dzieckiem.
– Cześć – zawołała radośnie Róża i szepnęła coś małemu na ucho.
– To ja będę już leciała… – rzuciłam do Maxa, kiedy Jasio do mnie podszedł i złapał za nogę.
– Mamo, to kolejny facet z Tindera? – zapytał ze smutkiem w oczach.
– Do zobaczenia za tydzień – powiedział Max z uprzejmym uśmiechem i poszedł szybkim krokiem do samochodu.
Jakim cudem moja matka nie potrafi zapamiętać jak się nazywa Netflix, a ten mały pomagier diabła powiedział Tinder tak wyraźnie?
– Przyznasz, że to było zabawne – zachichotała Róża, potrząsając włosami. Aż poczułam swąd siarki.
– Wiesz, że nie potrzebuję twojej pomocy w upokarzaniu się? – ruszyłam przed siebie, trzymając chłopca za rączkę.
– Co to tindera? – zapytał Jasio.

Dwunaste warsztaty

Kiedy śpiewałam podczas ostatniego szlifowania wykonania mojej cudownej piosenki, włączyłam nagrywanie w telefonie, żebym mogła w domu pracować nad niedociągnięciami. Skierowałam aparat na swoje stopy i znowu dałam z siebie wszystko.
Po raz kolejny przekonałam się, jak uboga byłam.
Zapomniałam tekstu.
Ruszałam nogami tak, jakbym pilnie potrzebowała do toalety.
W niektórych momentach brzmiałam, jakby ktoś mnie właśnie uderzył w brzuch.
I ja za kilka dni mam to zaprezentować przed dużą grupą ludzi.

Koncert

– Może obejrzymy coś na Felixie? – zaproponowała mama.
Felix to nie był kochanek mamy, a jej pytanie nie było bardzo niestosowną propozycją wspólnego spędzenia czasu we trójkę. Felix to najbardziej zbliżona nazwa Netflixa, na jaką mamę było stać.
– Zaraz wychodzę – powiedziałam, przeszukując szufladę, bo wciąż nie znalazłam żadnej porządnej bielizny. – Wy macie być na siódmą.
– Będziemy, będziemy – tata wszedł do mojego pokoju, trzymając w rękach miskę z makaronem.
– Przecież przed chwilą jadłeś – mama spojrzała na niego z potępiającą miną.
– Wcale nie.
– A kanapki pół godziny temu?
Tata się zawiesił.
– Rzeczywiście – powiedział i wrócił do jedzenia.
To jest jeden z tych momentów, które udowadniają mi, że nie jestem adoptowana.
– Wiem! – krzyknęłam i rzuciłam się do szuflady.
– O, takie powinnaś nosić – oznajmiła mama, patrząc na koronkowe majtki, które dostałam od babci. Były też przezroczyste z tyłu.
Tata wyszedł tak szybko, że nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że wyparował.
– Jak się nie ma co się lubi… – mruknęłam.

Koncert miał się odbyć w małym klubie na Pradze. Oprócz Kingi, rodziców i ich zupełnie niespokrewnionej ze mną córki, zaprosiłam Samuela, z którym wróciłam do bycia tylko przyjaciółmi. Sokół, mój udawany chłopak, też miał przyjść. Cudownie.
– Musisz iść w tej sukience? – zapytała Róża, kiedy zbierałam się do wyjścia.
– Oczywiście. Wyobraź sobie, że ktoś na widowni będzie chciał powiedzieć, że świetnie zaśpiewałam. Gdybym była ubrana na czarno, powiedziałby „ rany, ta grubaska była rewelacyjna”, żeby wiadomo było o kim mówi. A tak powie „ta dziewczyna w sukience w czajniki zmiotła wszystkich ze sceny” – wyjaśniłam.
– Występujesz sama.
– To powie, że pozamiatałam. Tak się mówi?
– Nie wiem, nie jestem dinozaurem – Róża wzruszyła ramionami i podała mi torebkę.

Nie zdążyliśmy zrobić całej próby. Jedyne, na co starczyło czasu, to żebym zaśpiewała pierwszą zwrotkę i powiedziała, czy dobrze siebie słyszę.
– Tak – powiedziałam.
Miałam nadzieję, że Max przynajmniej pochwali sposób, w jaki stałam na scenie. Naprawdę starałam się obudzić w sobie drzemiącą we mnie Bijonsej.
– Malina, spróbuj się trochę rozluźnić, bo wygląda, jakbyś była strasznie zestresowana.
Aha.

W końcu wybiła siódma. Rodziny i przyjaciele wszystkich osób biorących udział w warsztatach zgromadzili się w ciasnej i gorącej sali.
Niektórzy śpiewali lepiej, niektórzy dużo lepiej. Konferansjer, który opowiadał o sobie trochę więcej niż wypadało, w końcu wypowiedział moje imię. Prawie.
– Teraz zapraszamy na scenę Malwinę, z piosenką „Ty druha we mnie masz”.
Ale piosenka się zgadzała. Moja mama od razu zaczęła piszczeć entuzjastycznie i bić brawo. Wiedziałam, że robi to nieco ironicznie, ale doceniałam gest.
Rozległa się muzyka. Uśmiechnęłam się do siedzącego za kulisami Maxa, po czym zamknęłam oczy, żeby wczuć się w utwór.
I zaśpiewałam.
Wyszło mi dużo lepiej niż na próbach. Zaśpiewałam tak, jakbym chciała naprawić wszystko, co do tej pory wydarzyło się między mną a Samuelem. Jakbym tą piosenką walczyła o swoją przyszłość. I tolerancję. I pokój na świecie.
A potem zorientowałam się, że jednak nie słyszę swojego głosu, bo ktoś przestawił głośnik. Ten anielski śpiew istniał jedynie w mojej pełnej marzeń głowie, widowni zaserwowałam nieco inną rozrywkę.
W końcu te tortury dobiegły końca. Podeszłam do moich bliskich i Róży. Wszyscy gratulowali mi odwagi, wytrwałości i spróbowania czegoś nowego. Czyli poszło mi aż tak źle.
Ale wtedy Róża podeszła do mnie i wręczyła mały bukiecik.
– Gratulacje – powiedziała bez sarkazmu.
Poszło mi gorzej niż źle, jeśli nawet Róża była dla mnie miła.
Kiedy kolejna osoba zaczęła śpiewać, Samuel poklepał mnie po plecach, po czym zsunął dłoń nieco niżej.
– Podwinęła ci się sukienka – wyszeptał z ciepłym uśmiechem.
Ciekawe, ile kosztują bilety do Argentyny.
– Bardzo? – zapytałam.
– Tylko trochę.
– Czajniki odwróciły uwagę od majtek – powiedział Sokół, stojący z drugiej strony.
– Idziemy jeść? – w tej chwili potrafiłam utrzymać kontakt wzrokowy jedynie z podłogą.
– W kawiarni zostało pół ciasta marchewkowego – odparł Sokół.
– A dla was coś będzie?